Z nowym prawem jazdy "walczę" już ok. 9 miesięcy. Kurs i praktyka jak dla mnie prosta-za kierownicą czuję się jak ryba w wodzie, umiem jeździć w mieście, stosuję się do przepisów itp.-wszystko jest tak jak być powinno. Nie boję się jeździć wręcz bardzo to lubię ![]()
Egzamin teoretyczny.
Przygotowana byłam (jak myślałam) idealnie. Niestety zabrakło kilku punktów. Później 3 razy brakowało mi po 1 pkt. by zdać. zdałam za 6 razem co było dla mnie szokiem. Pytania- ich sens, przesłanie czy odgadywanie "co autor miał na myśli" były kłopotliwe nawet dla mojego męża który ma 10 lat prawo jazdy.
Kilka smaczków:
-gdy prowadzisz auto i jest Ci niedobrze/boli cię brzuch nie mozesz kontynuować jazdy-należy się zatrzymać, sprowokować wymioty i zażyć węgiel
-po znieczuleniu u dentysty po jakim czasie możesz prowadzić? a) 1 h po b) 2 h po c) dopiero następnego dnia- co ciekawe wszystkie odpowiedzi są dobre, w zależności na jaki zestaw egzaminacyjny trafisz-musisz zgadnąć która odpowiedź w tym jest prawidłowa
Egzamin praktyczny.
Byłam spokojna, bez nerwów, opanowana, po postu chciałam pokazać co umiem i mimo,że wiedziałam, że jest małe prawdopodobieństwo by zdać za pierwszym razem byłam optymistycznie nastawiona ![]()
Moim egzaminatorem był mocno straszny Pan bez cienia uśmiechu na twarzy.Miałam wskazać płyn hamulcowy i światła drogowe. Banał. Wskazuję więc płyn, mówię o tym gdzie powinien być wskaźnik itp. E.:" i to tyle?". Ja lekko zdziwiona, no,że tak. E. "dalej nie wiem gdzie znajduje się płyn". Wskazuję więc ponownie i dotykam zbiornik. Wciąż mu mało. Obejmuję więc dłońmi zbiornik, czuję się jak idiotka. Mój spokój jest już całkowicie zburzony, po głowie wciąż chodzi mi myśl, że on zwariował i że obleję jeszcze przed wjechaniem na plac. Wznosi oczy ku niebu i z żalem do mnie mówi, "że jestem nieprzygotowana do egzaminu". Zaczynam drżeć. Światła drogowe-także włączam i wskazuję dłonią. Znowu pyta mnie czy to tyle? Kiwam głową a on na to"skoro Pani tak uważa..."
Wiedziałam,że już nie zdałam. Ten zimny,złośliwy człowiek szuka tylko okazji by mnie oblać byłam tego pewna.
Nie potrafiłam się już opanować i robiąc łuk zamiast się wyciszyć wciąż po głowie kołatała mi myśl "je*any płyn hamulcowy". Łuk mogłabym robić z zamkniętymi oczami. Cóż, nie w takim stanie. NIGDY mi się to nie zdarzyło ale na egzaminie tak-dwa razy wjechałam na linię. Koniec egzaminu. Nawet nie wyjechałam na miasto...
Podczas spisywania formalności Pan Egzaminator uśmiechnął się do mnie i pyta "Pani Paulino, co się stało?", "tak mi przykro, niestety, widocznie nie była Pani przygotowana...". Miałam ochotę walnąć go w łeb. Gdy już wyłaczył kamery i zaczął jakieś swoje kazanie, nie mogłam już tego słuchać...A gdy kolejny raz usłyszałam wyraz "nieprzygotowana" spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam: Byłam przygotowana. Pewnie gdyby mi Pan okazał chociaż cień sympatii, mój egzamin wyglądałby zupełnie inaczej. I wyszłam.
Całą sytuację przypłaciłam wymiotami i wielkim poczuciem niesprawiedliwości. Kolejny egzamin już niedługo a ja zamiast się cieszyć, że jak naiwnie myślałam "pokażę co umiem", boję się na kogo tym razem trafię...
