Mam problem - ogromny.
Zmarł mój mąż - najlepszy człowiek jakiego w życiu spotkałam. Dobry, mądry, czuły i uczciwy. Jego śmierć była dla mnie totalnym szokiem! Miał zaledwie 30 lat. Planowaliśmy dzieci, remont, wyjazd w wiecznie odkładaną podróż poslubną.
Oboje z mężem pracowaliśmy - dom utrzymywałam ja, natomiast wynagrodzenie męża zbieraliśmy na nasze wspólne plany. Pilnowaliśmy tego bardzo i ani złotówka z jego konta nie została ruszona.
Wypadek samochodowy zmienił wszystko. Z dnia na dzień zostałam sama, bez męża, bez wsparcia z organizacją pogrzebu i nagrobka.
Nie miałam oszczędności - jak już wspomniałam - żylismy z moich pieniędzy. Nie martwiłam się tym jednak, pożyczałam pieniądze od mojej rodziny - na trumne, na miejsce na cmentarzu, na pogrzeb i wreszcie najwięcej - na nagrobek. Chciałam by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Tak też się stało.
Kiedy chciałam wybrać pieniądze z męża konta, by pooddawać długi, okazało się, że należy mi się 1/2 majątku do reszty ma prawo rodzina męża (prawo rewelacja!).
Rodzina męża oczywiście (naprawdę to jest takie oczywiste?!) nie zrzeka się swojej częsci...
Nikt nie zapytał mnie ani razu czy mi w czyms nie pomóc, czy czegoś nie potrzebuje, natomiast o prawie do nabycia spadku wiedzieli od razu.
Po śmierci męża zostałam sama, z długami (należąca się cześć nie pokryje wszystkich zaciągniętych pożyczek) oni natomiast pokupują sobie telewizory i będą żyli za pieniądze, które nigdy im się należec nie powinny...
Przeżyję. Dam sobie radę. Mam dwie ręce i zapracuje by dług oddać. Przykro jest mi ze względu na męża, który musi patrzeć z góry jak jego rodzina mnie potraktowała, jak wzbogaciła się na jego śmierci...