..Nawet nie wiem, czy nazwać się kobietą.
Nigdy nie miałam problemów z mężczyznami. Pojawiło się kilku, na dłużej lub na krócej, ale nigdy nie wywiązywało się nic poważniejszego. W wieku 21 lat związałam się z rok młodszym facetem. Byliśmy ze sobą pół roku, czas więc na pewne kroki, stwierdziliśmy. Było...przepraszam..miało być cudnie, ale wpadli jego koledzy z niezapowiedzianą wizytą, nastrój i chęci prysły, a potem...on wyjechał do pracy, a gdy wrócił, pokłóciliśmy się i..nasze drogi się rozeszły.
Później spotkałam W., 10 lat ode mnie starszego faceta. Wszystko cudnie. Spotkania, rozmowy, czułam się jak w siódmym niebie. Był moim niemal księciem. I jak grom z jasnego nieba spadła na mnie informacja, że książę dawno temu ożenił się już z pewną damą i ma z nią 3 dzieci.... Przeszłam załamanie. Okłamał mnie. Był żonaty, a ja nie jestem z tych, co to rozbijają małżeństwa. Odcięłam się od niego, ale on robił mi wyrzuty dlatego, że pojawiałam się to tu, to tam z kolegami, ba, sceny zazdrości były na porządku dziennym niemal (mieszkamy niedaleko od siebie).
W końcu to ucichło, znalazł sobie pewnie inną naiwną.
Od tamtej pory boję się mężczyzn. Może inaczej - boję się zaangażowania, ciężko mi jest zaufać facetom. Mam 25 lat i trafiam na samych drani. Nie należę też do szczupłych, ale sporej ilości panów to nie przeszkadza, jednak jesteśmy tylko dobrymi kolegami/przyjaciółmi.
Mam 25 lat i...jestem dziewicą, i wiem, że to wina mojego braku zaufania.
Powinnam się wstydzić, zakopać gdzieś w piwnicy i nie wychodzić na światło dzienne?
Mam pasje, mam znajomych, przyjaciół/przyjaciółki, jednak każdy poznany mężczyzna to dla mnie... niemal absolutny brak zaufania.
Co mam zrobić?