Jestem ze swoim "prawie" narzeczonym od 8 lat. Z mojej strony nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie czułam do niego "chemii". Ale po pewnym czasie się zakochałam. Razem przeżyliśmy pierwszy raz. Zawsze traktowałam go jak najlepszego przyjaciela, uwielbiam z nim przebywać, wygłupiać się. Wiem, że on mnie kocha ponad wszystko, ja jego również.. życie bym za niego oddała ale nie wiem czy to nie jest bardziej "braterska" miłość. On jest bardzo czuły, kochany, opiekuńczy. A ja taka w stosunku do niego raczej nie jestem. On chce mnie ciągle przytulać i całować, a mnie to po prostu denerwuje. Ciągle szukam w nim wad, uważam, że jest za mało męski, a on robi wszystko żeby mi przypasować. Denerwowało mnie, że nie potrafi gotować, to zaczął się tego uczyć. Powiedziałam, że jest troszkę za gruby to schudł itp. Nienawidzę siebie za to bo wiem, że on zasługuje na kogoś kto będzie go kochał takiego jaki jest. Widujemy się CODZIENNIE (nie mieszkamy razem, obydwoje jesteśmy studentami) i czasami już nie mogę na niego patrzeć, przez co bywam wredna (on to bardzo przeżywa). Patrzę na niego i czasami się zastanawiam czy z kimś innym nie było mi by lepiej, bo w tym związku to tak jakby ja noszę spodnie, mam silny temperament, a on jest raczej spokojny i ugodowy. Czasami zadaje głupie pytania i ja mu muszę wszystko tłumaczyć (czuję się jak jego mama). Często wyobrażam sobie, że mam innego faceta - wysportowanego, wysokiego i męskiego. Z drugiej strony wiem, że nie potrafię bez niego żyć. W końcu to 8 lat! Kilka razy się rozstawaliśmy ale nie trwało to dłużej niż 2 tygodnie bo nie mogliśmy bez siebie wytrzymać. Nawet jak ostatnio zrobił coś bardzo złego to bardzo szybko mu wybaczyłam. Są takie dni, że sobie myślę "co ja wymyślam, przecież to najwspanialszy facet na świecie, wpatrzony w Ciebie jak w obrazek" (ciągle mi mówi, że mnie bardzo kocha, że jestem najpiękniejsza na świecie itp.), są też takie dni kiedy sama nie wiem czy chcę z nim być, unikam kontaktów intymnych (co potrafi trwać kilka-kilkanaście dni i on jest przygnębiony i się pyta czy w ogóle się mi podoba). Fakt nie pociąga mnie zbytnio. Ale wiem, że go kocham, tylko nie wiem czy tak jak powinno się kochać faceta swojego życia. Chciałabym zaciągnąć opinii kogoś "z zewnątrz", bo nie wiem co dalej z tym związkiem zrobić, zwłaszcza, że on szykuje się do oświadczyn.
Podobne tematy
Zakończ to, bo Ty się będziesz męczyć i on. Wiadomo, że ciężko, ale nie będzie lepiej. Czujesz przyjaźń, przywiązanie i przyzwyczajenie, nic więcej. Nie możesz sobie wyobrazić odejścia bo byłaś z nim 8 lat. Później zaczną się z Twojej strony większe przytyki, a może nawet zdrada i to boli bardziej niż zakończenie związku. Poboli i przestanie, ale zdrowiej będzie się rozstać.
I tu pojawia się problem. Jak tylko sobie wyobrażę, że faktycznie się rozstajemy to pojawia się ogromny ból w sercu i niepokój. Bo ja nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. A on beze mnie też. Mieliśmy kilka miesięcy temu sytuację kryzysową i na prawdę myślałam, że zerwę ale nie potrafiłam. Jak się go pytałam (z ciekawości) co by zrobił jakbyśmy się rozstali to on odpowiadał, że pewnie by tego nie przeżył. To jest na prawdę porządny facet, bardzo kochany i w 100% mi oddany. Nigdy nawet nie spojrzał na inną. Codziennie mi mówi, że za mną szaleje, mimo że tyle ze sobą jesteśmy. Jest we mnie tyle sprzeczności ![]()
Ech.
Nie kochasz go, ale lubisz, daje Ci on poczucie bezpieczeństwa.
