witajcie dziewczyny, podejrzewam u siebie nerwicę i depresję; tzn. czasami boję się, że to co mi dolega to coś poważniejszego, najczęściej takie myśli przychodzą w nocy i nie dają mi spać; ale rano, gdy się budzę, widzę, że chyba nie jest ze mną aż tak źle, chociaż dobrze też nie jest i to co jest, jest bardzo dalekie od zadowalającego stanu; nigdy nie miałam dolegliwości czysto fizycznych jak to w nerwicy często bywa, więc się zastanawiam, czy to to; ale mam za to tendencję do wyszukiwania sobie różnych chorób psychicznych (np. schizofrenii, nie chciałabym mieć i panicznie boję się, że może ona mi dolegać, chociaż nigdy nie słyszałam żadnych głosów ani nie widziałam czegoś, czego nie było; wiem jednak, że mogę mieć urojenia paranoiczne, np. że ktoś coś tam sobie o mnie myśli źle, że mnie nie lubi lub nie polubi; mam niskie poczucie wartości i przy ludziach pewnych siebie a zwłaszcza przy ludziach surowych, oceniających zawsze robię z siebie idiotkę; nie lubię się obracać wśród takich ludzi, a wśród właśnie takich się obracam, o ironio);
u mnie przyczyną nerwicy i depresji było wychowanie przez surowego i despotycznego ojca, nie wiem może byłam za słaba psychicznie, zbyt wrażliwa i dlatego miało to na mnie aż tak negatywny wpływ; a może po prostu nie miałam rodziców, na których mogłabym liczyć, czuć z ich strony akceptację i wsparcie; dopiero teraz powoli dochodzę do tego, że jako mała dziewczynka byłam traktowana przez nich przedmiotowo, miałam być zawsze super, zawsze najlepsza w klasie, zawsze się wyróżniająca, żeby tatuś był dumny a mama obok przytakiwała tacie, on był bożyszczem, on miał zawsze rację, matka była słaba i powtarzała/powielała sposób wychowania przez ojca; wiem, że rodzice mnie kochali, kochali na swój sposób, wiem, że nie mieli złych intencji i chcieli dla mnie dobrze, ale zrobili mi wielką krzywdę, nie widzieli tak naprawdę jaka byłam, że byłam wrażliwa, że czasami było mi ciężko spełniać ich wymagania i być zawsze na piątkę, że może czasami mi się nie chciało i że chciałam być kochana nawet z przysłowiową dwóją; nie wiem, czy moi rodzice teraz zdają sobie sprawę z tego, że wymagali zbyt wiele, że byli zbyt surowi; widzą, że mam problemy w życiu, że właściwie całe moje życie to jedna wieka porażka, że to na co liczyli a to jaka jest rzeczywistość kompletnie zupełnie od siebie odbiega, moje życie to jeden wielki chaos, jeden wielki bałagan emocjonalny, z którym zupełnie nie potrafię sobie poradzić, całe życie jestem niezadowolona z siebie, nie lubię siebie, chociaz nie do końca, na całe szczęście...;
mój ojciec raz powiedział do mnie, że jestem złym człowiekiem i że to wina genów; jeśli chodzi o wychowanie to wydaje mi się, że on jest przekonany, że nic nigdy złego nie zrobił;
oprócz tego, że był bardzo surowym i wymagającym ojcem to zdarzało mu się również regularnie popijać, co też odbiło się strasznie na mojej psychice; często zastanawiam się jak określić moją rodzinę; czy jest to porządna rodzina, czy może patologiczna; chyba ani taka ani taka tylko coś gdzieś pomiędzy; niby mój ojciec miał szanowane stanowisko, matka również dobrą pracę, nigdy pod względem materialnym niczego u nas nie brakowało, choć też nie wiadomo jakich kokosów nie było; ale było powyżej przeciętnej krajowej zdecydowanie;
zawsze czułam więź i że coś mnie łączy z ludźmi z typowo patologicznych rodzin, zawsze czułam, że ich rozumiem; wydaje mi się, że jestem pomieszaniem ddd i dda;
