W życiu nie przypuszczałabym, że będę w sytuacji w której tak bardzo nie będę wiedziała co robić, że aż zdobędę się na opisanie czegokolwiek dotyczącego mojego życia na forum... Zaczynając od początku:
Jestem z jednym mężczyzną od kilku lat (więcej niż 5 mniej niż 10), jestem od niego znacznie młodsza, mamy 4 letnią córkę. Jest to mój pierwszy związek tak bardzo poważny, ale nie pierwszy w życiu.
Od początku naszej znajomości towarzyszyło nam dużo zazdrości i zaborczości, głównie z jego strony. Po pewnym czasie zaczęły pojawiać się kłótnie, zazwyczaj kończące się moim płaczem. Z każdym miesiącem on "rozkręcał" się negatywnie, pokazując na co go stać. Ja, z osoby dosyć spokojnej i zrównoważonej w stosunkach damsko - męskich zaczęłam stosować jego pełne zazdrości i złości zagrywki.
Jako osoba bardzo młoda prowadziłam dosyć bujne życie towarzyskie, które przez wzgląd na dużą ilość kolegów/facetów/znajomych jemu nie do końca odpowiadało, szukał ciągle powodów aby ukrócić moje znajomości i pokazać mi, że ktoś jest "zły" dla mnie lub naszego związku. Obok tego był najsłodszą osobą, którą poznałam - pokazywał mi na wiele sposobów, że jest we mnie zakochany, spędzał ze mną cały swój wolny czas, itp., itd. Wszystko jednak przerywane było jego wybuchami złości w sytuacjach w których nie odpowiadało mu: moje zachowanie, to co powiedziałam, to co zrobiłam, to jak na kogoś spojrzałam.
Wszystko się powiększyło, kiedy okazało się, że jestem w ciąży. Nie chciałam wziąć ślubu, nie zachowywałam się jak on by zechciał - wszystko było powodem do krzyków, kłótni, tak jakby tym chciał mnie zmusić do tego abym była i robiła to co on chce.
Po urodzeniu dziecka i naszym zamieszkaniu ze sobą, doszła straszna zazdrość, przejawiająca się w najdrobniejszych szczegółach typu "dlaczego malujesz paznokcie? dla kogo je malujesz?", "dla kogo się tak stroisz? dla mnie się tak nie ubierasz", każdy najmniejszy kontakt z mężczyzną był traktowany jako potencjalna zdrada, koledzy z którymi się wcześniej spotykałam zostali usunięci, jako Ci których On nie lubi i "wcinający" się w nasz związek. Bardzo długo pozwalałam na tego typu zachowania, większość czasu spędzałam w domu z dzieckiem i byłam dostatecznie załamana swoją sytuacją, żeby uwierzyć w to że jego krzyki i zachowanie to rzeczywiście moja wina (bo tak on interpretuje swoje zachowanie - mówiąc, że gdybym ja zachowywała się "odpowiednio" on by tak nie krzyczał).
Nie jestem w stanie zliczyć sytuacji, w których siedziałam zamknięta w łazience ledwo łapiąc oddech od płaczu i zastanawiając się jak i kiedy się wyprowadzę, za co będę żyła.
Minęło trochę czasu, były sytuacje złe i dobre, zaręczyliśmy się, zmieniliśmy miejsce zamieszkania, poszłam do pracy, dziecko do przedszkola. Kłótnie jak były tak były, ale ja zaczęłam robić się coraz silniejsza, odzyskiwać jakąś swoją utraconą niezależność, osobowość, chęci i mam wrażenie, że jemu coraz gorzej było to znosić. Bo kłótnie dotyczą absolutnie wszystkiego, po nieodstawieniu szklanki jestem w stanie usłyszeć, że jestem głąbem, idiotką, prze*** człowiekiem, gówniarą, szczylem, bezczelem.
W całym moim życiu nikt nigdy nie obdarzał mnie takimi słowami, jak teoretycznie najbliższy mi człowiek.
W pewnym momencie odpuściłam, przystopowałam z walką z nim, nasze życie i relacje odrobinę się polepszyły, podjęliśmy decyzję o ślubie. Od dnia podjęcia minęło kilka miesięcy, do dnia ślubu zostały 3. W tym czasie kilka razy zostałam wyrzucana z domu (raz nawet wystawiona w bieliźnie na klatkę), wyklinania i wyzywana. Początki organizowania ślubu były naprawdę miłe i urocze, ale z każdą kolejną rzeczą zaczęły pojawiać się gigantyczne problemy kończące się kłótniami, wyzwiskami i płaczem.
Nie są to oczywiście jedyne sytuacje, które się wydarzyły, bo przez te lata były i bardzo dobre i bardzo złe. Jedyne co mnie przeraża teraz to to, że człowiek którego żoną być może będę (przez wydarzenia ostatnich dni i kłótnie ślub wisi na włosku) traktuje mnie jak najgorszego wroga. Zajmuje się szukaniem we mnie rzeczy złych, tworzeniem problemów, umartwianiem się i analizowaniem (zazwyczaj na moją niekorzyść) każdej najmniejszej sytuacji. Jego zachowanie jest agresywne nie tylko wobec mnie, ale wobec otaczającego go świata, potrafi zwrócić się do naszego dziecka w sposób wręcz nienawistny (by za chwilę być czułym, wspaniałym, kochającym tatusiem), jest nieprzewidywalny potrafi zachowywać się normalnie a za chwilę wpaść w dziką furię.
Przestaje się powstrzymywać, z każdym rokiem pozwala sobie tak naprawdę na więcej.
Zdaje sobie sprawę, że jest to moja relacja tylko z jednej strony. Nie chcę powiedzieć, że jest to zły człowiek, bo nie jest. Jest odpowiedzialnym, zaradnym, poświęcającym się ojcem i facetem. Jego działanie ukierunkowane jest w 100 % na nas, zazwyczaj stara się zrobić wszystko, aby pomóc mi realizować jakieś moje plany (że często okraszone jest to awanturą to inna sprawa...). Posiada wiele pozytywnych cech, ale jego nieprzewidywalność, agresja, wybuchowość i furie w które wpada sprawiają, że zaczynam się zastanawiać czy to nie jest najwyższy czas, żeby uciekać. Mam wrażenie, że w jego odbiorze rzeczywistości to rzeczywiście on jest najlepszy a cały świat musi go gonić, bo jest gorszy, poniżając mnie podbudowuje sobie swoją samoocenę.
Czytając to teraz stwierdziłam, że brzmi to tragicznie i sama poradziłabym kobiecie - uciekaj ! Ale widząc swoją sytuację - mamy dziecko, ślub w planach, i jakąś miłość chyba do siebie jeszcze też, nasze życie naprawdę nie sprowadza się tylko do złego. Robimy ze sobą różne, ciekawe rzeczy, potrafi być między nami naprawdę bardzo dobrze. Jednak ja jestem osobą, która nie może pogodzić się z takim zachowaniem i nie jest w stanie zaakceptować tego, jako czegoś normalnego.
Proszę wypowiedzcie się jakkolwiek.
Czy myślicie, że terapia (dla par, dla niego) mogłaby pomóc?
Pozdrawiam,