Witajcie,
od zawsze kłóciłam się z matką. Póki żył ojciec (zmarł 15 lat temu), bronił mnie. Na łożu śmierci powiedział ?nie wiem, co to będzie, jak ja umrę ? przecież wy się pozabijacie?, i faktycznie, po jego śmierci zaczęły się potworne awantury. Matka wyrzucała mnie z domu codziennie, na dokładkę zerwałam z chłopakiem, nie mogłam znaleźć pracy - wpadłam w depresję. Po roku od śmierci ojca udało mi się dostać pracę w innym mieście i wyjechać na drugi koniec Polski. Odetchnęłam, znalazłam fajnego faceta, zamieszkaliśmy razem, zaczęłam dobrze zarabiać, kupiłam mieszkanie.
Kilka lat temu wyjechał mój brat ? od tej pory odezwał się do mojej matki raz (!) - napisał do niej jeden list, bo go o to całymi miesiącami prosiłam. Z nikim z rodziny swojej ani ojca matka się nie kontaktuje (mój brat jedynie ze mną). Ma tylko sąsiadki i znajome z klubu emeryta. Nikogo nie lubi, nikomu nie ufa, nikogo nie potrzebuje.
Ja mam faceta, dobrą pracę, mieszkanie. Odwiedzałam matkę, dzwoniłam, pisałam i zawsze każdy kontakt kończył się dziką awanturą i wyrzuceniem mnie z domu. Jechałam tam za każdym razem bardziej roztrzęsiona, wiedząc, że wrócę z płaczem. U mnie była tylko raz, więcej nie chciała ? okazało się, że nie będziemy same i nie może mi dokuczać. Nie lubiła też, kiedy przyjeżdżałam z moim facetem ? nie cierpi go, ale krępowała się przy nim awanturować. Koniec końców pękała zresztą i zaczynała mi wymyślać ? półgłosem, sądząc, że on za ścianą nic nie słyszy. Wstydziłam się za nią, błagałam z płaczem, żeby się uspokoiła, ale czułam się cały czas w obowiązku podtrzymywać kontakt ? to w końcu matka.
Na ostatnie Boże Narodzenie raptem zachowałam się inaczej niż zwykle ? nie wiem, skąd mi to przyszło. Matka zaczęła awanturę jak zawsze. W tym momencie wstałam i powiedziałam bardzo spokojnie, że skoro moja obecność sprawia jej przykrość, to nie będę jej dłużej przeszkadzać. Jeśli nauczy się do mnie odnosić normalnie, to wie, gdzie mnie szukać. Wyszłam i nie wróciłam. Pojechałam do domu i odtąd się nie kontaktujemy ? nie dzwonię, nie piszę, ona do mnie też nie.
Ja mam już naprawdę tego dość. Od lat nic innego, tylko awantury, wrzaski, płacze, bezskuteczne prośby, żeby przestała mnie dręczyć, wielogodzinne rozmowy i po chwili znów to samo. Matka kategorycznie odmawia wizyty u terapeuty, bo cytuję ?psychologowie hipnotyzują ludzi, żeby popełniali morderstwa? i "ona jest w porządku, więc żadnej terapii nie potrzebuje", a "wariatki nie da z siebie zrobić". Poszłam więc sama. Terapeuta mi tłumaczył, że odrzucenie mnie to jej wolny wybór i nie jestem w stanie jej zmienić, ale nie muszę tego znosić.
Niestety cały czas uważam, że powinnam. Od Świąt odchodzę od zmysłów z poczucia winy. Jestem stale zdenerwowana, wszystko mi leci z rąk, nie mogę spać. Matka jest stara, nieszczęśliwa i wszyscy ją opuścili ? nieważne, że sama wszystkich odrzuciła. Mój brat nawet słyszeć nie chce o kontakcie z nią. A ja nie mogę sobie wybić z głowy przekonania, że powinnam coś zrobić. Tylko nie wiem, co! Przez tyle lat próbowałam już wszystkiego.
Jak myślicie, czy mam po raz enty wyciągnąć rękę czy dać sobie spokój?
Będę wdzięczna, jeśli odezwie się ktoś, kto coś takiego przerabiał i poradził sobie, ale może też ktoś bez podobnego problemu ma jakiś pomysł. Dziękuję wszystkim, którzy zadadzą sobie trud, żeby to przeczytać.