Witajcie,
Nie wiem, czy komukolwiek zechce się to przeczytać. Nie wiem jak dużo uda mi się napisać, na ile emocje mi pozwolą...
Od początku... Moje relacje z mężczyznami są i były ciężkie. Mój tata, nieprzyznający się "były" alkoholik...
Nie rozumiem dlaczego zawsze traktował mnie źle, gorzej... Jestem najmłodsza z trójki rodzeństwa, mój brat był "oczkiem w głowie", bo chłopiec (rodzice są starej daty, gdzie facet, to pan i władca), wyczekany, planowany... Ja byłam wpadką, o której mama się zorientowała w 4, czy 5 miesiącu ciąży. Jakoś tak sobie rosłam, obserwowałam tatę furiata, brata któremu wszystko wolno... Ja byłam bita przez tatę za byle pierdołę, podkreślam, bita. Nie mam na myśli klapsa ale, np. czy rzucenie chodakiem w uciekające, kilkuletnie dziecko w plecy jest normalne? Czy nazywanie 11 latki szmatą jest normalne? Czy sadystyczne bicie cieniutką gałązką, po której zostają pręgi przez kilka dni jest normalne? Wszystko to dostawałam od taty. Mama kochała nas po równo... Choć i tu bym polemizowała. Cały czas ja z siostrą miałam sprzątać, myć gary, plewić, itd. Brat nie. Jak się buntowałam, otrzymywałam odp: "przecież to chłopak, nie będzie takich babskich czynności wykonywał". Więc męskie rzeczy wykonywał... siedział do późna na kompie, grał, spotykał się ze znajomymi... Ja nie mogłam. Od razu były teksty, że jestem powsinoga, że jak to wygląda, że co ludzie pomyślą, itd. Tata pił sporo, znęcał się... Fizycznie nie tak bardzo, ale psychicznie nas wykończył (mówię tu o płci pięknej w moim domu, bo brata to nie dotyczyło). Nie co sprawa się uspokoiła jak tacie wykryto nowotwór, wystraszył się, spokorniał.
Czasy podstawówki i gimnazjum były trudne. Bardzo. w obydwóch tych szkołach pracowała moja ciocia. Fama szła jakie to niby fory mam przez to, że konfident jestem, itd. Co dzień były telefony do domu "Ona znowu dostała 2 z matematyki! Wciąż się muszę za nią wstydzić, wysłuchiwać! Ma się uczyć!". No cóż... z matematyki zawsze byłam tępakiem. Za to tatuś nie... zaczęło się dokształcanie. Krzyki, wyzwiska... Stawałam się coraz bardziej malutka...
W gimnazjum pojechałam na obóz językowy, zawsze miałam tak, że "przyjaciółki" wypinały się na mnie. Panicznie bałam się chorować i nie być kilka dni w szkole, bo później żadna się do mnie nie odzywała, wręcz plotkowały za moimi plecami, siedziałam sama... Na tym obozie moja przyjaciółka kolejny raz się wypięła ale na szczęście trafiłam na dziewczynę, z którą świetnie się dogadywałyśmy. Była czuła, ciepła, empatyczna, byłyśmy bardzo blisko ze sobą.
Gdy zaczęłam ją przyprowadzać do domu, opowiadałam mamie jak bardzo ją lubię, że wreszcie mam kogoś kto mnie nie wystawia, mama wbiła mi sztylet w serce... "Ona jest zupełnie inna od ciebie. Jest taka ładna, przebojowa, bystra... nie pasujecie do siebie..." Nie wierzyłam w to co słyszę... Miałam wtedy 14-15 lat!
To przyjaciółka wkręciła mnie w swoje środowisko. Miała dużo innych koleżanek i nie ukrywam... byłam zaborcza i zazdrosna ale tłumiłam to. Ona poznała mnie z moim pierwszym chłopakiem. Była to 1. platoniczna miłość. Dla mnie dziwna... Gdy byłam przy nim, ciężko mi było zdobyć się na bliskość, gdy tylko go nie było, umierałam z tęsknoty. Ale po jakimś czasie było dobrze. Pierwsze pocałunki, kino, godzinne rozmowy telefoniczne... Po kilku miesiącach "chodzenia", pod koniec rozmowy telefonicznej, która trwała już sporo ponad godzinę, rzuciłam jak zwykle "kocham cię, a ty mię?", w słuchawce grobowa cisza... "Hej, jesteś tam?" Serce podeszło mi do gardła... Jego odpowiedź... nie kocham. Jak to? Byłam w taki szoku, że do dziś nie pamiętam jak rozmowa się skończyła. Pisałam smsy i po wielu namowach, uprosiłam go o spotkanie, żeby w 4 oczy mi to powiedział. Spóźnił się 40min, zadałam dwa pytania: "Kochasz mnie?" -Nie; "Chcesz być ze mną?" -Nie. Obróciłam się na pięcie. Szok. Nawet nie płakałam. nie doszło to do mnie, czemu, jak?
