Po czterech latach związku, mój narzeczony mnie zgwałcił. Stało się to u niego w mieszkaniu. Wieczór zaczął się miło, zjedliśmy kolację, wypiliśmy trochę alkoholu. Poczułam się trochę zmęczona po całym tygodniu pracy i położyłam się do łóżka. On położył się obok mnie i do tej pory wszystko było normalnie jak zwykle...ale za chwilę wstał i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił i położył jakąś paczuszkę obok łóżka mówiąc, że ma coś dla mnie. Otworzył ją i wyjął z niej kajdanki. Ponieważ nie miałam w ogóle ochoty na seks, a tym bardziej na takie zabawy, powiedziałam, że nie mam nastroju na takie rzeczy. On jednak namówił mnie, że założy te kajdanki tylko na chwilę, że tylko przymierzy.
Gdy je założył nagle coś w niego wstąpiło. Rzucił się na mnie, był brutalny i wulgarny. Zaczął mnie wyzywać od dz.... i s.... Nigdy sie tak nie zachowywał. Nigdy nie używał takich słów wobec mnie. Gdy zaczęłam się szarpać z nim i protestować, zaczął mnie bić. Uderzył mnie w twarz kilka razy, w tyłek, ale z całej siły. Później wyjął jeszcze kolejna paczkę i wyciągnął z niej grube sznury i mnie zaczął wiązać i bić tymi sznurami po plecach, po pupie z całej siły. Przy tym cały czas mnie wyzywał i stawał się coraz bardziej brutalny i wulgarny. Gdy się wyrywałam, bił mnie coraz mocniej i krzyczał. Mówił, że jak będę posłuszna to nie będzie mnie bić. Zaczęłam płakać i krzyczeć i pytać dlaczego mi to robi. Ale to go jeszcze bardziej rozjuszało. Krzyczał, że mam się nie ruszać i wykonywać jego polecenia. Że jemu ma byc przyjemnie. Kazał mi powtarzać za nim różne rzeczy, np. chciał żebym powiedziała, że jestem s..... Nie mogłam tego powiedzieć, powiedziałam, że jestem ( tu moje imię). Powiedziałam, że nigdy czegoś takiego nie powiem o sobie, że może mnie zatłuc, ale nigdy tego nie powiem.
Uderzył mnie znowu jeszcze mocniej. Zaczął mnie brutalnie brać na różne sposoby, a gdy się wyrywałam to mnie bił coraz mocniej. Bałam się strasznie, że za chwilę zrobi mi coś złego, zupełnie nie panował nad sobą i bałam się o własne życie. Na początku byłam w takim szoku i gdy we mnie wchodził zaczęłam się modlić, autentycznie mówiłam pacierz, chociaż jestem niewierząca i modliłam się żeby to się szybko skończyło. Miałam takie myśli, że obiecałam nawet w myślach, że pójdę do kościoła, jesli tylko nic złego mi się nie stanie, jeśli to się zaraz skończy.
Po chwili szok mi minął i zaczęłam myśleć racjonalnie, co zrobić. Żeby odwrócić jego uwagę udałam, że sie poddaję i wykonywałam jego polecenia. W tym czasie cały czas kombinowałam co zrobić. On cały czas wchodził we mnie, albo wsadzal mi siła do buzi tak mocno, że się dławiłam i miałam odruchy wymiotne. Wykonywałam wszystkie polecenia. Nie wiem jak to się stało, ale w pewnym momencie przerwał. Zauważyłam , że miał problemy i że mu opadł i chyba dlatego przerwał. I kazał mi się przytulić. Ja nie chciałam, ale gdy odmówiłam, zaczął mnie straszyć, że zrobi to analnie i znowu mnie uderzył. Przytuliłam się. Miałam wrażenie, że się uspokoił.
Gdy chciałam wstać, nie pozwolił mi i znowu mnie rzucił na łóżko i uderzył. Powiedział, że mam wykonywać polecenia. I znowu kazał mi sie przytulić. Po jakichś kilku minutach, gdy miałam wrażenie, że mu minęło, odsunełam się od niego i wtedy znowu się zaczęło. Zaczął krzyczeć, że albo dostanę teraz orgazm, albo zerżnie mnie mocno analnie. Zaczęłam się wyrywać, znowu mnie uderzył i trzymał mocno. Znowu udawałam uległą żeby odwrócić jego uwagę. Wpadłam po chwili na to, że udam, że zemdlałam. Miałam nadzieję, że może to go wystraszy, może sie uspokoi. Ale widocznie mi nie wyszło dobrze, bo nie przejął się tym i krzyczał, że zaraz mnie obudzi. Zaczęłam go błagać, że musze do toalety, że za chwilę wrócę. Nie wiem jakim cudem ale rozwiązał mnie i puścił mnie i powiedział, że za minutę mam być z powrotem. To wszystko trwało ze dwie godziny.
