W ciągu ostatnich kilku lat przeżyłam wiele.
Sprzedaż domu, kredyt, chorobę ojca, musiałam zmienić pracę z takiej którą lubiłem na taką której nie lubię ale więcej zarabiam.Co dalej? długi, komornik, możliwość utraty domu. wreszcie rozstanie i nawet chorobę psa. To ostatnie trochę może nie pasuje do reszty, ale kiedy nie było na opłacenie światła i opał zachowała moja goldenka, jej leczenie pochłonęło samochód.
W między czasie wrzody na dwunastnicy i grośba operacji żołądka.
Pamiętam jak pijąc dwa lata temu w wigilię byłam przekonana że to już koniec, że zostało samobójstwo. Pogodziłam się z tym. Nie mogłam uporać się z poczuciem winy, z tym że zawiodłam, że rodzice stracą dom.
Dziś pracuję po 400 godzin miesięcznie, nie mam nikogo, nie mam perspektyw na związek, dzieci ani normalne życie. Nie mam, ale jakoś mi lżej.
Nie jest już aż tak strasznie jak było, cieszę się że nie odważyłam się na samobójstwo. Niewiele dobrego spotkało mnie przez ostatnie kilka lat, boli że nie ma się komu pożalić że nie widać kresu moich trudów. Ale inni mają gorzej. Z losem już po trosze się pogodziłam choć nadzieja jeszcze w sercu nie wygasła może jakoś to będzie.
Tym którzy myślą o najgorszym mogę dziś życzyć otuchy i siły.
Trzymajcie się, wszystkiego dobrego.