Cześć,
jak przestać wymyślać i kreować scenariusze, które nie sprawdzają się w żadnym wypadku, a mnie tylko później ogarnia rozczarowanie?
Jak przestać analizować sytuacje " co by było gdyby" i skupić się na teraźniejszości? Jak mam z tym walczyć?
Nie mogę się skupić o dziecka, nigdy niczego nie kończę, jeśli chodzi o projekty to zawsze robię je na ostatnią chwilę, źlę gospodaruję czas a później przeżywam to, że tak mi trudno. A wcześniej nic nie robię, lenię się, wychodzę, robię 1000 innych rzeczy ( ważnych, ale mogłyby poczekać). Zawsze jestem zainteresowana wszystkim do okoła, czekam na aprobatę od ludzi, od innych, chcę robić 1000 rzeczy na raz. Kiedy nie wychodzę z domu przez tydzień uważam,że już w życiu nic mnie nie spotka, że spaprałam życie. Ogólnie to bardzo przesadzam.
Nie wiem z czego to wynika. Czasem wydaje mi się, że są 'dwie mnie'. Jedna taka koleżeńska miła, która ma problemy, o których wiedzą znajomi, dostosowuję się do innych, żeby mieć znajomych(?), żeby nikt mnie nie odtrącił? (?), a druga to osoba ambitna, dążąca do celu, której nie obchodzą konsekwencje. Myśląca,że wszystko jest dla ludzi, że może osiągnąć wszystko i która postawiła sobie poprzeczkę tak wysoko, że nigdy jej nie dosięgnie. Nie dosięgnie ideału, którego nie ma.
Mam tak od urodzenia. Nawet w podstawówce czy w gimnazjum już miałam te 'dwie' osobowości. Czasem myślę, że z tą drugą osobowością jestem nie fair w stosunku do znajomych, bo sama mogę stać się egoistką, samolubną osobą, ale bez takiej części mnie, nie osiągnęłabym tyle ile osiągnęłam teraz ( nauka, studia, warsztaty, konkursy). ta druga ja jest osobą, która się wgl nie boi, nie uważa ryzyka za coś złego. Natomiast ta pierwsza to osoba spokojniejsza, taka raczej nieśmiała którą można poznać przy pierwszym spotkaniu. Dopiero później się rozkręcam i staję się tą drugą.
Czy jestem normalna czy nie
? Bo czasem mi się wydaje, że moja wyobraźnia tak mi daje w kość, że mogłabym wyjechać na bezludną wyspę bez niczego a i tak bym się nie nudziła. Robię tyle rzeczy, że czasem się zastanawiam czy ludzie się mnie nie boją? Nie boją się tej mojej ambicji a z drugiej strony nonszalancji? Od 3 lat jestem samotna i daję radę- miałam kilka krótkich związków w między czasie, ale jakoś nie jest mi z tym źle że jestem sama. Nie wiem dlaczego. Po prostu nauczyłam się żyć sama ze sobą i nie jest mi z tym nudno. Znajomi wychodzą za mąż, zaręczają się, a ja nadal jestem taką 'trzpiotką'.
Powinnam się ogarnąć czy żyć tak jak chcę i nie podlegać żadnym ramom?
PS Np sytuacja z ostatniego półrocza , z ostatnich 10 miesięcy. Miałam zawirowania damsko-męskie. Ja się zaangażowałam, ale chyba się nie zrozumieliśmy. Dostałam 'kosza' i nie mogłam się pozbierać przez ok 2-3 mesiące. Ciągle chodziłam spięta. Później mieliśmy obowiązkowe praktyki studenckie półroczne- przez te praktyki chciałam się odciąć od ludzi, którzy byli zamieszani w to środowisko, byli znajomymi tej osoby, która dała mi kosza. Przez pierwsze 3 miesiące nie dawałam sobie rady. ALe później coś naskoczyło, wzięłam się w garść i sama zaczęłam odtrącać tych moich znajomych ( nawet Bogu ducha winnych) bo wiedziałam , że są z tego środowiska. I wiem , że za kilka miesięcy będę chciała do nich wrócić, bo zmienię się psychicznie i sama będę do nich lgnęła, bo są moimi znajomymi. Nawet będę koleżankę tego chłopaka co dał mi kosza. Nie wiem dlaczego taka jestem. Najpierw się bardzo angażuję, później to jest toksyczne, później odsuwam ludzi, żeby odreagować. Nie odbieram telefonów, nie kontaktuję się a później sama do nich wracam...