Opisywałam już moja sytuację na tym forum, ale po kompilacjach z logowaniem na nowo zaczynam wątek, który już w gruncie rzeczy skupia się na czymś innym.
Po niecałym roku małżeństwa - ciągłych kłótni, szarpania,cichych dni przez 2 tyg., wypier******* z domu itd. Znalazłam sobie kawalerkę na wynajem, a mąż został tam gdzie razem mieszkaliśmy. Uprzedziłam go, że coś znalazłam ( te kawalerkę) On stwierdził, że mi "nie zezwala".Próbowałam porozmawiać przed wyprowadzką, że znalazłam ją bo nie zniose kolejnego wyrzucenia z domu, jednak on tylko się darł, więc nici z rozmowy. Przesunęłam dzień wyprowadzki, aby dać mu jeszcze kilka dni,żeby dotarło, że nie żartuje. Nie dotarło. Napisałam mu sms,że jutro się wyprowadzam odpisał,że "bądź świadoma,że nie zezwalam,jak to zrobisz to ja wracam do rodziców i tam zostaje a my sie rozchodzimy". Tego wieczoru jeszcze próbowałam rozmowy ,ale główka go bolała i nie chciał rozmawiać. Na Następny dzień,w dzień wyprowadzki w czasie dnia przed popołudniową zmianą w pracy spakowałam podstawowe rzeczy. Przyłapał mnie, bo akurat do domu przyjechał, jak się pakowałam. Powiedział żebym została, powiedziałam mu, że nie, że próbowałam od 2 tyg. rozmawiać że nie żartowałam jak on sobie myślał. Nic nie powiedział i poszedł. Tego dnia przysłał tylko sms żebym wróciła, odparłam że nie,że uczciwie go uprzedzałam, żeby się opamiętał póki czas. Przykre,że stać go tylko było na sms, a ja głupia w oknie siedziałam w pracy z myślą,że może przyjedzie. Przeliczyłam się.
Mieszkam w tej kawalerce, a on zmienił zamki w drzwiach(jakbym złodziejem była) i dał mi ultimatum że albo oddam mu naszego wspólnego psa albo tylko rzeczy osobiste mogę zabrać. Z łaską otworzył drzwi kiedy przyjechałam po resztę rzeczy z ojcem i ze szwagrem. Drugie tyle zostawiłam jeszcze. W czasie pakowania stał i pilnował abym nie zabrała rzeczy jakiś jego i tylko dorzucał że to wszystko moja wina.
Dodam,że zanim się wyprowadziłam powiedział mi ze mu już nie zależy. Potem to powtórzył kilka razy twierdząc,ze to ja powinnam się starać aby mu znowu zaczęło zależeć. Ja niestety nie będę prosic go zeby mnie chciał z łaski swojej.
Ogólnie ciężko bardzo to znosze. Nie moge spać, jeść. Gapie sie przez tę szybę w pracy i jak tylko widze podobne auto to robi się nadzieja,że może przyjechał. Jestem w obcym mieście, w którym nie mam nikogo. Wiem, że w tym wszystkim mojej winy też było, tylko ja naprawdę chciałam się dogadać, jednak on się zaparł. Teraz mnie szantażuje, że pieniędzy z wesela to ja już nie zobacze, chyba ze psa oddam naszego. Jemu nie zależy na psie tylko wie że tym może mi dopiec. Boli, bardzo boli mnie, że tak to sie skończyło. Czuje,że za mało było zrobione aby to uratować. Prosiłam go, na długo przed wyprowadzką,żebyśmy poszli na terapie. Znalazłam miejsce, specjalistę. Nic. Kocham go cały czas ale jak jemu nie zależy, to chociaż chciałabym roztarć się jak ludzie, bez szarpania się po sądach. Jednak wiem,że on nie odpuści i prędzej on i jego rodzina się zadłużą aby tylko w sądzie było że to z mojej winy się rozpadło,żeby później ludziom we wsi mogli to pokazać.
Mam cały czas nadzieje, chociaż tłumacze sobie że to juz koniec. Co mam zrobić zeby on odpuścił i zeby był rozwód bez orzekania o winie, żeby oddał polowe kasy z wesela? Nie chce się szarpać ale on tak. Nie mogę uwierzyć, jak złudny obraz jego miałam i jaka brutalna się okazała prawda.Jak mam zapomnieć o tym wszystkim, co przecież miało być na całe życie?? nie daje sobie już rady psychicznie..mam już tez rożne myśli:( Zna może ktoś dobrego, ludzkiego adwokata/ prawnika ds. rodzinnych i cywilnych w na południu woj. mazowieckiego? najlepiej żeby to była kobieta. Na koniec dodam tylko,że tez ojciec mnie zwiódł, gdyz bardzo mnie poniżył podczas zabierania rzeczy przed moim mezem i jego ojcem, co sprawiło tylko, że oni "obrośli w piórka". z góry dzięki za odpowiedzi.