Drogie Dziewczyny,
Zwracam się do Was z prośbą o wyrażenie swojej opinii na temat trudnej sytuacji życiowej, jaką poniżej opiszę.
Mam 18 lat. Od czterech miesięcy jestem w związku z chłopakiem starszym ode mnie o cztery lata. Tak krótki okres czasu wystarczył byśmy zostali narzeczeństwem... jednak coraz częściej powtarzam sobie: ''Dziewczyno, w co Ty się wpakowałaś!'', choć na początku wydawało mi się, że posiadłam największy skarb. Już nie pierwszy raz w życiu spięcia na linii damsko-męskiej doprowadzają mnie do emocjonalnej zapaści i zupełnego wyjałowienia psychicznego. Zanim nastąpiła era Jego, zakończyła się z dnia na dzień era Tamtego. Tamten był o rok starszy ode mnie, mieszkałam z nim przez pół roku,a nasza bliska relacja trwała ponad rok. Bardzo mnie ograniczał, nie chciał bym gdziekolwiek wychodziła bez niego, żądał moich haseł na portale społecznościowe i pocztę, często popadał w histerię, kiedy miałam odmienne zdanie od niego, ponieważ wnioskował z tego, że już się z nim nie liczę i jestem nim znudzona. W ostatnim stadium naszej farsy wymyślał, że pewnie kogoś mam na tzw. boku skoro dla niego jestem nieczuła. Bywałam wobec niego bardzo wroga, gdy zaczynał swój spektakl, wymieniał ile to od dla mnie poświęcił, a ja taka niewdzięczna, kilka razy groził, że się zabije i pewnej nocy przespacerował się po zewnętrznym parapecie, ale szarpnęłam go za piżamę do wewnątrz. Wtedy też poszło o bzdurę. Potrafiliśmy się kłócić o błahostki od początku. Scysja za scysją, wiecznie napięcie i strach przed wybuchem bomby. Miałam wówczas słaby kontakt z rodzicami, więc nie miałam się komu wyżalić, mało komu też ufałam. On natomiast każde nasze spięcie na bieżąco relacjonował rodzicom. Domyślacie się na czyją niekorzyść? Czułam się bardzo samotna w czterech ścianach z nim. Jego ulubionym zajęciem była gra na komputerze albo dyskusje ideologiczne w internecie, nie lubił wychodzić do ludzi, natomiast ja chciałam spędzać czas aktywnie, na spotkaniach, spontanicznych podróżach, działalności społecznej. Między nami istniała przepaść materialna, pochodzę z o wiele mniej zamożnej rodziny niż on. Dla mnie rzeczą zwyczajną było, że będę dorabiać tu i ówdzie, Tamten blokował moje niesubordynowane pomysły, zupełnie niepasujące do jego stylu życia... Bywałam często bardziej jego matką niż dziewczyną, ale tą z rodzaju sterroryzowanych przez tupiące nóżki krnąbrnych malców. Nawarstwiało się we mnie niespełnienie i rozgoryczenie. Aż w końcu zwiałam od niego, choć nie miałam ani mieszkania ani pieniędzy. Błagał i groził na przemian przez ponad tydzień bym wróciła, ale się nie ugięłam, choć było mi ciężko i tłumiłam dziki ryk w poduszce. Nie swojej rzecz jasna. Pomocną dłoń wyciągnął do mnie dobroduszny chłopak, wspomniany wcześniej On. Otoczył opieką moją psychikę, umysł, a potem ciało. Chciałam w nim utonąć, gdy już zaczerpnęłam oddechu z mojego niegdysiejszego bagna. Pierwszej nocy mojej bezdomności widział mnie nago. Nie zrobiliśmy tego, ale mimo to oddałam mu wtedy wszystkie moje lęki, cały mój wstyd. Chciałam, żeby rozdział ''Tamten'' już odszedł w siną dal, by mnie nie kusiło wracanie, odkręcanie węzłów gordyjskich rzuconych co pięć metrów na naszej drodze. Byłam jednym wielkim bólem, mimo to zastanawiałam się czy nie cierpi. To niesamowite jak z dnia na dzień wszystko się przewróciło, tyle pięknych wiosennych pocałunków, pierwsze zakochanie, zaufanie, rozumienie, akceptacja.
Mniejsza... szlag to trafił i tyle.
On jest totalnym antonimem Tamtego. Nieżyjący na garnuszku rodziców, nienastawiony konsumpcyjnie do życia, uduchowiony, piszący wiersze, a jednocześnie męski (nie chłopięcy). Ma takie dłonie jak mój tata. Nie mający w pogardzie innych ludzi, nie wywyższający się, dużo rozmawiający, słuchający.
Nie wiem jak to wyjaśnić, że zaczął mnie bić, a ja jego.
Nie wiem dlaczego przybywa mi siniaków, a jemu zadrapań.
Nienawidzę tego uczucia potrzeby ucieczki. Miał być moją przystanią.
Najpierw uciekanie z domu rodzinnego, potem od Tamtego, teraz...
W moim domu rodzinnym zaznałam wiele poniżeń i samotności.
Bardzo zależy mu na dzieciach. Chce ślubu już za rok. Mimo, że nie skończył studiów, a ja nie zaczęłam. Naciska na to bardzo ze względów religijnych.
Niszczymy się. Nie wiem, co robić. Zastanawiam się czy ja oduczyłam się myśleć. Nie potrafię przeanalizować swojej sytuacji. Nie mogę przecież całe życie uciekać, a samo się nie zrobi.
Boję się, że się poddam.