Napisałam, co sadzę o swojej obecnej sytuacji. Pewnie większość z was odpisze, żebym wzięła się w garść. Ale ja nie mam siły. I przeraża mnie myśl, że będzie jeszcze gorzej, czy musi być gorzej???
Mam 20 lat, od kilku dni zalegam w domu, bo nie mam absolutnie nic do roboty ani chęci do zrobienia czegokolwiek. Nie chce mi się o siebie dbać, chodzić na siłownię, nic. Jestem przyzwyczajona, że wszystko robię sama. Sama siedzę w domu, sama chodzę na rower, na siłownię, na spacer. Mam jedną przyjaciółkę, ale ona ma chłopaka i całe wakacje spędza z nim za granicą. Znajomych nie mam już od roku, cały rok spędzam samotnie. W roku szkolnym pare razy wyszłam z koleżankami ze studiów, ale one mieszkają w innych miastach i nie ma żadnej szansy, żebysmy sie spotkały. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam na jakiejś imprezie, chyba właśnie rok temu. Nie mam chłopaka i nigdy nie miałam. Mężczyźni w ogóle nigdy się mną nie interesowali. Mam 20 lat, a czuję, że moje życie już dobiegło końca. Rano miałam ochotę skoczyć z okna. Ale odgoniłam od siebie te myśli, bo to kretynizm i dziecinada.
Dzisiaj rano sięgnęłam po album ze zdjęciami. To były zdjęcia z czasów, gdy miałam 17-18 lat(w wieku 19 lat wszystko się skończyło, całe moje życie). Patrzyłam na te zdjęcia, jaka byłam śliczna, szczupła(teraz trochę mi się przytyło, ale nie ma tragedii, chociaż dałabym wszystko żeby wyglądać jak wtedy) bo dużo schudłam wtedy ponad 12 kg i dbałam o siebie bardzo, nie chciałam przytyć. Miałam koleżanki, chodziłam z nimi na imprezy, wyjeżdżałam na wakacje za granicę. Bajka, po prostu bajka. I byłam szczęśliwa, byłam jeszcze DZIECKIEM. Na jednym z tych wyjazdów poznałam chłopaka, pierwsze moje w życiu zauroczenie. Nie zostaliśmy parą, chociaż wszystko do tego zmierzało(on się we mnie kochał, a ja w nim) ale on się rozmyślił i na jesieni zupełnie mnie olał. W wieku 19 lat, w klasie maturalnej wszystko zaczęło mi się sypać. Przestalam o siebie dbać, bo stwierdziłam, że nie mam dla kogo ładnie wyglądać(przez tego chłopaka), siedziałam w domu i się uczyłam, myślałam dużo o nim. Ten okres czasu to dla mnie taka czarna dziura. Na dworze ponuro, a ja tylko szkoła-dom. Na początku roku szkolnego jeszcze chodziłam na jakieś imprezy do kolegów, ale czułam, że ci ludzie już nie kręcą mnie jak kiedyś. I pojawił się inny problem. Moje koleżanki z paczki wszystkie miały już chłopaków, a ja taka dobra kumpela, więc jak któryś miał problem z dziewczyną to szedł mi się wyżalić. A ja głupia rozmawiałam z nimi, pocieszałam. I tak urobiłam sobie stereotyp "odbijaczki chłopaków", wszystkie moje pseudo koleżanki wypięły na mnie dupy, orzekły zdzirą. Teoretycznie byłam w paczce, ale to już nie było to samo, absolutnie. Czułam wrogość, niechęć z ich strony. Byłam zerem. A kiedyś tak za mną przepadali, byłam dla nich super koleżanką z poczuciem humoru i ekstra żartami. Ta bańka prysła tak szybko i złatwością, że dziś cholernie trudno mi w to uwierzyć.
Maturę zdałam bardzo dobrze, zrobiłam certyfikat profciency z angielskiego, dostałam się na studia. Wszystko się niby układało, ale to tylko pozory.
2013, lipiec. Pojechałam z paczką na wakacje nad Jezioro Solińskie. Było drętwo. Nasza paczka zaczynała się rozpadać, czułam to. I czułam ciągle niechęć do mojej osoby z ich strony. Mogło mnie tam nie być, nikt by nie miał nic przeciwko.
Po powrocie nie spotykałam się już z nimi. A tam nikt nawet nie zapytał czemu już nie wychodzę. Zostawili mnie i nikt nie pytał gdzie jestem. Uznałam to za znak, że pora się wycofać. Przestałam ćwiczyć, siedziałam w domu przez kilka miesięcy i się obżerałam. Przytyłam 9 kg. Potem schudłam te 9 kg jak poszłam na studia. Myślałam, że moje życie się odmieni, poznam nowych ludzi będę znowu miała fajną paczkę znajomych. Ale to była iluzja. Miałam dwie koleżanki. Z jedną bardziej się zaprzyjaźniłam, bo dużo z nią rozmawiałam o jej problemach i ona bardzo to doceniła, bo potrafiłam jej pomóc.
Teraz moje życie tak wygląda. Całe dnie spędzam w domu. Jak mam lepszy okres to dużo zasuwam na siłowni, jestem trochę wysportowana, ale muszę dbać o siebie, żeby nie tyć. Chłopak? Haha, dobre żarty. Znajomi? Kto, proszę? Imprezy? Co właściwie znaczy to słowo?
Mam 20 lat. Życie już miałam. Teraz została mi tylko egzystencja. Nie mam znajomych, nie robię nic, jestem sama. I czuję, że ten stan rzeczy już się nie zmieni. W październiku pójdę na studia. I będzie znowu szkoła-dom, szkoła-dom. Na trzecim roku to samo. Nie poznam chłopaka. Próbowałam kogoś poznać, bez skutku, bo nie jestem typem kobiety,za którą mężczyźni przepadają. A jedyna prognoza na moje życie brzmi - "zgnijesz w samotności, a gnić będziesz długo. Chyba, że sobie skrócisz ten proces, ale nie masz na to jaj".