Hej,
moja dziewczyna zmienia zdanie odnośnie chęci zamążpójścia.
W długim skrócie:
Jesteśmy ze sobą ponad 2 lata. Układa nam się nieźle. Ja mam 25 lat, ona 23. Nie kłócimy się zbyt mocno (czasem mamy odmienne zdania, ale ostrej kłótni nie było). Od jakiegoś czasu zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości. Kiedy pierwszy raz poruszyłem ten temat była zachwycona i zaczęliśmy teoretyzować co do logistyki (typu kto mógłby być starszym/starszą itp). 2 miesiące temu wróciłem z innego miasta, gdzie pracowałem przez rok. Co weekend/dwa spotykaliśmy się jeżdżąc do siebie nawzajem. W końcu udało mi się znaleźć pracę w mieście, gdzie studiuje. Przebywamy teraz ze sobą dzień w dzień i jest nam wreszcie dobrze, że nie dzielą nas kilometry. Moja dziewczyna zaczęła się lekko dopytywać kiedy ja jej się oświadczę. Mówiła, że czasem by chciała tak nawet w jeden dzień to wszystko załatwić (oświadczyny+ślub+wesele). Rozochocony jej sygnałami, postanowiłem kupić pierścionek. Zamówiłem go i zacząłem organizować oświadczyny.
Kiedy nagle, po dzisiejszym spacerze mówi mi ona, że czasem łatwiej jej było jak widywaliśmy się tylko w weekendy. Że czasem brakuje jej tego, żeby załatwiać niektóre sprawy samej. Że nie wie, czy jest gotowa na ślub, że nie wie, czy wytrzyma na całe życie z naszymi różnymi poglądami o pewne, raczej drobne sprawy (typu rozdrażnienie o zakupy ubrań -> mamy inny gust co do męskiej mody) że nie wie co by mi odpowiedziała na moje zaręczyny (ta rozmowa była dłuższa, ale mniej więcej tak to wyglądało). Ja jej bąknąłem, że wysyła mi sprzeczne sygnały i że lekko się w tym zagubiłem. Ona, że to rozumie, ale żebym dał jej czas na podjęcie takiej decyzji i żebym tak nie naciskał (wcale jej nie naciskałem na ślub, może ostatnio tylko częściej dawałem jej aluzje, które można było jednoznacznie zinterpretować jako sprawdzenie czy jest ona na to gotowa).
No i teraz sam nie wiem co mam zrobić... Naprawdę czuję się oszołomiony. Miałem w głowie plan oświadczyn, wszystko byłoby dobrze, do wczoraj byłem pewien, że usłyszę tak, a tu nagle taka rozmowa... Pasujemy do siebie, bo podstawowe wartości mamy takie same (różnimy się w drobiazgach, no i w temperamencie ona- spokojna, ja impulsywny), kochamy się, troszczymy o siebie, spędzamy wspólnie czas, rozmawiamy ze sobą szczerze.
Czy ktoś mi może coś doradzić? Bo mając złe doświadczenia z tekstami typu "daj mi czas na przemyślenia" zastanawiam się, czy tym razem obecnej dziewczynie go nie dać i po prostu nie klęknąć i nie zapytać czy zostanie moją żoną. Mi się wydaje, że ona się po prostu boi i wiem, że bardzo źle znosi jakiekolwiek zmiany w jej życiu. Proszę o Wasze opinie.
Pozdrawiam