Postanowiłam właśnie napisać o sobie zupełnie szczerze. Z nikim o tym nie rozmawiałam, w sumie to raczej się nad tym nie zastanawiałam, aż do dziś.
Mam 23 lata. Całe nastoletnie życie byłam zakompleksiona, nie miałam chłopaka, uważałam też, że nikt mnie nie zechce (trochę mi z tego zostało). Ktoś tam się mną interesował, ale albo to bagatelizowałam (nie wierzyłam), albo sama nie byłam zainteresowana.
Pierwszego chłopaka miałam więc w wieku 21 lat. Przez długi czas byłam dość zdystansowana, nie zależało mi jakoś strasznie. On za mną latał. Ja nie okazywałam uczuć, jakoś nie potrafiłam (nawet odpowiedzieć na głupiego, miłego smsa). Po jakimś czasie bycia razem, zaczęłam coś robić. Mianowicie, cały ten czas utrzymywałam kontakt z facetem poznanym wcześniej. Nic wielkiego, wymiana wiadomości i smsów o wszystkim i o niczym (bez podtekstów, choć teraz oczywiście wiem, że był mną zainteresowany). Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że robiłam wszystko, żeby ten mój się o tym dowiedział (pisałam na bezczela przy nim, zostawiałam telefon tak, żeby widział). I faktycznie, zaczął wypytywać kto to, a pewnego wieczoru była o to wielka afera. Wtedy jeden, jedyny raz pomyślałam, że źle zrobiłam. Tylko raz.
Potem się rozstaliśmy (z innych względów), było mi źle. Zaczęłam spotykać się z tym wspomnianym wcześniej, ale nic z tego nie wyszło (trochę to przeżyłam).
Potem, pierwszy raz w życiu, zdarzyło mi się całować z kimś po alkoholu. Potem strasznie wkręciłam się w tę osobę, ale kontakt umarł.
Następnie poznałam faceta, z którym obecnie się spotykam/jestem. Nie jestem bardzo zakochana. Lubię go, ale jest podobnie jak z moim pierwszym. W tym samym czasie znów zdarzyło mi się całować z kimś po alkoholu. Znowu się "zakochałam", ale ostatecznie facet mnie olał, co znowu bardzo przeżyłam zastanawiając się, czy naprawdę jestem tak denna, że kolejny mnie nie chce. Niedawno zdarzyło mi się to kolejny raz, i znowu myślę o tym nowym. Pewnie znowu przejdzie.
"Mój obecny" natomiast był do mnie zrażony, przez moje olewanie jego osoby itd. I co jet w tym najgorsze, to fakt, że ja to lubię. Podoba mi się, że ktoś jest zazdrosny, że ktoś zwraca uwagę na to, że nie mam dla niego czasu. Czerpię z tego dziwną przyjemność, jak gdyby tylko to dawało mi jakieś poczucie, że komuś na mnie zależy. Jednocześnie nie wierzę, że ktoś kiedykolwiek mnie pokocha (pokocha, a nie będzie chwilowo zauroczony, albo zainteresowany fizycznością). Tak samo nie wierzę w wierność (choć sama nie chciałabym zostać zdradzona), i jestem bardzo sceptyczna jeśli o nią chodzi.
Kiedy napisałam ten post i go przeczytałam, doszłam do wniosku, że jestem straszną osobą. I Wy pewnie też tak sobie pomyślicie. Nie wiem tylko, z czego to wynika, i dlaczego coś jest ze mną nie tak...