Do tego jesteś typowym psem ogrodnika - nie chcesz z nim być, ale zostawić też go nie chcesz
Pomyśl przez chwilę o nim, a nie tylko o sobie. Koleś ma prawo do szczęścia i prawdziwej miłości. Najlepiej zrobisz, jak to zakończysz, a jemu dasz szansę na lepszy związek.
Mam wrażenie, że zostawiając go zrobię mu ogromną krzywdę. Zdarzały się kłótnie, kiedy mówiłam, że mam go już serdecznie dość i nie chcę z nim być. Wtedy zachodził się łzami, jak małe dziecko. Błagał, groził, że coś sobie zrobi. Takich kłótni na szczęście już nie ma od paru lat. Zastanawiam się nad jednym - nie jest tak, że po pewnym czasie coś się po prostu wypala i zostaje przyjaźń? Czy zawsze musi być żar namiętności i pożądania? Oczywiście, zdarzają nam się takie uniesienia ale rzadko. Może da się tak razem żyć? Ja wiem, że go kocham, może jak przyjaciela ale to jest miłość. Traktuję go jak najbliższą rodzinę. Uprzedzając, nie boję się samotności. Mam wielu adoratorów i wiem, że znalazłabym innego faceta.
Ech.
Nie kochasz go, ale lubisz, daje Ci on poczucie bezpieczeństwa.
Lubię wielu facetów i z nimi nie sypiam. Nie wyobrażam sobie sexu bez miłości. A swojego faceta kocham, tylko nie wiem co to za miłość.
Mam wrażenie, że zostawiając go zrobię mu ogromną krzywdę.
A może go uwolnisz? I jego "krzywda" będzie dla niego zbawieniem? A teraz mu nie robisz krzywdy? Patrząc na niego z odrazą, nienawiścią, odsuwając się, dokuczając?
Zdarzały się kłótnie, kiedy mówiłam, że mam go już serdecznie dość i nie chcę z nim być. Wtedy zachodził się łzami, jak małe dziecko. Błagał, groził, że coś sobie zrobi.
Bo sam jest "przechodzony" i też ciężko mu sobie wyobrazić życia bez Ciebie, ale zrobić sobie nic nie zrobi
Zastanawiam się nad jednym - nie jest tak, że po pewnym czasie coś się po prostu wypala i zostaje przyjaźń? Czy zawsze musi być żar namiętności i pożądania? Oczywiście, zdarzają nam się takie uniesienia ale rzadko. Może da się tak razem żyć?
Da, po 30 latach małżeństwa
Iwwa, skazujesz siebie i jego na odwieczną mękę z "miłości". Poza tym u Ciebie nie ma tez przyjaźni, na przyjaciela nie patrzy się krzywo, od przyjaciela się nie odsuwa, nie dokucza mu, nie gardzi nim, nie robi Ci się na jego widok niedobrze.
Ja wiem, że go kocham, może jak przyjaciela ale to jest miłość. Traktuję go jak najbliższą rodzinę. Uprzedzając, nie boję się samotności. Mam wielu adoratorów i wiem, że znalazłabym innego faceta.
Przyzwyczaiłaś się, "wrósł" w Ciebie, to wszystko.Cynicznahipo ma racje, jesteś psem ogrodnika.
Chyba trochę źle wyraziłam to co czuje. Są faktycznie dni kiedy wszystko mnie denerwuje. Ale to chyba normalne. Nie patrzę na niego z obrzydzeniem. Dużo osób mi mówi, że po prostu spędzamy ze sobą za dużo czasu. Przez to skończyło się parę naszych znajomości. Woleliśmy swoje towarzystwo. Codziennie to samo, po zajęciach do mnie, ciągle przed tv i komputerem. Może stąd te moje odczucia? Ja chce zawalczyć o ten związek tylko nie wiem jak. Nie chce żebyście mnie zrozumiały źle, mi na prawdę na nim ogromnie zależy. Wszyscy mówią, że bardzo do siebie pasujemy. Nie jestem z nim z egoizmu, chce być dla niego lepszą osobą. Nie jestem dla niego taka zła, może wcześniej źle to opisałam. Też go przytulam, ale on jest taką osobą, która ciągle tego potrzebuje. Jest jak mały kot. A jak przesadza to wiadomo, że się denerwuje. On jest bardzo wrażliwy. Proszę o rady jak przywrócić temu związkowi świeżość. Nie chce go zostawić, nie chce się poddawać. Chce o nas walczyć, a czy to dobrze czas pokaże.