Wyszłam z pokoju i szybko chwyciłam za telefon , który na szczęście był w przedpokoju, więc nie widział tego i uciekłam do łazienki. Szybko wykręciłam numer alarmowy, drżałam ze strachu, czy nie usłyszy i czy zdążę. Zdążyłam podać adres tylko i powiedzieć co się dzieje, a on wpadl do łazienki i zobaczył, że dzwoniłam.Wyrwal mi telefon, rozlączyl rozmowę, złapał mnie za włosy i rzucił mnie na łóżko z powrotem. Wrzeszczał i pytał gdzie dzwoniłam, kazał mi pokazać telefon i pytał, czy podałam policji adres. Zaczęłam kłamać, że nie pamiętam, że chyba podałam zły adres, że byłam zdenerwowana. Cała byłam roztrzęsiona i bałam się, że za chwilę mnie rozszarpie i pobije jeszcze mocniej. Nie wierzył mi i pytał czy na pewno nie podałam adresu. Nie wiedziałam co mówić. Grałam na czas, bo bałam się, że jak mu powiem prawdę to mi zrobi coś strasznego, z drugiej strony myślalam, że jak będzie wiedział, że podałam ten adres to może się wystraszy i nic nie zrobi. W końcu się opanował i kazał mi sie ubierać i mówił, że jeśli przyjedzie policja to mam się nie odzywać i nic nie mówić bo go wsadzą do więzienia. Prosił mnie, że sam porozmawia z nimi i obiecywał, że już przestanie i da mi spokój. Powiedziałam, że tylko chcę stąd wyjść, że chcę do domu. Widziałam, że zaczął się bać.
Policja przyjechała szybko, trwało to może z 10 minut. Gdy przyjechali udawał dżentelmena przed nimi. Ja powiedziałam, że chce wyjść, zabrałam torby. On koniecznie chciał pomóc je nieść i udawał miłego. Do radiowozu wsiadłam sama. On czekał przy samochodzie, policjant powiedział, że dziś nie mogę składac zeznań po jestem po alkoholu. Ja powiedziałam, że nie wiem, czy będe składać zeznania. Do tego do radiowozu wsiadłam z jednym, a drugi policjant został z narzeczonym na zewnątrz. Wydaje mi się, że mu nakłamał. Bo jak ten policjant wrócił do radiowozu to się mnie zapytał, czy sie kłociliśmy i czy ja uderzyłam mojego narzeczonego. Widziałam, że ma do mnie takie nastawienie, że to moja wina. Ja im nie mówiłam co się stało. Chciałam dać sobie czas, żeby nie robić nic pochopnie. Poza tym nie wzbudzali mojego zaufania. Nie miałam ochoty im się zwierzać i miałam wrażenie, że oni myślą, że to jakas sprzeczka kochanków, albo że ja jakieś fochy robię. Jak przyjechali to ja byłam już ubrana, a narzeczony zachowywał sie normalnie. Ja byłam roztrzęsiona, a narzeczony spokojny .
Narzeczony cały czas stał przy samochodzie, pytał czy może ze mną dwa zdania zamienić, ale ja nie chciałam. Wróciłam do domu taksówką. Pisał do mnie smsy, przpraszał, żałował, chciał wyjaśniać, dzwonił, ale nie odbierałam, nawet przyjechał rano następnego dnia, ale nie otworzyłam drzwi. Zadzwoniłam na niebieską linię. Pogadałam z psychologiem, ale niewiele mi to pomogło. Jestem w szoku. Nie rozumiem co w niego wstąpiło. Nie rozumiem po prostu. Kochałam go. Nigdy nie myślałam, że mnie coś takiego spotka. Najbardziej bola mnie te wszystkie słowa, które mówił, te wulgaryzmy. Wiem, że nie mogę z nim być. Wiem, że jeśli zrobił cos takiego, to może to zrobic jeszcze raz. Ale jestem taka skołowana, ja go kochałam, on też mnie kochal podobno. Ja nie rozumiem tego, co się stało. Boję się o siebie, czy sobie poradzę z tym. Nie mogę przestac o tym myśleć, nie mam komu o tym powiedzieć.