Hej. Mam 29 lat i właśnie dobiega końca mój 9-letni związek, który przez cały ten czas uważałem za najwspanialszy dar, jaki
mogłem kiedykolwiek otrzymać. Od jakiegoś czasu rzeczywiście nie było tak jak na początku no i pewnego dnia powiedziała
"Dość! Wyprowadzam się". Spuściłem głowę ale chyba wtedy jeszcze nie zdałem sobie sprawy co tak naprawdę to oznacza.
Wczoraj w nocy wróciłem z pracy do domu, w którym mieszkaliśmy i zauważyłem, że większość Jej rzeczy zniknęła i Jej też już
nie ma. Jak się teraz czuję? Jak worek kości...
Poznaliśmy się 9 lat temu na wakacjach. Leczyłem się wtedy z poprzedniego związku i nagle pojawiła się Ona - młoda,
czarnowłosa, śliczna dziewczyna, która chciała tylko złagodzić mój ból zwykłą rozmową. Ale z niewinnego, młodzieńczego
zauroczenia powstała nagle miłość tak wielka i doskonała, że wiele osób zazdrościło nam tak mocnej więzi. Uwierzcie mi,
biła od nas taka miłosna aura, jak w najpiękniejszym filmie romantycznym. Byliśmy dla siebie nawzajem czymś więcej niż
partnerami. Oprócz przyjaźni i bezgranicznego zaufania można było zauważyć niemal braterską więź (jak brat i siostra).
Ewentualne kłótnie lub nieporozumienia rozwiązywane były spokojnie, bez agresji, z pełnym zrozumieniem drugiej osoby. Pełen
kompromis. Dzieliliśmy nawet wspólną pasję - miłość do muzyki klubowej. To było naszym chyba największym spoiwem,
potrafiliśmy rozmawiać o tym godzinami, w towarzystwie nie było nam równych, jeździliśmy razem na imprezy bawiąc się ze
sobą i czując to samo. Mieliśmy wielu znajomych, którzy nieraz mówili nam, że jesteśmy bardzo dobymi osobami i można na nas
polegać. Jak widać, wszystko było idealne. Wszystko, oprócz jednej rzeczy: seksu.
Jej temperament to jedyna cecha, której nie mogłem doścignąć. W łóżku oczekiwała namiętności, pożądania, eksperymentowania,
czułości i wielu innych cech, którymi można śmiało określić osobę uzależnioną od seksu. To nas zniszczyło.
Zamieszkaliśmy razem po roku znajomości. Potem wyjechaliśmy zagranicę i wtedy tak naprawdę zaczęliśmy siebie poznawać.
Mentalnie byliśmy blisko niemal do samego końca, jednak problemy w łóżku sprawiały, że pozostałe elementy zaczęły się psuć.
Ostanie pół roku to oszukiwanie samego siebie, że wszystko jest OK a problemy same się rozwiążą. W końcu nie wytrzymała i
postanowiła odejść. Przez cały ten czas nie zdradziła mnie ani razu i wiem, że to prawda. Mówiła, że miała wiele okazji ale
ze względu na ogromny szacunek, jakim mnie darzy, nie zrobiła tego. Dlatego postanowiła odejść, by więcej mnie i siebie nie
ranić. Mieszka teraz sama. Jak by wyglądała taka sytuacja w normalnym, przeciętnym związku? Prawdopodobnie para tkwiłaby w
takim punkcie aż jedna z osób w końcu by zdradziła. I dlatego Jej decyzja, mimo bólu, świadczy o Jej mądrości i
dojrzałości. I ta świadomość jest dla mnie najbardziej przytłaczająca. Pozwalam odejść komuś, kogo traktuję jak wyrocznię i
kierunkowskaz w drodze przez życie. Uwierzcie mi, każdy chciałby mieć taką osobę obok siebie. Wiem, że bez Niej już nigdy
nie będę taki sam.
Co jedynego mi pozostaje? Zastanawiać się czy dałoby się to wszystko posklejać, choć coś w głębi mnie mówi mi, że w sferze
seksu nigdy nie potrafiłbym Jej zaspokoić. Niestety, jest to kolejny dowód na to, że seks potrafi zniszczyć to, co dla
wielu ludzi jest najpiękniejsze - miłość. Spróbuję żyć dalej choć już teraz wiem, że będę płakał za Nią całe życie bo,
uwierzcie mi, tak dobrych i mądrych ludzi niektórzy z Was nigdy nie spotkają na swojej drodze.
Pozdrawiam!