Przejdźmy dalej...
Przez dalszy okres gimnazjum nie miałam chłopaków. Z racji ciotki, nie wolno mi się było malować, ubierać jak inne dziewczyny. Byłam szarą, myszką.
Później nadeszły wielkie zmiany... Liceum... WOLNOŚĆ!!! Szybko zmieniłam image, makijaż, inne ciuchy, zadziorne zachowanie. Och, jak nagle wszyscy mnie lubili! Skumałam się z dziewczyną, która, jak się okazało mieszkała niedaleko mnie. Poznałam też Jego... K. był typem chama, koksa i takiego co na teledyskach widnieją z pitbullami i cycatymi dziwami. O dziwo, on chciał mnie... Ależ mnie to połechtało... Pocałunki, wyznania, jego mocne ramiona... Gdy zaczęłam się w to wkręcać poznałam prawdę... Chłopak miał zatargi z prawem, był uzależniony od zioła, amfy, koki. Sama zaczęłam kombinować z dragami. Poczułam też pierwszy raz jego na prawdę mocną rękę... W szczegóły się nie będę wdawać-nadal boli... Fakt jest taki, że namawiał mnie na seks. Ja w wieku lat 16tu nie byłam gotowa. I pewnego dnia zostaliśmy sami... Była próba gwałtu, zostałam zmuszona do seksu oralnego, zostałam pobita. Potem groźby, telefony. Dowiedziałam się, że w czasie "bycia ze mną", rżnął się z kilkoma innymi laskami. W końcu odpuścił...
Nie użalałam się nad sobą po tym incydencie. Tzn. tego samego dnia 2 godziny spędziłam wyjąc w wannie i kiwając się jak dziecko z chorobą sierocą ale zacisnęłam zęby i poszłam dalej... Jeszcze mocniej zbliżyłam się do koleżanki z LO. Wyglądała mi "znajomo". W końcu jej mówię, "weź nie ściemniaj, przecież widzę, że siupiesz". I się zaczęło. Amfetamina, alkohol, zielsko, imprezy, wagary. Wszystko pełną parą ale z dala od facetów.
Toczyłam się na dno... Komis z matematyki... Jakoś przebrnęłam. I na portalu randkowym, na który się zalogowałam z samotności, chęci wsparcia po traumie z tamtym, napisał chłopak, w sumie to nie chłopak, a facet. 28-29 lat miał wtedy? Nie wiem. Jakoś tak. Ja 17. Wizualnie nieatrakcyjny ale nie to przecież jest najważniejsze, potrzebowałam pomocy, bliskości, rozmowy. Zwłaszcza, że od czasów liceum mój konflikt z tatą wzrósł jak nigdy dotąd. Ja naćpana, on w amoku... Mama nie raz policję chciała wzywać, bo np. z nożem na niego szłam, gdy podnosił na mnie rękę.
Długo pisałam i gadałam przez telefon z tym chłopakiem. Nazwijmy go T. Wzbudził moje zaufanie, spotkaliśmy się... Ja wyrzuciłam na niego wszystkie żale, problemy, wybuchnęłam płaczem, opowiedziałam o próbie gwałtu... Wysłuchał i zapytał "Mogę cię objąć?". Zasmarkana przytaknęłam i płakałam wtulona w niego jak dziecko... Ulżyło i poczułam coś do niego. Zakochałam się. Był cudowny, zabierał mnie na wycieczki, tulił, wszystko robił drobnymi kroczkami, pytał co może, czy jestem gotowa. 1. razu z nim nigdy nie zapomnę... Ja już bardzo chciałam, ufałam mu, kochałam... Przed samym faktem, pytał z 10 razy, czy jestem pewna, czy chcę... Czy mnie nie boli... Gdy było po, wybuchnęłam płaczem, ze szczęścia. Że seks może być tak piękny...