skończyłam w związku z facetem, który zdecydowanie jest ddd (dda nie bo u niego w domu nie było alkoholu); jego rodzina jest cholernie wymagająca, zresztą on sam również, mamy dwójkę dzieci, niestety....; nie chciałabym aby one miały zniszczone życie, aby miały takie problemy jak miałam ja, ale ze względu na to, że nie poradziłam sobie sama z przeszłością, moje obecne zachowania sprawiają, że może się tak stać a właściwie już się dzieje; nie mam pracy, jestem uzależniona od faceta, dzieci są bardzo małe, ja nie mam energii i wiary, że mogłabym pracę znaleźć i się od niego uniezależnić; on jest, podobnie jak mój facet, despotą, tylko, że działa w bardziej zakamuflowany sposób, nie krzyczy jak mój ojciec, nie pokazuje wprost swojego niezadowolenia, ale narzuca swoją wolę w 'kulturalny' sposób, że ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić; mogłabym pisać godzinami o tym jak się zachowuje, jakich metod używa (często są to nieświadome jego zachowania a wyniesione z domu rodzinnego, gdzie z kolei matka była despotką, ojciec natomiast był chory na raka przez 8 lat zanim umarł, mój facet miał wtedy 20 lat, jest najstarszym z rodzeństwa); wiem, że piszę bardzo chaotycznie, ale muszę to z siebie wyrzucić, te myśli, bo inaczej zwariuję doszczętnie;
nikt nie chce mnie słuchać, ludzie często pytają (bliskie osoby np. siostra), dlaczego ja się ciągle nad tym wszystkim zastanawiam (chiciaż ona też to robi), dlaczego tak analizuję wszystko, że powinnam zająć się po prostu życiem i przestać myśleć; a ja? ja po prostu nie potrafię; czuję, że dopóki nie rozwiążę pewnych rzeczy z przeszłości nie pogodzę się ze sobą, to nie pójdę dalej;
od faceta, z którym jestem już prawie 10 lat, chciałam odejść, robiłam to zresztą wiele razy, próbowałam; a kiedy ostatnim razem spakowałam wszystkie swoje rzeczy i byłam naprawdę gotowa od niego odejść, dowiedziałam sie, że jestem w ciąży; już wtedy nie pracowałam, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym dać radę sama, dlatego chyba wróciłam (a może cały czas jeszcze łudziłam się, że może nam się udać, że będzie ok);
teraz jest bardzo źle, mój facet działa na mnie jak mój ojciec, zresztą przypominał mi on go, tzn. wydawało mi się, że był 'ulepszoną' jego wersją; wiem teraz, że się myliłam i że jest takim samym skur..... jak mój ojciec, po prostu jest to człowiek, który nie patrzy na uczucia innych, dla niego najważniejszy jest on sam, a ludzie potrzebni są mu do realizacji określonych celów, jego kobieta również, ja czuję się w tym związku z nim bardzo przedmiotowo, mam wykonywać określoną rolę; jak zawodzę jestem be, jak robię wszystko jak należy - jestem ok, zasługuję na pochwałę, na miłość; poza tym jest jeszcze jego rodzina, obok której mieszkamy; on nigdy nie odciął pępowiny od rodziny;
nie chcę aby moje dzieci wychowywały się w chorej atmosferze, a jest ona chora, oczywiście przeze mnie, bo jestem wariatką i mam nie pokolei w głowie.... - to oczywiście opinia mojego faceta, jego matki i brata....; muszę od nich uciec, uniezależnić się i zabrać dzieci, bo jeśli nic nie zrobię, to oni zniszczą mnie i nastawią moje dzieci przeciwko mnie;
są tu jakieś osoby, które poradziły sobie z przypadłością jaką jest dda/ddd? z nerwicą, z depresją? może moglibyśmy utworzyć tutaj grupę wsparcia, może są tu osoby, które mają podobną/analogiczną sytuację do mojej