9 2014-01-16 02:54:32 Ostatnio edytowany przez iwwa (2014-01-16 02:59:22)
Dodam, że przez te 8 lat stoimy jakby w miejscu, może w przyszłości jak ze sobą zamieszkamy coś się zmieni? Nie będzie rodziców za ścianą i strachu, że nas przyłapią w łóżku? Może też dlatego czuje się mamą bo jest codziennie u mnie, ja gotuje, robię kanapki? Mam duży dom, a on z rodzicmi w małym mieszkaniu dlatego spędzamy czas u mnie.
iwwa czasami ludzie zadają sobie pytania których nie powinni zadawać jeżeli wszystko jest w porządku. Nie ma takiej potrzeby ani do głowy nikomu nawet takie pytanie nie przyjdzie. U Ciebie nie jest w porządku skoro masz wątpliwości to z pewnością to nie jest miłość na całe życie. Nigdy byś się nie zastanawiała nad tym gdyby tak było.
Nad miłością na całe życie trzeba też ,,pracować'' całe życie.
Iwwa... weź Ty się trzeźwo dziewczyno zastanów, bo to, że napiszesz posta tłumaczącego innego posta i na siłę próbujesz przed nami i samą sobą wyjaśnić, że to, co napisałaś wcześniej, to nie to, co masz na myśli, nie zmieni faktu, że masz chłopaka dość i masz ogromne wątpliwości.
Codziennie się widzicie, a on jest uczuciowy i potrzebuje wiele uwagi i Ty masz go czasem dość. Czy to jest normalne? Nie wiem, bo ja jestem za dobieraniem się pod względem charakterów. Owszem, czasem można mieć kogoś/czegoś dość mimo wielkiej miłości, ale nie objawia się to tak, że zaczynamy tej osobie dokuczać i wyżywać na niej swoje frustracje (jak na starszym bracie - kochasz go, ale czasem szpila nie zaszkodzi, bo Cię "gówniarz" wkurzył).
Teraz uważasz, że masz go za dużo i śmiesz twierdzić, że jak zamieszkacie razem, to się coś zmieni?! Tak, owszem, będziesz miała go tak dość, że będziesz rozważała uduszenie poduszką w nocy, albo wyrzucenie przez okno.
Twoje zachowanie trochę przypomina matkę zmęczoną swoimi dziećmi. Czasem takie zmęczenie materiału następuje, to normalne, ale w relacji matka-dziecko. On Twoim dzieckiem NIE jest. Czujesz się za niego aż nadto odpowiedzialna, ochraniasz go, a to dorosły facet!
Zastanawiasz się "jak to by było z innym", kiedy w związku jest wszystko dobrze nie ma takich myśli, nie snujesz marzeń, nie oglądasz filmów akcji/komedii romantycznych i nie chlipiesz pod nosem, że Ty też tak chcesz.
Ten związek jest tak przechodzony, że bardziej to się chyba nie da.
Co Ty chcesz ratować i jak chcesz to zrobić, skoro masz chłopaka najzwyczajniej w świecie dość. I nie zaprzeczaj, że tak nie jest.
Teo, masz rację. Czuję się za niego potwornie odpowiedzialna. Związek zaczęliśmy jako 15/16 latkowie. I on jest częścią mojego życia, jest częścią mnie. Nie zawsze miałam takie odczucia w stosunku do niego. Jak chodziliśmy do szkół średnich to rzadziej się widywaliśmy (ok. 3 razy w tyg.). Mieliśmy kilka kryzysów, ponieważ on się uzależnił od trawy, o czym dowiedziałam się kilka miesięcy temu. I od tamtej pory on chodzi na terapię, już mnie nie okłamuje i bardzo się stara odzyskać moje zaufanie. To nie stało się nagle - po prostu po każdym kłamstwie z jego strony ja się lekko oddalałam (np. mówił rodzicom, że nocuje u mnie, a nocował u kolegi, z którym jarał). Odkąd zerwał z nałogiem już mnie nie okłamuje. To jest specyficzny związek, ludzie z boku mogą powiedzieć, że idealny. Znamy się na wylot, czytamy sobie w myślach. Bardzo się o siebie troszczymy.