T. odciągnął mnie od towarzystwa, nie miał natomiast nic przeciwko marihuanie. Więc paliłam, ale za jego pomocą wyszłam z amfy. Przedstawiłam go rodzicom i zaczęło się piekło. "On chce cię wykorzystać; zależy mu tylko na twojej dupie; jest paskudny, szkaradny; zupełnie do siebie nie pasujecie; nie ma prawa wstępu do tego domu". Konflikt z ojcem sięgnął zenitu. Traktowaliśmy się jak gówno. Zero rozmów, przywitań. Ja wchodziłam do pomieszczenia, on wychodził, jak się napił, to kilka krotnie się poszarpaliśmy, bo wyzywał mnie od ku... i innych.
Natomiast T. coraz bardziej zamykał mnie w złotej klatce. Znajomi nie, bo źli, rodzina nie, bo chcą nas rozdzielić, koleżanka, jedyna normalna, która mi została, nie, bo wg niego miesza mi w głowie. Został tylko on. Wszystko mu poświęciłam. Po szkole, poszłam z nim pracować. Mój wielki błąd. Zaczęły się afery, że do jakiegoś chłopaka się uśmiechnęłam, że z kimś rozmawiam. Na marginesie, on pochodził z patologicznej rodziny ale nie chcę Was jeszcze bardziej zanudzać, więc skupiam się na sobie. Nakazywał mi w co mam się ubrać, że mam się nie malować,bo adoruję innych, a jemu podoba się naturalność. Zaczął się mnie czepiać po ok. roku znajomości (totalne bzdety). Kłótnie były straszne, wpadałam w szał, amok... Przepraszałam, że żyję, dosłownie, żeby tylko mnie nie zostawiał. Bałam się odrzucenia panicznie.
Okłamywał mnie, że idzie spać, a sam flirtował z laskami na gg, one wysyłały mu pikantne fotki,itd. Pastwił się psychicznie kolejne pół roku. A ja znów na poziomie poniżej żuka gnojarza, wróciłam na profil randkowy, mimo, że z nim byłam. Chciałam się zemścić, dowartościować... Nie wiem jak to nazwać. W międzyczasie poznałam paru gości na tym portalu. Z 1. raz się spotkałam i przespałam, a 2 miałam "na stałe". W sensie, napisałam smsa, podjeżdżali i wiadomo co dalej... Był też 3. Biedaczysko zakochało się we mnie, a ja prowadziłam podwójne życie. Czasem nawet poczwórne. Ten 3. dawał mi tyle dobrego zielska, że głowa mała, woził mnie tu i tam, zakochany był, no i w to mi graj... Do czasu. Mój T. przeczytał smsy od tego zakochanego i zaczęła się istna wojna. Błagałam o wybaczenie. W końcu wybaczył. I kolejne pół roku tego cyrku. On na boku jakieś zdjątka, pisania (nie wierzę w realną zdradę, bo serio brzydki był jak noc), a ja nadal w jednowieczorowych "pykaniach". Tym razem kryłam się znacznie lepiej.
Pewnego pięknego dnia, gdzie nie wiem po co tkwiłam z T. w tym szambie, napisał K. (na tym sławetnym portalu). Myślę sobie, spoko... kolejny do kolekcji. Popisaliśmy, doszło do spotkania i nogi się pode mną ugięły... Strzała amora jak nic. Od kopa powiedział, że nie zależy mu na przelotnych związkach, że chce spróbować ze mną być. Zgodziłam się. Teoretycznie jakieś 3 miesiące grałam na 2 fronty. Z T i K. Ale z T. coraz rzadziej się spotykałam, nie chciałam z nim sypiać,itd. Było to jakieś chore przywiązanie, chyba tzw. toksyczny związek. W końcu zakończyłam to i bez reszty poświęciłam się K.
