Witam,
Ostatnio zauważyłam u siebie dość nietypową reakcję na pewną grupę osób. W sumie przez to zaczęłam się bać wychodzić do ludzi, a w szczególności na spotkania ze znajomymi, na mieście.
Myślę że jest tak dlatego, że ostatnimi czasy w moim życiu nie było zbytnio kolorowo i czułam się bezsilna i tak jakoś zostało, co powoduję i wiedzę, że wpływa na pewne aspekty mojego życia prywatnego. Ogólnie zaczęło się od matki mojego chłopaka, która potrafiła mnie postraszyć swoim dwumetrowym fagasem, on z kolei potrafił postraszyć mnie swoimi kumplami z boksu, później była niemiła sytuacja ze znajomymi siostry, mojego chłopaka - byli nawaleni, co tu dużo mówić i doszło do tego, że jeden z nich nieźle obił twarz mojemu chłopakowi na podstawie plotek, które oczywiście okazały się później nieprawdziwe... w każdym razie... wszystko działo się na moich oczach, w złym czasie, złym momencie mojego życia i naprawdę odcisnęło to piętno na mojej psychice tak że na widok tych osób, do dziś mam paraliż całego ciała i kołatanie serca oraz odczuwam bardzo wielki stres i jednocześnie chęć mordu - tak jakby w sytuacji zagrożenia życia, ciało i mózg próbuje się obronić poprzez atak.
Ogólnie od tamtego nieszczęsnego czasu przerażają mnie typy facetów co są wulgarni i pokazujący "kto tu rządzi". Często od takich dostawałam ofertę obicia mi twarzy mimo, że jestem dziewczyną 170 cm wzrostu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdy zdarzały się przykre sytuacje, ja jako wątła osoba, nie byłam w stanie ani nic zrobić, ani się obronić, co w efekcie powodowało u mnie wyrzuty sumienia, chęć samookaleczenia się, a gdy złość kieruję na inną osobę niż na siebie... myślę o złapaniu noża i wbiciu komuś w serce i tego boje się najbardziej. Nie chodzi mi tu oczywiście że podczas zwykłej kłótni kogoś ukatrupię, ale jak widzę że osobnik stwarza zagrożenie dla mnie, obawiam się że może dojść do tragedii, bo kiedyś po prostu nie wytrzymam znów tego stresu i napięcia.
Nie chcę tu opisywać tych sytuacji bo są one długie, a po drugie czuję jak narasta we mnie złość i nie taka o, sobie tylko normalnie mam ochotę zatłuc te osoby za to jakie piekło mi zgotowały, te emocje mimo upływu czasu wcale się nie zmniejszają, wręcz powiedziałabym, że na odwrót, czuję je coraz silniej, mocniej, coraz bardziej się we mnie zakorzeniają i powodują uczucie ciągłej frustracji w sytuacjach gdy stykam się z ludźmi którzy też lubią rzucać mięsem i robić problemy, teraz myślę że wynika to głównie z tego, że w moim życiu było trochę tej patologii, która jak widać, bardzo odbiła się na moim zdrowiu psychicznym, na początku sama zaczęłam nadużywać alkoholu, ale teraz z perspektywy czasu, widzę że była to po prostu ucieczka przed wspomnieniami. Teraz, mając 21 lat czuję, że nie umiem sobie radzić w tej dziedzinie swojego życia i ona powoduje, że nie potrafię walczyć o siebie i innych przed strachem, że osoba z którą walczę jest silniejsza i lepsza, dosłownie czuję w tej chwili, że w pewnym zakątku mojego ciała siedzi wciąż tak samo skulona dziewczyna jak pod czas kłótni mojej mamy z ojczymem, którą przerasta codzienność i powoduje że albo czuję się wciąż bezsilna albo sparaliżowana, chodzę jak bomba zegarowa. Cały czas chodzi za mną echem przeszłość, do dzisiaj jakbym spotkała te osoby mimo nerwów, gniewu jaki w sobie noszę, nie potrafiłabym im powiedzieć tego w twarz, bo bałabym się wyśmiania albo stwierdzenia że jestem psychiczna. Od dzieciństwa duszę w sobie te złe emocje, nawet przez pewien okres w życiu byłam w stanie o nich nie myśleć, ale później znów nastąpił w moim życiu zwrot akcji który spowodował znów, właśnie tą kumulacje, jestem zła... zła na siebie, zła na los, zła na życie, zła o to, że nie potrafię walczyć, zła o to że wciąż pokutuję za głupotę innych osób, zła o to że nie potrafię sobie z tym poradzić, zła o to że nikt mnie kurwa nie słucha, zła o to że każdy wie że nic mu nie zrobię, bo jestem na tyle nieśmiała i mało odważna by powiedzieć co myślę, przez to jednocześnie ignorowana przez resztę rodziny, zła że daje tak sobą pomiatać, ale nie potrafię wyjaśnić czemu w momencie gdy mam okazje, nie korzystam z niej, ponieważ nagle złość przemienia się w lęk i paraliż, taki który powoduje że nawet zapominam jak się nazywam i za każdym razem kończy się to tak, że znów staje się popychadłem...
Nie wiem co mam z tym fantem zrobić... czuję ostatnio jak rośnie we mnie jakiś ukryty gniew, frustracja że nie mogę nic z tym zrobić co spowodowałby poprawę samopoczucia, bo czuję się kompletnie olewana, bezbronna, głupia, ignorowana na każdym kroku przez to że jestem osobą która nie lubi konfliktów, czuję się po prostu okropnie... i to uczucie towarzyszy mi ostatnio bardzo często, aż za często, nic się nie układa, nic nie dzieje bo ja wciąż się boje, boję sie żyć ![]()