Mam wrażenie, że moje uczucia są przejściowe, może spowodowane jego kłamstwami, mam dużo żalu do niego (uzależniony był przez 5 lat!). Moje frustracje mogą być spowodowane tą całą sytuacją, często o tym myślę. On jarał nawet u mnie w domu, gdy ja w pokoju obok dawałam lekcję pianina dzieciom. To był ogromny cios dla mnie. Może dla tego bywam dla niego wredna? Bo wciąż jestem o to zła? Takie moje zachowanie w stosunku do niego właśnie wtedy się zaczęło, jak nałóg w bardzo brzydki sposób wyszedł na jaw (oczywiście miałam podejrzenia, ale on zawsze tłumaczył swój wygląd alergią itp.). A dowiedziałam się w dniu chrzcin mojej chrześnicy. On wyszedł z imprezy wcześniej bo "źle się poczuł". I jak wszyscy wróciliśmy do domu zastaliśmy go nieprzytomnego, leżącego na moim łóżku z lufą w dłoni. Ja ten obraz ciągle mam przed oczami... Przez ułamek sekundy myślałam, że on nie żyje. Może takie zachowanie jest reakcją obronną? Może podświadomie boję się, że takie coś może się powtórzyć i dlatego się od niego oddaliłam? Ja nie chcę tutaj nikogo bronić, piszę o tym żeby przybliżyć Wam sytuację. Myślicie, że na prawdę nie ma czego ratować? Ja nie potrafię z nim skończyć, to tak jakby pozbyć się najbliższej osoby. Ja go nie traktuję jak "chłopaka", jest całym moim życiem.
Dodam, że przez te 8 lat stoimy jakby w miejscu, może w przyszłości jak ze sobą zamieszkamy coś się zmieni?
Piszesz wyżej, że spędzacie wg Ciebie za dużo czasu razem. Jak zamieszkacie ze sobą, to będziecie non stop się widzieć. Jak to zniesiesz?
Nadal uważam, że to, co do niego czujesz, to nie jest miłość.
14 2014-01-16 15:36:36 Ostatnio edytowany przez dafne123 (2014-01-16 15:38:11)
Mój pierwszy związek wyglądał tak samo. 5,5 roku, kiedy dostałam pierścionek "zaręczynowy" (miał wtedy 24 lata ) prawie zeszłam na zawał, całe życie miałam przed oczami. Rozstałam się z nim, strasznie to przeżywał. Zmarnowałam mu 5,5 roku, bardzo zraniłam. Po dwóch latach poznał dziewczynę, która niedawno urodziła mu dziecko i planują ślub. Nie mam z nim już żadnego kontaktu, ale ciesze się z jego szczęścia, bo to był super facet... ale nie dla mnie ![]()
15 2014-01-16 16:43:22 Ostatnio edytowany przez Konsternacja (2014-01-16 16:46:02)
Słuchaj, my - jako forum - jesteśmy CAŁKIEM OBCYMI dla Ciebie ludźmi, nie znamy Ciebie i jego. A Ty zdajesz nam infantylne pytanie: "czy to jest miłość na całe życie?".
Już Ci odpowiadam: NIE, NIE JEST.
Dlaczego? Bo gdyby była nie zadawałabyś sobie i nam takiego pytania. Nie streściłabyś Waszego życia w kilku zdaniach. Rozumiesz? Miłość to wybór. Całkowite oddanie. Jakbyś była pewna, czułabyś wewnętrzne przekonanie w związku z tym. A tego nie czujesz, bo się nas pytasz.
Zostaw go, daj sobie i jemu szansę na normalny związek.
Poza tym kłamał, był uzależniony... Ty od niego też jesteś. Zrobił Ci coś bardzo złego...
Decyzję Ty podejmiesz.
I tu pojawia się problem. Jak tylko sobie wyobrażę, że faktycznie się rozstajemy to pojawia się ogromny ból w sercu i niepokój. Bo ja nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. A on beze mnie też. Mieliśmy kilka miesięcy temu sytuację kryzysową i na prawdę myślałam, że zerwę ale nie potrafiłam. Jak się go pytałam (z ciekawości) co by zrobił jakbyśmy się rozstali to on odpowiadał, że pewnie by tego nie przeżył. To jest na prawdę porządny facet, bardzo kochany i w 100% mi oddany. Nigdy nawet nie spojrzał na inną. Codziennie mi mówi, że za mną szaleje, mimo że tyle ze sobą jesteśmy. Jest we mnie tyle sprzeczności
Tobie zazdroszczę faceta a jemu współczuje kobiety
Ja go nie traktuję jak "chłopaka", jest całym moim życiem.
Wszystko jasne, jesteś uzależniona i to bardzo, bardzo mocno. Czas na odwyk i terapie. On mógł zerwać z nałogiem. Teraz Twoja kolej.