Witajcie,
Mam 27 lat, chyba mam nerwicę/załamanie.
Za bardzo nie pamiętam swojego dzieciństwa. Ojciec nadużywał alkoholu. Podobno matka straszyła mnie, że nie ma pieniędzy na jedzenie i kiedy zaczynałam płakać nasyłała mnie na ojca, żeby szukał pracy. Jak miałam 5 lat to planowałam co z domu sprzedać, żeby było na jedzenie (raczej nie głodowałam, ale temat już był zafiksowany). Chyba połączyłam brak jedzenia z wizją śmierci bo miałam w późniejszym wieku epizody pt. "nie chcę umierać" np. podczas wesołej zabawy nagle wybuchałam płaczem i płakałam przez dzień lub dwa "bo umrę". Akurat ten głęboki lęk pamiętam.
Z tego co czytałam nt. DDA byłabym takim "dzieckiem niewidzialnym"- zawsze starałam się wszystkich zadowolić i do dziś mam poczucie, że muszę zasłużyć na miłość. Nigdy nie usłyszałam od rodziców, że mnie kochają, ani, że są ze mnie dumni (chociaż pamiętam kilka sytuacji, gdzie można by wywnioskować, że aż tak obojętna im nie jestem). Już w podstawówce wstawałam przed wszystkimi, sama się przygotowałam i po cichutku szłam zapracowywać na kolejne świadectwo z paskiem. Tak mijały lata, potem poszłam na studia uważane za trudne, które ukończyłam z wyróżnieniem. Cokolwiek bym nie osiągnęła, nie dawało mi to satysfakcji. Czułam się jakbym po prostu szła jakimś obranym dla mnie torem życia, trzymając się sznurka, który ktoś dla mnie wybrał. Po studiach sznurek się urwał, ja miałam wszystko co osiągnęłam za nic (dziwiłam się jednocześnie, jakim cudem ludzie dookoła są dumni z różnych rzeczy) i po pierwszych porażkach na polu poszukiwania pracy w zawodzie, zaczęłam szukać czegokolwiek. Wpadłam w marazm, wszystko było mi obojętne. Pierwszy raz poszłam do psychologa, żeby mnie wyciągnął z tej studni, żebym się ogarnęła. Chodziłam pół roku, nic konkretnego się nie nie dowiedziałam, zrezygnowałam. Niedługo potem rozstałam się z chłopakiem po kilku latach związku, co również bardzo przeżyłam i przeżywam nadal. Bardzo się przywiązuję, źle reaguję na odrzucenie i mam potrzebę bycia komuś potrzebną, kochaną.
Byłam bez pracy, po rozstaniu, bez wsparcia rodziny i coraz częściej zaczynałam odczuwać lęk. Bałam się chorób, że na pewno mam raka (a jednocześnie myślałam o tym, że po śmierci się ma wreszcie spokój). Proste sytuacje rozkładałam na czynniki pierwsze dopatrując się postępu. Bałam się urzędów. Bałam się, że ktoś mnie oszuka. Bałam się, że nie zadowolę każdego. Atmosfera w domu stała się nie do wytrzymania, pomimo, że przez te wszystkie lata nie było wcale wiele lepiej. Chłód emocjonalny, rozwód rodziców, matka wampir energetyczny, ojciec na rozweselaczu. Po prostu poczułam, że muszę uciekać- TERAZ, moja ostatnia szansa. Bo jak nie to oszaleję, albo to zakończę. Powinnam uciec już wiele lat temu, a jednocześnie dalej nie byłam na to gotowa.
Uciekłam za granicę, bo w zasadzie nie miałam gdzie indziej (tutaj mieszka moja przyjaciółka). Wszystkie stany lękowe się wzmogły od kiedy tutaj jestem, bo kosmopolitka ze mnie żadna. Zmiana miejsca jest dla mnie bardzo trudna, tęsknię (za krajem, znajomymi, językiem, krajobrazem..). Przypuszczam, że przez psychikę zaczęłam chorować fizycznie- ciągle coś mi jest, jak nie gorączka 40 stopni, to jakieś infekcje, ogrom zimnego potu w nocy. Staję się powoli nie do wytrzymania dla otoczenia. Jak coś wywoła u mnie lęk, to wpadam w panikę, świat przestaje istnieć i istnieje tylko ten problem. Chyba nie potrafię nad tym zapanować. Nie śpię nocami, bo o czymś myślę. Jak się zestresuję to muszę podążać za lękiem i nie myślę o konsekwencjach.
Co robić?