Witam.
Pisze tutaj bo na żywo po pierwsze nie miałbym z kim o tym pogadać bo moi kumple to banda tzw. samców alfa, a chcąc zapytać o radę płci przeciwnej... to kurde ja nie mam w ogóle koleżanek... Po drugie przeglądnąłem już kilka forum i to wygląda na najbardziej profesjonalne i poważnie podchodzące do sprawy, więc mimo iż nie przeznaczone dla facetów, to z całkowitą świadomością możliwych konsekwencji pytam o rade...
Mianowicie.
Spotykam się z pewną kobietką już prawie 5 lat. Laska, sexowna, każdy się za nią ogląda, wie jak się ubrać, do tego mega inteligentna, mądra i potrafi pogadać na każdy temat, jednym słowem IDEAŁ...
Rok pierwszy...
Na początku oczywiście przysłowiowe motyle w brzuchu, oczekiwanie każdego sygnału od niej, choćby przypadkowego z niecierpliwością i euforia gdy takowy dawała. Zabieganie, staranie się, zmienianie świata by tylko jej zaimponować. Tak wyglądał pierwszy no półtorej roku znajomości. Świata poza nią nie widziałem.
Drugi oraz trzeci rok bycia razem to już inna bajka...
Wkradło się coś dziwnego a ja mimowolnie zacząłem się rozglądać na boki, nie stroniąc od wystawiania się na potencjalne poznanie innej. Nie było żadnego przełomowego punktu, czy zachowania z jej czy mojej strony, nic czym można by oddzielić jeden okres od drugiego. Po prostu płynnie przeszedłem z fascynacji do dziwnego negatywnego uczucia, chyba nudy. Zdarzały się spotkania z innymi kobietami, ale nigdy nic poważnego, nigdy nic na dłużej (zdrada, niewierność zwał jak zwał). Spotkania ze swoją dziewczyną zacząłem traktować jak obowiązek, który trzeba odbębnić. Sytuacja się pogłębiała. Aż pod koniec roku trzeciego, może dość spontanicznie i w tempie przyspieszonym ale jednak po konsultacji z paroma ziomkami oferującymi cały wachlarz złotych i genialnych rad zerwałem ze swoją dziewczyną. Po ponad 2 i półrocznej znajomości. Zerwałem ze łzami w oczach (wiem to dziwne i tandetne ale naprawdę szczere łzy, płakałem może dwa razy w życiu a to był jeden z nich). Ulżyło mi...
Pół roku bez siebie...
Właściwie bezpośrednio po zerwaniu puściłem wodze fantazji. Założyłem konto na jednym z portali społecznościowych, a że bardziej cechuje mnie nieśmiałość niż brak uroku osobistego to internetowe podrywanie szło jak po maśle, co zaowocowało również kilkoma spotkaniami. Niestety sam geniuszem nie jestem ale te "kobiety" na które trafiłem za pośrednictwem właśnie internetu wypadały nawet przy mnie blado - idiotki. "No aż wstyd do domu taką przyprowadzić" Na takim procederze spędziłem pół roku. Nie tęskniłem do byłej, nie myślałem o niej, czasami tylko w ramach refleksji po spotkaniu z kolejną "inteligentką"; "zostawiłem chyba jedyną fajną laskę na tym świecie".
Początek roku czwartego...
Kontakt ze strony mojej byłej. Napisała z prośbą abym jej zwrócił kolekcję płyt które u mnie przed rozstaniem zostały. Już gdy to pisała coś mnie strzeliło, a apogeum tego postrzału było na spotkaniu gdy na kolanach wręcz błagałem ją o szanse na drugi raz... Błagałem tak przez miesiąc dzień w dzień nie dając za wygraną mimo słyszanego ciągle "daj mi spokój". Udało się. Byłem w niebo wzięty. Znów było jak na początku. Nawet lepiej...
Rok piąty...
Sytuacja powoli zaczyna się powtarzać... Znowu to pierd.... uczucie nie tyle niechęci co jakiejś takiej nudy pomieszanej jakby z przyzwyczajeniem....
Sam już nie wiem co mam robić, a nie znam nikogo na tyle mądrego i poważnego kto mógłby mi w tej sytuacji posłużyć radą....
26 latek