Witam.
To mój pierwszy wątek na tym forum. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie mógł mi powiedzieć coś sensownego w mojej sytuacji, chyba raczej muszę się wygadać... Otóż z moim mężem jesteśmy 10 lat po ślubie, z tego od 8 lat moi teściowie i siostra męża nie utrzymują z nami kontaktu. Nie znają naszych dzieci, nie wiedzą, jak żyjemy. Wyszło, jak wyszło, w szczegóły nie chcę wchodzić - napiszę tylko, że mąż jest 100% z nami, próbował ratować, a potem odbudowywać relacje z rodzicami, niestety oni się na jakimś etapie usztywnili i postawili żądania, których po prostu nie mogliśmy spełnić. Śpiewka stara jak świat - mąż jest zmanipulowany, syn powinien troszczyć się przede wszystkim o nich, ja jestem niewychowana, nie odpowiadam im jako synowa i jako matka ich wnuków, były awantury o to, że mamy swoje sprawy itd. Relacje z nimi kosztowały mnie załamanie nerwowe, dodam, że zbiegło się to z ciążą... Nigdy wspólnie nie mieszkaliśmy, w niczym nam nie pomogli, w zasadzie niczego od nich nie dostaliśmy (mam tu na myśli nie tylko wsparcie materialne, ale też i psychiczne - przeciwnie, było gadanie: a po co, a na co, i tak przecież nie wyjdzie itd.). Koniec końców - w pierwszej ciąży nie wytrzymałam i w trakcie kolejnej telefonicznej awantury rzuciłam słuchawką. I tyle. Oni przestali się odzywać, my też. Teraz jest tak, że mąż ich czasem odwiedza, czasem dzwoni. Gdzie w tym siostra? Obraziła się nie wiadomo o co, bo z nią nie było ani jednej wymiany zdań, ale też od lat się nie odzywa. Taka solidarność.
Rodzina męża wciąż 'przekazuje' zaproszenia dla nas przez teściową i tak się stało, że jedno z zaproszeń na pewien ślub do nas nie dotarło. Podkreślam, że mąż ma (w zasadzie słaby) kontakt z rodziną, czasami tam jeździ - niestety sam. Do teściów za to dzwoni regularnie. Teściowie nie puszczają pary z ust na temat wydarzeń rodzinnych - ślubów, urodzin dzieci, chrztów, nawet pogrzebów. Sami jeżdżą, ale słowem się na ten temat nie odzywają. Mąż dowiaduje się potem z "drugiej ręki" - od dalszych krewnych. Jednocześnie teściowa ma pretensje do męża, że nie uczestniczy (sam!) w życiu rodzinnym! Bardzo mi przykro, jak się dowiaduję od niego, że coś się stało, a jemu nikt o tym na czas nie powiedział. Czasami zastanawiam się, czy z nim emocjonalnie wszystko w porządku, bo on twierdzi, że ma to gdzieś i mu nie zależy, dlatego też nigdy nie zapytał nawet teściowej, dlaczego robi przed nim takie tajemnice. Ja nie naciskam, bo to w końcu jego sprawy. Rozmawiałam z nim, ale on twierdzi, że ma to gdzieś...
Teściowie zrobili mi taką krecią robotę i tak skutecznie obrobili mi tyłek, że jak wybrałam się z mężem niedługo po zerwaniu kontaktu z teściami, czułam się jak ostatnie dziwadło. Nikt ze mną nie rozmawiał, niewiele osób nawet patrzyło w moim kierunku. Było też podobnie wcześniej, może nie w takiej skali, ale było - ostracyzm rodzinny dotknął mnie w całej rozciągłości, bo (jak się okazało niedawno) "prace" trwały dłuuugo przed ślubem.. Teraz - kiedy mąż dzwoni -pozdrawiają mnie, pytają kiedy przyjadę, ale jakoś mi się nie spieszy. Na szczęście mieszkamy daleko i od teściów, i od krewnych męża.
I niby nic się nie stało, że to zaproszenie "nie dotarło", bo przecież i tak nie jeździmy razem do rodziny, i tak nasze dzieci żyją w świecie, w którym nie ma tych wszystkich ludzi, i tak pewnie byśmy nie pojechali na to wesele. Denerwuje mnie to i znowu czuję się jak skrzywdzone dziecko. Zastanawiam się, jak bardzo trzeba kogoś nienawidzić, żeby buntować przeciw niemu całą rodzinę. Moja teściowa zrobiła i powiedziała wiele, żeby skrzywdzić mojego męża i nie atakowała przy tym tylko mnie i naszych dzieci. Przeszkadza mi jego bierność, kiedy teściowa jawnie "wstrzymuje" obieg zaproszenia, a on po porostu nie robi z tym nic. Przykro mi, że nie mamy normalnego kontaktu z rodziną męża, że moja teściowa nawet trochę nie postarała się o jakość naszych kontaktów, były tylko roszczenia i oczekiwania, przykro mi, że teraz robi takie rzeczy, chociaż minęło tyle już lat, a i tak nie wiadomo do końca, o co im te 8 lat temu tak naprawdę chodziło. Wiem, że te relacje są nie do odbudowania teraz, przy takich zachowaniach, kiedy oni cały czas toczą ze mną wojnę sprzed lat, gdzie sami już nie wiedzą, o co im chodzi... Przykro mi, że nikt z rodziny męża przez te lata nie chciał wpłynąć na teściów, żeby choć trochę popracowali nad relacjami z synem - tam każdy pilnuje tylko swojego nosa, a o takich sprawach się po prostu nie mówi (nie to, żeby się nie wtrącali, bo wtrącają się wszyscy, ale jak jest poważny konflikt, to mówią, że każdy ma swoje problemy i komentując za plecami udają, że o niczym nie wiedzą). Nie będę jeździć od ciotki do ciotki i mówić, że to nieprawda, co teściowa ze szwagierką naopowiadały. Wiem, że minęło 8 lat, że w zasadzie to już teraz obcy mi ludzie. Teściowie męża (i nas..) odcięli od rodziny, on nie ma potrzeby utrzymywać tych kontaktów i w zasadzie powinnam dawno o nich zapomnieć. Nie potrafię jednak, bo jak już myślę, że mam to 'w poważaniu', jak on dzieje się historia, jak z tym 'zagubionym' zaproszeniem i mnie znowu trafia szlag. Małżeństwo mamy udane, ale czy byłoby takie udane przy 'normalnych' kontaktach z moimi teściami - szczerze wątpię. Gdybym wiedziała, że relacje z rodziną męża będą, jakie są, to bym nie wyszła za niego; te problemy zaczęły się już po ślubie. Mam wrażenie, że to jakaś chora matnia, że ci ludzie żywią się swoją agresją i nie odpuszczą, żeby nie wiem co i będą nas tak nękać. Mąż mówi, że teraz nic się nie dzieje i przesadzam, a dla mnie jest to książkowy przykład biernej agresji. Piszę to też, żeby dziewczyny, które nieakceptowane wchodzą do rodziny męża dobrze się zastanowiły, czy są w stanie udźwignąć taki problem. Ja sobie nie radzę, bo zawsze chciałam mieć dużą rodzinę, zależało mi na dobrych relacjach, chętnie jeździłam z mężem do krewnych, pamiętałam o ich świętach, nie dyskutowałam niepotrzebnie itd. Ale do dobrych relacji trzeba chęci dwóch stron.