I kolejny rozdział... Zerwałam wszystkie sex znajomości. Z grubsza wyspowiadałam mu się ze wszystkich grzeszków. Pominęłam fakt grania na 2 fronty przez 3 miechy, powiedziałam, że mam dość kłamstw, zdrad, że jeśli mnie okłamie, to koniec od razu. Że nie wytrzymam tego kolejny raz... Obiecał szczerość. Przy okazji sam opowiedział o swoich eks. Jedna z czasów gimnazjalnych-porażka, jak sam to ujął i ta druga... Dochodzimy do sedna sprawy... Zraniła go, puściła kantem, oszukiwała. Gówniara puściła się z nim jak miała 14 lat. Typ dziwki, po mamusi zresztą. Powiedział, że byli ze sobą rok, bardzo ją kochał, ale minęły 2 lata od rozstania i już nic dla niego nie znaczy. Myślę sobie, ok. Dopytywałam, czy na pewno, że nie chcę być lepcem, na cudze rany, itd. Powiedział, że na pewno. Uwierzyłam. Żyłam miłością 5 miesięcy. Rodzice bardzo go polubili, jego mnie też. Bajka.
Pewnego cudownego dnia zapytałam go, czy mogę sprawdzić pocztę, powiedział ok. wpisuję początek, a tam ostatnie wybrane strony... Strony gdzie ona zamieszczała swoje zdjęcia. Weszłam na jej profil i oniemiałam. Piękna, szczupła, wysoka, duży biust, twarz modelki, nogi do nieba... Szybko zerknęłam na historię... Wchodził na jej profil niemal codziennie, często kilkanaście minut przed moim przyjściem, wyjściem... Szybciutko weszłam na dysk, folder zdjęcia... znów ona... nie wylogował się z portalu społecznościowego, wchodzę, zaproszenie od niej (nie zaakceptował ani nie odrzucił), szybkie zerknięcie na wiadomości... a tam korespondencja mojego ukochanego z jej mamą, którą miał w znajomych. Ona:"Oj, ładniutka ta twoja nowa dziewczyna, podobna do ... , te same oczka, usta drobne, widzę, że gust ci się nie zmienił". Jeszcze parę tego typu tekstów przeczytałam i koniec... Z pulsem 150/min, wyłączyłam kompa, otworzyłam okno... Czułam, że zaraz zemdleję. Po chwili wrócił K., jak gdyby nigdy nic i zapytał: "w porządku? Blada coś jesteś kochanie.", odparłam, że tak... w porządku. Musiałam to sobie poukładać... Kolejny kłamca na mojej drodze, a miało być tak pięknie... czemu kłamał... czemu tyle razy kłamał prosto w twarz?!
Po ponad 3 miesiącach pękłam i wykrzyczałam mu wszystko w twarz. Że jest oszustem, kłamcą, że wiedział ile przeszłam i jak mógł? Ja byłam z Nim całkowicie szczera (może momentami aż za bardzo...). Wielokrotnie przez ten czas co wiedziałam, a on nie, pytałam czy o niej myśli, czy coś jeszcze czuje... Odpowiedź była zawsze taka sama. "Oczywiście, że nie, daj już spokój z nią." Czarę goryczy przelała pewna erotyczna sytuacja. Ja mam mały biust, bardzo mały... on zaproponował seks hiszpański, ja mu mówię, ale z moimi piersiami się tak nie da, odmawiałam kilkukrotnie, aż powiedział "z moją byłą próbowałem i było fajnie", sparaliżowało mnie, zgodziłam się... oczywiście tylko się ośmieszyłam, bo gdzie mi do jej cycków... Wybuchnęłam płaczem i wszystko z siebie wyrzuciłam. Powiedziałam, że odchodzę. Odnowiłam sex-znajomości, bo znów poczułam się jak gówno.
On bardzo zabiegał, przepraszał, błagał o wybaczenie... Kochałam Go, a jednocześnie nienawidziłam. Pytałam... dlaczego? Jak mogłeś snuć jakieś porównania z jej matką? Jak mogłeś za moimi plecami utrzymywać kontakt z jej bratem? Jak mogłeś 3 miesiące kłamać prosto w twarz, mimo iż obiecywałeś szczerość. Nie potrafiłam tego pojąć. Wydzwaniała Jego siostra, mama... Dopytywały. Ja kulturalnie milczałam w temacie, mówiłam, że potrzebuję czasu. On płakał, nie spał, nie jadł... W końcu doszło do rozmowy. Stwierdził, że wchodzenie na jej profil było "odruchem" od kilku lat, że nie wiedział czemu to robił, ale nie miało to dla niego znaczenia (podobno). Że żałuje, przeprasza... Wróciłam. Usunął konto na portalu społecznościowym, zerwał kontakt z jej bratem. Niby ok ale... ja dostałam szału...
