Z TŻem jesteśmy już dwa lata razem. Półtora roku spędziliśmy w jego rodzinnym mieście (około 150 tys. mieszkanców, pięknie położone, ale samo miasto strasznie zapomniane i zaniedbane). Mieszkaliśmy sami, jego rodziców odwiedzaliśmy raz, max. 2 razy w tygodniu (ot na obiad, albo TŻ miał u nich jeszcze coś swojego). Było całkiem fajnie, robiłyśmy wspólne wina, zawsze było o czym porozmawiać. Owszem było wiele elementów które mnie irytowały (straszne gadulstwo teściowej i to, że nie dawała dojść do słowa, przechwałki - gdzie to oni nie byli i co tam jedli - z dokładnym opisem każdej sałatki, itp. itd., gdy mówiłam np. "ostatnio w mieście X widziałam takie fajne coś" na to ona "ale u nas w mieście też takie jest, nawet jeszcze fajniejsze". I tak ze wszystkim) przegryzałam wargi, milczałam. Niech sobie myśli, że tak jest.
Od początku jednak denerwowało mnie jej krytykanctwo: że brat TŻa kupił mieszkanie (w stanie dosłownie ruiny) to, ze: za długo mi remont idzie, że niepotrzebnie zburzuli jakąś ściankę w kuchni, że w łazience szare kafelki, że zestaw podtynkowy to zły wybór, że całe prawie całe mieszkanie zrobili na szaro, że synowa mając jedno 2 letnie dziecko i bedąc w ciązy pracowała prawie do ostatniej chwili i podrzucała im tego 2 latka, że synowa chce wyjśc na basen!, że jest za chuda, że to, ze tamto. Nie raz próbowałam im powiedzieć, że to był ich wybór, chcieli szare, mają szare, im się podoba jest ok. Że jak nie chce zajmować się 2 latkiem to niech to po prostu powie, przecież jest też matka synowej, która też może się nim zająć.
Z drugiej strony ciągle robiła z siebie ofiarę. Bo ona musi się małym zajmować, bo matka synowej źle się nim zajmuje. Że ciągle jej brakuje pieniędzy i musi oszczędzać (na podróżowanie mają, kupują wszystkie dostępne gadżety w biedronce), bo przecież dla niej pracy nie ma (z zawodu jest fryzjerką, śmiało mogłaby w tym fachu dorobić). Jakiś czas temu wdała się w rozmowę z moją mamą (trochę starszą od niej, już emerytką, która dorabia sobie na pół etatu w hipermarkecie - poszła tam głównie po to aby wyjśc do ludzi a dodatkowa kasa pozwala na to, że nie musi sobie nic odmawiać). I zaczeły się żale "no ja bym sobie też dorobiła, ale ja nie mam czasu na cały etat i u nas emerytów na kasę nie zatrudniają, a w ogóle to jest prywaciaż i market, więc co to jest za praca, że to nie dla niej" itp. itd. Prawda taka, że jak ktoś chce pracować to zawsze sobie coś znajdzie.
Mając tego dość powiedziałam TŻowi, że chcę wrócić do mojego rodzinnego miasta (duże miasto, ponad 500 tys. mieszkanców). Trochę też po to aby oderwać go od mamusi. O dziwo nie protestował. On bardzo szybko znalazł nową pracę, która daje mu niezłe perspektywy (pracuje na produkcji, on ma tylko maturę - nie miał możliwości dalszego kształcenia się, ale firma już po roku pracy daje mu możliwość rozpoczęcia studiów na jej koszt - ma zamiar z niej skorzystać. Dodatkowo widzę jak bardzo się rozwinął przez te kilka miesięcy, bo nowa praca nie polega tylko na bezmyślnym przekładaniu detali tylko naprawdę dużo od niego zależy) oraz sporo lepszą kasę . Mi znalezienie pracy zajęło trochę więcej (jestem inżynierem), ale też się udało. Przeprowadziliśmy sie do mojego rodzinnego domu (do tego namówiła nas moja mama, że szkoda kasy na wynajem, skoro chcemy kupić swoje). W momencie przeprowadzki mieliśmy już zarezerwowane u dewelopera mieszkanie. W ciągu miesiąca załatwiło się kredyt, kilka tygodni później odebraliśmy mieszkanie i wzięlismy się za wykańczanie. I od tej chwili się zaczęło:
- dlaczego wybraliscie mieszkanie z takimi małymi oknami (okna mamy duże, w salonie mamy dwa wyjścia na balkon - może jedno mogłoby być dużym oknem, ale źle nie jest)
- dlaczego nie chcecie skorzystać ze stolarza który nam robił kuchnię (chcieliśmy, umówilismy się z nim, zapomniał o wizycie, więc postanowilismy znaleźć innego, a właściwie to takiego który sam nas znalazł, oczywiście zrobiła awanturę, że tak nie można itp. itd.)
