Witam
Kupujemy z narzeczonym dom. Jako, że mój wkład własny (1/5 wkładu narzeczonego) jest niewielki, a w umowie kredytowej będzie figurował jedynie on, jest dla nas oczywiste, że umowa kupna domu będzie wyłącznie na jego nazwisko. Ślub planujemy wziąć dopiero za rok, więc nieruchomość nie będzie wchodziła do majątku wspólnego po zawarciu małżeństwa. Wiem, że istniaałaby możliwość późniejszego wpisu do księgi wieczystej i mogłabym figurować jako współwłaściciel. Tyle że z tego co twierdzi narzeczony, nie ma takiej potrzeby i z jego wypowiedzi wnioskuję, że raczej nie chce włączać mnie do współwłasności. Przyznam, że trochę mnie to zaniepokoiło i zasmuciło. Wiem, ze mój wkład jest niewielki (kredyt chcemy spłacać razem), ale mimo wszystko poczułabym sie znacznie pewniej, gdyby dom był współwłasnością nas obojga.Boję się po prostu że w razie "W" wyląduję na bruku. I jeszcze jedna kwestia: co jeśli do ślubu nie dojdzie? Mój wkład jest nieoficjalny, nikt nie potwierdzi, że 1/5 sumy należała do mnie. Narzeczony obraża się, że mu nie ufam, że jeśli dom będzie tylko na niego on poczuje się pewniej, bo będzie wiedział, że w razie rozwodu z mojej winy, nie będzie musiał mnie spłacać. Ale nie przyjmuje do wiadomości, że w razie rozwodu z jego winy, ja tak naprawdę zostanę z niczym. Wiem, ze to brzmi strasznie, nie jestem jeszcze po ślubie, ale już mówię o rozwodzie, ale wyrosłam w domu, w którym całe życie ojciec i babka wypominali mojej mamie, że jest jedynie lokatorem i najlepiej by było, zeby się wyniosła (razem z dziećmi). Nie jestem wyrachowana, nie jestem tez materialistką, ale po prostu boję się o przyszłość i brak mi poczucia bezpieczeństwa, stąd moje pytanie: czy mam moralne podstawy do tego, żeby po ślubie naciskac na współwłasność? Czy może proszę o zbyt dużo i to narzeczony ma rację?
Z góry dziękuję za odpowiedzi i pozdrawiam