Czytam wszystkie głosy.
I rzeczywiście rozumiem wszystkie te mówiące że to szaleństwo. Bo...w sumie chyba takim jest.
Natomiast - nie wiem ile osób z wypowiadających próbowało / próbuje odbudować swój związek po czymś takim. (no i nie zapominajmy, że każdy jest inny: ma inne doświadczenia, stopień wrażliwości, inne były powody zdrady - przecież trzeba pamiętać o tym, że aby do niej doszło już wcześniej coś musiało nie grać, więc ta druga strona też powinna się zastanowić co było nie tak)
My przeprowadziliśmy naprawdę poważną analizę naszego związku. I sami i z psychologiem również. Wiemy co nie działało - w obie strony i wydaje mi się (ok, zrozumiem, gdy ktoś napisze - no właśnie: wydaje Ci się tylko
że naprawdę wszystko sobie wyjaśniliśmy, że jest bardzo dobrze i...jakkolwiek by to nie zabrzmiało: że możemy sobie znów ufać.
I to jest właśnie to słowo klucz w tym wszystkim. No nie jesteśmy już dzieciakami, prawda? Zakochanymi nastolatkami, tylko mamy pewien bagaż doświadczeń, dziecko, kupę fajnych wspomnień (i trochę niefajnych - bo co tu kryć, gdyby wszystko było fajnie to zdrady by nie było, tak?).
I decyzja którą podjęliśmy - że próbujemy znów, nie była podjęta ot, tak sobie, z dnia na dzień.
Natomiast właśnie jeśli coś ma z tego być - to właśnie zaufanie jest w tym wszystkim kluczowym elementem.
Bo jeśli zdecydowaliśmy się na wspólne bycie razem - nie dlatego (może inaczej -nie tylko dlatego) że mamy dziecko i wspólny dom, ale dlatego, że tego chcemy, bo jednak coś do siebie czujemy, bo jesteśmy na tyle dorośli, by rozumieć, że jest się nie tylko na dobre, ale i na złe i wydaje nam się że mamy dość siły i dojrzałości, by sobie z tym poradzić: to jeśli ma to nie być tylko związek pro-forma, dla dziecka, tylko taki prawdziwy: musi (!) w nim być zaufanie.
Ok, wiadomo, że pewne rzeczy nigdy nie będą już takie same. Bo jednak coś zostaje. Ale - cholera, albo ma się w sobie siłę by wybaczyć, albo się próbuje, albo rzeczywiście się kocha albo...to nie miałoby sensu. Tak myślę przynajmniej.
Bo być z kimś komu się nie ufa? Bać się cały czas własnego (czy też Jej) cienia? Każdego Jej wyjścia, ruchu?
Miłość to zaufanie. To bezpieczeństwo. To nie tylko porywy serca i szaleństwa na plaży.
(zwłaszcza że z wiekiem ten ostatni element będzie tracił na znaczeniu 
Dlatego: tak, jakkolwiek naiwnie po tym wszystkim by to nie brzmiało - ufam Jej.
Natomiast - po prostu interesuje mnie Wasze zdanie, bo chciałbym wiedzieć jak duża, Waszym zdaniem, jest szansa iż może dojść do nawrotu takiego romansu.
Bo rozróżnijmy zaufanie od naiwności 
I to nie chodzi o to nawet, że Ona chciałaby tego celowo: ale po prostu w trakcie rozmowy jakieś przypadkowe słowo, dotyk, muśnięcie, (zresztą, co ja będę się rozpisywał - jesteśmy tu wszyscy dorośli i wiecie, że krew nie woda, zwłaszcza że coś ich kiedyś łączyło) i może się stać coś czego będą (lub nie - tu głosik dla tych, którzy uważają że jestem naiwny
żałować.
Bo drugi raz zdrady na pewno bym nie wybaczył.
Ale właśnie chodzi o szanse na taki przypadkowy...hmmm, nazwijmy to, kontakt
między nimi.
Więc - zakazać czy zaufać?
Ps: Odrzućmy wątek urażonego męskiego ego czy dumy, bo to coś zupełnie innego: bo powtarzam, jeśli dochodzi do zdrady, to znaczy że coś było już wcześniej nie tak i ja rzeczywiście, również poczuwam się do winy, bo również (wcześniej) nawaliłem. Nie że zdradziłem, o co to to nie, ale nie byłem idealnym mężem, a na pewno mogłem być lepszym.
Więc - nie reaguję jak dzieciak w piaskownicy: zabrali mi moje grabki, to się obrażam i idę sobie.
Rozważam, analizuję, myślę. I właśnie dlatego, że wyszło mi / nam, że jednak coś jeszcze jest, ba że wręcz tego czegoś między nami jest całkiem sporo, to próbujemy znów. Bo My jesteśmy ważniejsi niż dumy i egoizmy.
I - nie jest tak, że jestem z Nią, bo tak bardzo Ją kocham, że jestem wręcz uzależniony. Tak, kocham Ją, ale...jestem w 100% przekonany, że świetnie dałbym sobie radę poza związkiem. Był moment, gdy podjęliśmy decyzję o rozwodzie (gdy się dowiedziałem o Jej romansie) i po pewnym czasie zacząłem się z kimś spotykać. I - było naprawdę świetnie. Celowo nie poszliśmy do łóżka - by nie przekroczyć pewnej granicy bez odwrotu (?), ale wiem już, że to nie jest tak, że koniecznie muszę być z moją żoną. Bo po rozwodzie też jest życie.
Więc - jesteśmy razem, bo tego chcemy, nie bo musimy. Zdając sobie sprawę z alternatyw świadomie wybraliśmy próbę bycia znów razem. Taka różnica.