- nie malujcie na szaro, bo drugi syn tak ma i jest obrzydliwie, głupi jesteście, że chcecie pomalować na biało, przecież to jak w szpitalu, my mamy na zielono i taki kolor jest w porządku (kolor jest w porządku, ale mają małe pomieszczenia, z mniejszymi oknami i ciemnymi meblami i trochę tam u nich to przytłacza)
- jak to nie chcecie płytek do samego sufitu, pewnie żydzicie na płytki i próbujecie oszczędzić, my mamy do sufitu i tak jest dobrze, to jedyna słuszna koncepcja w łazience
- jak to wasz stolarz powiedział, ze meble będą 5cm od sufitu, nasze są do samego sufitu i tak jest dobrze, macie powiedzieć mu, że też ma wam tak zrobić
- jak to będziesz miała obniżony blat przy płycie do gotowania - ja mam na równi w blatem i tak jest dobrze,
- jak to będziecie mieć płytę gazową?! - przecież JA (teściowa) mam uczulenie na gaz, nie mogę na takiej płycie gotować, jedyna słuszna to elektryczna, drugi syn ma indukcję i z niej są niedobre potrawy
- jak to nie chcecie mieć kabiny prysznicowej? przecież teraz wanien się już nie daje, my mamy kabinę i jest dobrze
- zobaczcie jakie ładne firanki wam kupiłam (mówiliśmy, ze firanek nie chcemy)
A przy okazji parapetówki (oczywiście przyjechali wcześniej aby pomóc, chociaż prosilismy aby przyjechali na czas, że sami damy radę):
- dlaczego nie dajesz majonezu do tej sałatki, z jogurtem będzie obrzydliwa (robiłam nie raz z jogurtem i wszystkim smakowało, za to ja w swojej kuchni majonezu w ogole nie stosuję)
- dlaczego kotlety panierujesz mąka-jajko-bułka tarta, przecież jedyny słuszny sposób to bułka-jajko-bułka
- dlaczego trzymasz pomidory w lodówce (ja akurat zdecydowanie wolę z lodówki, bo dla mnie zimne są smaczniejsze)
- dlaczego kupujesz takie drogie pomarańcze, w biedronce są tańsze (ja lubię duże pomarańcze, które mają grubą skórę - takie moim zdaniem są smaczniejsze)
- dlaczego trzymasz i pijesz soki z lodówki, tak nie można, to nie zdrowe, przecież mnie od tego boli żołądek (tak mnie mama wychowała i tak piję i ja i moja mam od dziecistwa i nas brzuchy nie bolą, w lodówce trzymam 1-2 soki, reszta jest w szafce, zawsze może poprosić o ciepły i taki jej dam)
- dlaczego kroisz na ćwiartki marchewkę do rosołu, przecież należy ją dawać w całości
- dlaczego dodajesz wołowinę do rosołu, przecież jedyny słuszny rosół to rosół drobiowy, ja tak robię i mój rosół jest dobry (jak dla mnie jej rosół jest trochę lurowaty, brakuje mu smaku, zjeść się da, ale trzeba dużo makaronu;p)
- po cholerę sama robisz makaron do rosołu (taki makaron to moje wspomnienie z dzieciństwa, tak robiła moja babcia), przecież w Biedronce można kupić dobrą krajankę
Mogłabym tak długo słuchać. Zwracałam jej nie raz uwagę, że takie ciągłe narzekanie np. na drugiego syna jest nie na miejscu. Może jej się nie podobać, ale to nie jej ma się podobać, to ich mieszkanie i ważne, że im się podoba. Tak samo jak z naszym. Trochę się obraziła, ale jej przeszło. Myślałam, ze coś zrozumiała. Wiem, ze naszym błędem było zaproszenie teściów do mieszkania zaraz po odbiorze i odpowiadanie na tych pytania o to jak chcemy wykończyć.
Sytuacja przy parapetówce też mnie nieźle zdenerwowała i nagadałam jej trochę więcej, ale podejrzewam, że spłynęło to po niej jak po kaczce.
Jak uniknąć podobnych sytuacji kiedy pojawią się dzieci? Przecież nie będę jej całkowicie od nich separować...
