Sytuacja, jak sytuacja. Nie jestem pierwszą osobą w takiej sytuacji, na pewno nie jestem ostatnia. Jestem z moim facetem od 4 lat. Bywało różnie. Cały związek wyszedł z mojej inicjatywy, to ja musiałam starać się o niego, nie on o mnie. Typ raczej zamknięty w sobie, trochę pesymista, zupełnie nie romantyk. Wiele razy przez te 4 lata mnie zranił, raz odwołał to, że kocha. Zawsze stałam za nim murem. Wiem, że teraz i on stoi - wiem, że mnie kocha, troszczy się, wiem, że się o mnie martwi. Wiem, że jestem dla niego ważna. Był moment, w którym chciałam ten związek zakonczyc, jednak tego nie zrobiłam, walczyłam. Później wszystko się poprawiło. On był bardziej czuły, widziałam, że zalezy mu jeszcze bardziej. Wydawało mi się, że jest już ok. W głowie układałam plany na wspólne życie, na ślub, na wszystko.
I wtedy się zaczęło.
Poznałam faceta. Starszego o 10 lat (ja mam 23, on 33). Wykładowcę z mojej uczelni - mieliśmy zajęcia razem cały semestr, zajęcia się zakończyły, spotkaliśmy się. I strzelił we mnie piorun. Zdradziłam mojego faceta, chociaż byłam przekonana, że tego nie zrobię nigdy. Patrzyłam na moją zdradzaną matkę, gardziłam osobami, które zdradzają. Dopóki nie znalazłam się w tej koszmarnej sytuacji. Kocham mojego faceta. Chcę dla niego szczęścia. Chcę, żeby nam się ułożyło. Próbowałam z nim rozmawiać - że potrzebuję więcej ognia, więcej spontaniczności, więcej pożądania. Że nie chcę być starym małżeństwem. Niestety Kuba (tak ma na imię) uważa, że wszystko jest super, nic nie musimy zmieniać. On jest 2 lata starszy ode mnie, pisze magisterkę.
Ten drugi, Marcin... Traktuje mnie jak księżniczkę. Patrzy na mnie, jak na ósmy cud świata. Zawrócił mi w głowie. On też ma dziewczynę - są ze sobą 3 lata. Powiedział, że nie chce, żebyśmy podejmowali pochopne decyzje, żebyśmy dali sobie czas, żebyśmy lepiej się poznali. Spotkaliśmy się kilka razy, w różnych okolicznościach - za każdym razem było magicznie. Poprosił, byśmy spędzili razem cały dzień u niego w mieszkaniu. Powiedział, że chce mi gotować, sprawiać, że będę sie uśmiechać. Obiecanki - cacanki.
Nie powiem - imponuje mi fakt, że ktoś wreszcie o mnie zabiega. Że dla kogoś jestem cudowna, że mogę wreszcie usłyszeć, że jestem bardzo wartościowa, piękna, nieziemska, atrakcyjna... Wiem, że słyszę to od złej osoby.
No i tak żyję od dwóch, trzech tygodni - zawieszona. Nie wiem, co mam robić. Nie wiem, czy warto poświęcić 4 lata ciężkiej pracy, poznawania siebie, wyciągania się z bagna, dla kogoś, kogo jeszcze kompletnie nie znam - dla chwilowej fascynacji? Nie wiem, czy jest chwilowa, nie potrafię ocenić, czy to dlatego, że potrzeba mi było świeżości, powiewu, ekscytacji? Nie wiem, co czuję do Marcina, nie wiem też, co czuję do Kuby - wydawało mi się, że kocham go bezgranicznie. Teraz już nie jestem tego pewna... Dlatego proszę Was, żebyście wypowiedziały się. Chcę poznać zdanie kogoś, kto nie zna mnie, nie zna tych facetów. Napisałam wszystkie moim zdaniem istotne fakty. Nie chcę prowadzić podwójnego życia, jednak nie jestem na tyle silna, żeby sama zdecydować, aby którąś z tych relacji zakończyć. Po prostu nie potrafię... ![]()
Ania.