Dziś mijają dwa miesiące od ostatniego wieczoru mojego prawdziwego życia.
Jutro miną dwa miesiące od momentu gdy straciłam wszystko.
Niespodziewanie i bez żadnego ostrzeżenia, brutalnie, a jednocześnie tak "pospolicie". Zatrzymanie akcji serca, ot tak.
Zwykły dzień, wróciłam z pracy, a On spał. Tak myślałam przez dłuższą chwilę, do momentu, aż pozbyłam się złudzeń.
Już kilka razy wracałam do przeglądania netu w poszukiwaniu... sama nie wiem czego. Nie znalazłam, więc piszę. Tylko sama nie wiem co mną kieruje, i czego się spodziewam.
Mam 38 lat, tak jak On. Byliśmy parą od 23 lat, nieprzerwanie zakochani, mimo problemów, które życie przed nami stawiało. A może w dużej mierze właśnie dzięki nim.
Byliśmy parą we wszystkim, najbliższymi przyjaciółmi od początku, a małżeństwem od 16 lat.
Nie mieliśmy dzieci i raczej ich nie chcieliśmy mieć. Z różnych powodów, ale też pewnie zbyt zapatrzeni byliśmy w siebie samych, by dzielić się tą naszą miłością jeszcze z kimś innym.
Wiem, że to ja byłam zawsze tą silniejszą w związku, ale wiem też, że tylko dzięki Niemu, Jego wsparciu i Jego obecności. On też wiedział, doskonale wiedział, że do życia i szczęścia potrzebuję wyłącznie Jego. Właściwie bardziej niż powietrza, czy pożywienia. Ale zniknął, bez pożegnania, bez słowa. Strasznie nagle, mając tyle planów i taką chęć życia. Nie zakończył ważnych dla siebie spraw, nie spełnił marzeń. Nie powiedzieliśmy sobie tylu rzeczy, zniknęły nasze rytuały, zniknęliśmy MY.
Teraz przechodzę kolejne fazy żałoby - ale w każdej znajduję punkt wspólny, bez względu na to, czy siedzi we mnie złość, wściekłość, głęboka rozpacz, żal... To potrzeba obudzenia się z tego koszmaru. Względnie cofnięcie się w czasie. Zresztą nieważne, cokolwiek co by mi Go zwróciło.
Otaczają mnie osoby przejęte moją stratą, głównie jego przyjaciele. Jednak coraz wyraźniej widzę, że oczekują ode mnie pozbierania się już "do kupy", rozpoczęcia nowego życia, znalezienia sobie jakiegoś sensu, czy celu...
Od pierwszych chwil właściwie nie miałam problemu z mówieniem o swoich uczuciach, jestem (staram się być?) osobą potrafiącą z dystansem mówić o swojej sytuacji, potrafię się śmiać i angażować w codzienne problemy, dzięki czemu naprawdę sporo osób chętnie mnie wspiera w trudnych momentach. Mam wrażenie jednak, że to zwykły instynkt samozachowawczy - do tej pory do życia wystarczał mi ON, a teraz, wiedząc, że nie mam Jego wsparcia, korzystam ze wsparcia tych, którzy mi je okazują... Jednak to te ich coraz widoczniejsze oczekiwania rozpoczęcia życia na nowo powodują, że nie widzę już sensu przyznawania się do tego, że z każdym dniem jest mi trudniej. Nie wspominając o wieczorach i nocach, które od lat spędzałam przecież tylko z nim.
Z jednej strony jestem osobą twardo stąpającą po ziemi, logicznie patrzącą na życie, z drugiej wciąż, te dwa miesiące PO, nadal chwilową ulgę dostarcza mi ból, ciągłe "mielenie" cierpienia, marzenia i sny o Nim. Przy życiu trzyma mnie tylko myśl o niedostarczaniu kolejnych kłopotów (w tym prozaicznie - tych prawnych, spadkowych, wielu niezakończonych jeszcze przeze mnie po Jego odejściu spraw) i... właściwie nic więcej.
Nigdy nie wierzyłam w jakiekolwiek życie po życiu - w przeciwieństwie do Niego. Teraz bardzo chcę by to Jego wersja miała rację bytu i wypatruję jakiś znaków. Nie widząc ich, lub będąc świadoma nadinterpretowaniu sytuacji przez własne pragnienia - coraz częściej myślę o bezsensie własnego istnienia.
Pragnę tylko jednego - Jego obok mnie. W jaki sposób - jest mi obojętne właściwie. Nie chcę niczego nowego rozpoczynać, nie chcę nic zostawiać za sobą. Nie chcę by - jeśli jest przy mnie - mnie opuścił. Chcę Jego.