Witam.
Mam 26 lat i piszę z być może dosyć nietypowym problemem... Nigdy nie byłem w żadnym poważnym w związku, w niepoważnym tym bardziej, bo nie mam za dużego dystansu w wielu sprawach, jestem konserwatystą i nie mam zamiaru tego zmieniać (dobrze mi z tym, a uważam, że pewne rzeczy to coś nad wyraz ważnego). Owszem, raz się zakochałem, ale była to miłość jednostronna, platoniczna, która przyniosła mi nieco bólu.
Zaznaczę, że nie jestem osobą nieśmiałą, brzydką, czy nie posiadającą własnych pasji. Kiedyś tak, byłem bardzo nieśmiały, byłem też brzydki (wg. własnego siebie), ale pracowałem nad tym i zmieniłem to. Jedno się jednak nie zmieniło, co nieco mnie dziwi... w zasadzie nie jestem zainteresowany budowaniem jakiegokolwiek związku. Zdecydowanie nie należę do osób, które oglądają się za panienkami, które chwytają każdą możliwą okazję itd. - nie, nic takiego nie ma miejsca, bo jak już napisałem, pewne rzeczy to dla mnie sacrum i noszę je w sobie z myślą o kimś wyjątkowym, o ile jest szansa, że się pojawi. Jeśli zwracam uwagę, to na 1 osobę na... 100, albo i 200 i tu wcale nie chodzi o urodę, miss itd. Reszta to kompletny brak zainteresowania z mojej strony. Oczywiście stanowi to spore uproszczenie. Nie mam żadnego parcia na kontakt fizyczny i po tym co można wnioskować, moje życie seksualne z innymi osobami było i jest zerowe. Dla mnie to nie stanowi problemu, po prostu to tutaj zaznaczam dla jasności.
Zastanawiając się nad sobą, nad niektórymi kwestiami pytam się: czy to normalne? Nie mam z pewnością żadnej fobii społecznej, choć nie lubię ani tłumów, ani zabaw, ani imprez (alkohol czy inne używki to rzecz zdecydowanie nie dla mnie) - raczej cisza i spokój. Miałem kilka okazji zbudowania jakiejś głębszej relacji, ale nie realizowałem ich. Nie ze względu na strach czy nieśmiałość, ale... myśl o tej drugiej osobie. Widziałem zainteresowanie z drugiej strony (a przynajmniej tak to odczytywałem), ale nie było go po mojej stronie, brak tego czegoś, tej magii... No to po co robić coś na siłę, a potem jeszcze sprawiać tej osobie przykrość, prawda? To nie ma na nic szans, więc nie walczę, odpuszczam. Obecnie czuję się bardzo dobrze sam ze sobą. Realizuję się w tym co lubię, pracuję nad sobą i bywa, że nawet obecność rodziny mi przeszkadza... taki odludek, choć tak było od zawsze. Owszem, bywa, że z nutką zazdrości patrzę na zakochane pary, tym bardziej że sam dowiedziałem się, jakie to piękne... z drugiej strony wcale nie chce mi się w nic angażować.
W sumie to nie wiem, co napisać jeszcze... czy ktoś ma podobnie? Czy coś tu jest nie tak, bo ja sam już nie wiem? Może to tylko głupie, zbędne wątpliwości, które należy wrzucić do kosza i zająć się tym, co ważne tj. postawionymi sobie zadaniami?