Witam, od dwóch lat jestem zauroczony koleżanką z grupy na studiach, dała mi kosza już dawno temu - w mojej ocenie, dlatego, że się o nią nie starałem wystarczająco. Popełniłem fatalne błędy: z jednej strony umierałem z uczucia do niej, mój świat kręcił się tylko wokół niej - a z drugiej strony za dużo rozkminiałem, zamiast podjąć stanowcze próby zabiegania o jej względy, uciekałem przed nią, unikałem jej na uczelni - nie oszukujmy się, byłem zwykłym tchórzem.
Powoli godziłem się, że nie mam już u niej żadnych szans, że jestem spalony, do końca studiów został ostatni semestr, miałem nadzieję, że kiedy każde z nas pójdzie w swoją stronę uda mi się wyleczyć z tego zauroczenia, zapomnieć o niej - ogólnie przez te 2 lata zmieniłem się chyba na lepsze, nauczyłem się trochę rozmawiać z kobietami. Myślę, że teraz miałbym odwagę o nią zawalczyć, czuję to. Wyciągnąłem właściwe wnioski z tego co między nami się wydarzyło. Wiem jak powinienem wtedy o nią walczyć, ciężko mi z tym co wyprawiałem za pierwszym razem.
Do końca naszej znajomości pozostały tylko 3 miesiące. Postanowiłem zagrać vabank i ostatni raz spróbować postarać się o jej względy. Podjąłem już nawet pierwszy krok, zagadałem do niej (wprawdzie przez neta, ale to miała być tylko weryfikacja, czy chce w ogóle ze mną rozmawiać po tym wszystkim) - udało się. Ale jednocześnie w bardzo krótkim czasie wyszło na jaw, że dopiero co związała się z chłopakiem z naszych studiów (koledzy widzieli ją z nim poza uczelnią w sytuacji 'trzymali się za rękę')...
Szok. Załamałem się, zrobiłbym wszystko, żeby dała mi szansę. Już postanowiłem delikatnie o nią zawalczyć, a tu taki cios.
Moje główne pytanie: Czy powinienem jeszcze o nią walczyć?
Ja niestety uważam, że pomimo mojego załamania i takiego ogromnego uczucia do niej, nie mam już prawa psuć jej szczęścia (zakładam, że jest szczęśliwa, jeśli się z nim związała). Muszę się podnieść, chociaż na razie nie mam sił i życzyć jej szczęścia, powodzenia.