Piszę gdyż nie potrafię sobie wytłumaczyć racjonalnie tej sytuacji. PRZERASTA MNIE chyba.
Byłam z narzeczonym 1,5 roku. Rozstaliśmy się w listopadzie, rozstanie było z jego strony. Dał mi odczuć że nie zmieni zdania już nigdy, że nie ma mowy, itd. Że powodem zerwania jest inny światopogląd , że bawiłam się nim zawsze był na zawołanie, a ja tak mało go rozumiałam. Że serce by mi wyjął a ja to wszystko gdzieś miałam.
Przez cały ten czas nie mieliśmy kontaktu, spotkania były niespodziewane, wpadaliśmy na siebie w różnych miejscach, ale żadne nie miało na tyle odwagi by porozmawiać.
Pod koniec sierpnia odezwał się do mnie, że nie umie zapomnieć, że nikogo tak nie umie pokochać jak mnie, że nie umie przestać kochać, myśleć o mnie - nie umie się z tego uczucia wyleczyć.
Ok, spotkaliśmy się by porozmawiać, postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. Że wszystko mu mnie przypomina, każdy związek porównuje do naszego, nie umie mnie nikim zastąpić. Mówił, że oboje się zmieniliśmy, dojrzeliśmy, że ja zmieniłam sie po tej traumie na lepsze, tylko się boi że nie będę umiała z nim żyć, bo on też się zmienił - jest innym człowiekiem. Rzucił studia, imprezował w tym czasie- przeszedł takie załamanie jakby... Płakał mówiąc mi to wszystko, tak bardzo szczerze rozmawiał ze mną - umiał się otworzyć.
Spotkaliśmy się 4 razy w ciągu półtora tygodnia, umówiliśmy się na następne , pożegnał się ze mną jak zawsze, przytulił, pocałował.. Daliśmy sobie czas około 2-3 miesiące aby to posklejać i zobaczyć jak to będzie. Normalnie sie pożegnaliśmy bez kłótni, ani razu się nie posprzeczaliśmy w ciagu tego krótkiego czasu.
Rano się wita, życzy miłego dnia przez sms. A za 2 godziny - na drugi dzień po tym ostatnim spotkaniu pisze mi - że chyba za dużo ran sobie zadaliśmy by było dziś normalnie, że nie czuje się swobodnie przy mnie - a niby powinien, że możemy rozmawiać o wszystkim - ale jednego tematu na dłuższą metę nie mamy wspólnego, że musimy się spotkać by się rozstać w spokoju bo nie ma sensu się kłócić - bo nie o to chodzi. Że "chyba jeszcze nie trafiliśmy na swoich" , że czuł że to niedokończona sprawa i chciał spróbować jeszcze raz, by nikt na nikogo czekał i można było spokojnie rozmawiać, wyjaśniając sobie wszystko.
Że myślał że dalej to uczucie w nas jest, ale to takie ooooogroooooomny SENTYMENT.
NIE SPOTKAŁAM SIĘ JEDNAK Z NIM, pożyczyłam mu szczęścia z inną, i napisałam by nie pisał i nie odzywał się do mnie, nie interesował się, szukał szczęścia gdzie indziej. Że na takie próby na sobie nie pozwolę, że wczoraj wszystko ok - dzisiaj już zmiana. Że potrzebuję kogoś stabilnego emocjonalnie. Że my już nie mamy o czym rozmawiać.
Odpisał że po tym smsie to napewno. I NA TYM KONIEC Z OBU STRON.
ZASTANAWIAM SIĘ CZY DOBRZE ZROBIŁAM ŻE TAK TO ZAKOŃCZYŁAM ??- nie dałam rady się spotkać, albo drugi raz go prosić by mnie nie zostawiał też nie. UZNAŁAM ŻE NIE MA SENSU ŻADNEGO, nie chce to nie, po co się spotykać i jeszcze rozmawiać jak on takie sprawy przez sms załatwia.
Minęły 3 dni od tego "smsowego rozstania", nie odzywam sie ani ja ani on.
DZISIAJ MYSLĘ że on chyba się sam pogubił w swoich uczuciach - nie tłumaczę go pod żadnym pozorem czy coś.
PO CO JA MAM SIĘ POKOJOWO Z NIM ROZSTAWAĆ - że jak mu z kimś znów nie wyjdzie to wróci, się wyżali i znów zostawi? Albo chce mnie trzymać jako koło zapasowe dopóki się nie wyszaleje?
ODCIĘŁAM SIĘ EMOCJONALNIE - nie wiem czy to dobrze ??