Nie wiem nawet od czego zacząć, żeby to była jakaś całość. Jestem w prawie 4-letnim związku, od ponad 2 miesięcy zaręczona. Partner częściowo nalega na ślub, ja nie chcę. Mówiłam, że chcę ślub bo miałam zajmować się domem i po prostu żeby żyć spokojnie na utrzymaniu partnera. Zdarzyło się tak, że rodzice kazali mi wybierać, że albo idę do pracy od razu byle jakiej albo idę do szkoły. Dostałam się do szkoły. Ciężko jest zmieniać całkowicie inny kierunek na kierunek medyczny. Bardzo ciężko, na jeden przedmiot w ogóle nie umiem się nauczyć ale trzymam się jakoś bo kierunek chyba mi się podoba i chciałabym mieć taki dyplom i umiejętności (nauka dwuletnia). No i skoro jestem w szkole to po co mi ślub.. nie śpieszy się przecież (każdy mi to mówi: rodzice, siostry), mam dopiero 20 lat. Partner dalej coś wspomina o ślubie, że kiedy w końcu, jak mogę mówić, że nie wiem! Odczuwam momentami presję. Chciałabym ślub ale nie teraz, nie z nim... nie wiem dlaczego. Mam wrażenie, że weźmiemy ślub i niewiele minie i się to rozpadnie. A o dostanie rozwodu ciężko. Jakby tego było mało partner również chce dziecko, a ja postanowiłam, że najpierw ślub.. i w ogóle najpierw moje wykształcenie chociaż to dwuletnie, później dwuletni staż.. jak będę mieć sytuację stabilną to może dziecko. Oczywiście partner nie chce tyle czekać na ślub i dziecko.
Z innej beczki partner dokucza mi czasem i to mnie drażni. Ostatnio nawet drażni mnie to jak on się śmieje. Mam wrażenie, że nie chce z kimś takim żyć całe życie, kto mi dokucza (przez żart), głupio dogryza, głupio się śmieje.
Jeśli chodzi o współżycie.. odnoszę wrażenie, że wszystko jest takie mechaniczne.. ja chcę tylko zaspokoić swoje pragnienie, a miłości w tym zero z mojej strony. Ostatnio nawet w ogóle nie mam ochoty na seks z nim. Nie lubię jego zapachu. Nie zabezpieczamy się bo on nie chce, ja chciałabym ale nie chcę specjalnie np. jeść tabletek anty.
Nie chcę brać ślubu tylko przez to, że mam pierścionek. Czuję jakbym się wypaliła jakoś. Chcę, aby moje dzieci miały pełną rodzinę, a nie że każde z rodziców gdzie indziej. Boję się tego ..dlatego może też nie chcę dziecka. Wydaje mi się, że moje obawy mogą być powiązane z moją sytuacją rodzinną.. moi rodzice są po rozwodach (jedno jak i drugie), a od parenastu lat mają ślub cywilny. Widzę jak się nie dogadują, codziennie się kłócą, obrażają. Ja tak nie chce. Nie widzę tego przykładu idealnej rodziny. Rodzice mojego partnera są chyba inni.. nie wiem bo nie bywam tam ale tylko tyle co on mi powiedział to kochają się, zdarzy się, że tata mamie kupi kwiaty z okazji rocznicy, współżyją, kochają się, nie ma tam czegoś takiego jak codzienne sprzeczki. Szczerze to chciałabym to zobaczyć na własne oczy jak to jest żyć w takiej rodzinie. Sama chciałabym taką mieć ale mam wrażenie, że to nie możliwe. Zdarza mi się krzyczeć po partnerze, powiedzieć mu coś co go dotknie chociaż trochę.
Jedna z moich sióstr również miała rozwód i trochę się to ciągło. Aktualnie jest świeżo po ślubie. Drugiej siostrze też się średnio układa ale 14 lat po ślubie jest i chyba nie jest najgorzej.
Dom pełen ludzi chciałabym mieć, kochających się ludzi. Moje siostry wyjechały za granicę jak byłam dzieckiem i bardzo z nimi związana - ból niesamowity. Mój facet mieszka z rodzicami, dziadkami i bratem. Zazdroszczę brata, oczywiście mam z jego bratem kontakt prawie codzienny bo super się nam rozmawia. Oni się średnio lubią. Jak słyszę jak ktoś narzeka na rodzeństwo to nie mogę tego zrozumieć.
Strasznie to chaotyczne co napisałam ale nie wiem za bardzo jak to sobie wszystko poukładać, co robić. Pogubiłam się. Wsparcia zero. Co ja właściwie mam robić? Wziąć ślub za dwa lata i jakoś to będzie? Boję się, że jednak nie będzie tak pięknie.
Jestem bardzo emocjonalna, zawsze jak ktoś mi coś powie przykrego, obrazi, zwróci uwagę to ja mam łzy w oczach, a często płacze ale tak żeby nikt nie widział. Nie wiem z czym to jest związane ale męczące to jest. Bo to się dzieje samo, ja wszystkim się przejmuje.
Nie chcę partnera tak po prostu zostawiać, zresztą też nie potrafię. Tyle wspomnień i przywiązanie do drugiej osoby, że jest. Jakieś plany na przyszłość. No i go kocham bo nie byłabym z kimś tylko żeby po prostu być.
Czy ktoś potrafi zdefiniować na czym polega mój problem? Czy to może mieć jakieś podłoże gdzieś? Jak to rozwiązać, aby nie cierpieć? Co zrobić, aby być szczęśliwą? Nie mieć ciągle problemów, zmartwień. A może wziąć teraz ślub, zamieszkać razem, w pewnym stopniu nie być tak zależną od rodziców.. ? Bo może to oni mnie ranią swoimi kłótniami, wkurzaniem mnie, mówieniem, że nic nie robię, a ja odgrywam się na partnerze? A on po części jest jak mój tata? (chodzi mi o to głupie dogadywanie). Raczej facet nie podnosi na mnie głosu. Swego czasu domagałam się o kwiatki ale nie dostałam. Nie wiem dlaczego tego nie rozumie, tłumaczy się, że bukiet trochę kosztuje ale mi wystarczy nawet jeden kwiatek.. mówiłam mu to.
Nie wiem czy problem jest we mnie, w moim charakterze, w partnerze, rodzicach, siostrach. Czy po prostu życie takie jest... Powinnam coś zmienić? Przeczekać ten zły czas ale ile?