Obsesyjnie, kilka razy dziennie podglądałam jej zdjęcia na sieci. Jaka ona jest piękna... Na prawdę, nie przesadzam... Nawet Mama mojego K. powiedziała, że jest śliczna ale zepsuta do szpiku kości. Wciąż się porównywałam, płakałam po nocach i... zdradzałam. Podczas kilkuletniego związku zdradziłam kilkanaście razy z 5 facetami. Ale to nie dawało ukojenia, ani przyjemności fizycznej. Na chwilę dawało jakieś chore poczucie akceptacji. Brnęłam dalej, chciałam zbliżyć się do tej dziewczyny. Podszywałam się pod inne osoby, nawiązywałam rozmowy... Z racji tego, że dobrze nam się pisało... zechciała się spotkać. Zamarłam... Ale pomyślałam, że może jeśli skonfrontuję się z nią, to w końcu ta obsesja zniknie. Pokazałam prawdziwą twarz. Powiedziałam jej prawdę, całą prawdę, że przepraszam za te podchody kłamstwa... Mimo tego wszystkiego zaprosiła mnie do siebie. Serce waliło mi jak młotem. Zdjęcia nie kłamały. Twarz piękna, długie, szalenie zgrabne nogi, wypachniona, zadbana... Ja taka nie jestem... Rozmawiałyśmy o różnych rzeczach. Powiedziała mi, że K to była taka pierwsza, nic nie znacząca miłostka, jak jej powiedziałam, że nadal ją podgląda na portalach, to się zaśmiała. Dała jasno do zrozumienia, że ona może mieć każdego i na takiego, mojego K. to by już nawet oka nie zawiesiła. Niższy od niej, przeciętniak, bez samochodu, mieszkania. Dobitnie powiedziała, że nie mam czego się obawiać z jej strony, że dla niej to prehistoria. Sama opowiedziała mi parę intymnych szczegółów z życia, co uświadczyło mnie w przekonaniu, że mnie nie wyda (wtedy mogła bym jej koło dupy zrobić, nie tylko jej zresztą). Okazała się dość pustą, wyrachowaną, baaaadzo pewną siebie osobą. Zdradzała swojego faceta na lewo i prawo i śmiała się do mnie, że on jeszcze w okół niej skacze. Nie gotowała, nie pracowała, nie sprzątała, jedyne co robiła, to malowała paznokcie. A facet zaharowywał się, żeby utrzymać ją i mieszkanie. Bardzo bezczelna osoba.
Później kontakt się urwał. Bo po co mi było to kontynuować? Czy konfrontacja z problemem minęła? Nie. Nadal śledziłam, podglądałam, płakałam do poduszki. Po kilku latach związku, K. mi się oświadczył, oczywiście przyjęłam, niedługo później wzięliśmy ślub, wynajęliśmy mieszkanie... Od momentu zaręczyn i już sporo wcześniej (z rok) nie zdradziłam. Po oświadczynach i ślubie wszystkie znajomości pourywałam, powywalałam numery, namiary, wszystko. Czysta karta... No właśnie, nie do końca, bo widmo długonogiej piękności wciąż mnie prześladuje. Wyniszcza mnie psychicznie. Dzień w dzień ją widzę na ekranie komputera, dzień w dzień boli mnie serce, rana otwiera się na nowo. Nie ufam mężowi w 100% i już nigdy nie zaufam. Nie potrafię poradzić sobie z tą obsesją.
Starałam się jej nie śledzić ale to jest jakieś cholerne uzależnienie. Pracuję dużo i do późna, mam obowiązki domowe, więc nie robię tego z nudów. Z mężem tematu nie poruszam Już od dawna, bo był wałkowany milion razy i powiedział mi, że już ma tego dość, więc milczę... Ale co z tego skoro tylko to tłamszę w sobie?
Czy ktoś z Was miał takie problemy? Jak wybaczyć, zaufać? Jak się uwolnić z tej paranoi, którą sama sobie stwarzam? Dodam jeszcze, że swoich zdrad nie żałuję. Nie miałam po nich moralniaków, wyrzutów sumienia. Może faktycznie jestem do niej podobna... nie tyle wizualnie, co moralnie.
Wiem, że bardzo dużo napisałam ale chciałam to gdzieś z siebie wyrzucić.
W sumie to wątpię, czy komukolwiek zechce się to czytać.
Pozdrawiam