Mam pytanie głównie do Panów.
Co wy myślicie o męskich wypadach? lub służbowych imprezach? Kobiety nie powinny się wtrącać w ich częstotliwość i długość?
moja sprawa jest taka: mąż pracuje długi i dużo, często też wyjeżdża na wyjazdy służbowe. a jak jest na miejscu (co wydaje mi się całkiem fajne) ma też wyjścia służbowe, dzięki którym zespół jest lepiej zgrany.
I nie przeszkadza mi to, że wychodzi z ludźmi z pracy, czy kumplami, ani to, że zdarza mu się zaszaleć i wrócić rano:-)
martwi mnie tylko to, że czasem jest sytuacja, w której chciałabym go o coś zapytać lub skonsultować, albo zwyczajnie martwię się.
Przykład impreza służbowa od 20:
mąż mówi: wychodzę z pracy będę 2 godzinki i wrócę. buziak (czytaj: będzie impreza, nie czekaj)
ja: usnęłam, bo nie czekałam, ale budząc się o 1 w nocy, pomyślałam, że zapytam czy wszystko ok.
Ale nie odpisał ani nie oddzwonił. Wrócił cały i zdrowy kilka godzin później.
Wcześniej mieliśmy rozmowę, w której zaznaczyłam wyraźnie, że wyjścia są dla mnie ok, ale jak dzwonię (bardzo rzadko) - to ma odebrać lub odpisać i powiedzieć - "ok. żyje".
rozumiem, że facet potrzebuje przestrzeni, czasu tylko dla siebie i on to ma. Ale nie rozumiem wykrętów w stylu: "nie słyszałem telefonu", albo opowiadania znajomym na wspólnych wyjściach, że zabraniam mu wszystkiego (to jest wielką bzdurą i dlatego to mnie to tak irytuje).
Panowie: przecież słyszycie telefony. Nie odbieracie zatem z jakich powodów? czujecie się zwolnieni ze smyczy w końcu? rzeczywiście tak jest, jak opowiadają stereotypy?