Cześć wszystkim.
Zdecydowałam się, że napiszę bo naprawdę potrzebuje obiektywnego spojrzenia osób postronnych na sytuację, w której się znalazła.
Może być to długi post, ale chcę Wam jak najlepiej przedstawić sytuację. ![]()
Z moim byłym chłopakiem kilka lat. Mamy wspólnych znajomych i tak się poznaliśmy.
Byliśmy ze sobą trzy lata.
przez pierwsze 2,5 było naprawdę dobrze, mimo, że spotykaliśmy się w weekendy - bo ja studiowałam w innym mieście. Żyło nam się dobrze, wspieralismy się itd.
Później ja przeniosłam się do innego miasta ze wzg na pracę, wiec cieszyłam się bo mogliśmy się widywać częściej.
Po pół roku mój były chłopak przeproawdził się do miasta, w którym studiowałam i pracowałam ( co było jak spełnienie marzeń). Dostał bardzo dobrze płatną sprawę i miałam wrażenie że wszystko zaczyna się układać.
Ja mam dość wybuchowy charakter, jestem energiczna i mówię zawsze wprost. On często powtarzał ( powiedzmy w przeciagu ostatniego roku, że za często się kłócimy i że muszę to zmienić bo jemu to przeszkadza)
Jak oboje zaczeliśmy żyć w jednym mieście, to zaczeło się psuć i nie ukrywam że z mojej winy. prawdopodobnie miałam depresję, chociaż wszystko się dobrze układało. Mało rzeczy mnie cieszyło, do tego w późniejszym czasie doszły przejściowe problemy finansowe. Były dni, że układało się dobrze, ale nie obyło się bez w chwil, w których czepiałam się o dużo rzeczy. miałam do niego pretensje, ze czesto mnie krytukuje, bo a to kochanie idz na fitness. bylo parę takich sytuacji po ktorych zrobilo mi sie przykro jak np. fakt, ze jak przyjechalam do niego na weekend to nie mogl mi dac 2 szuflad bo twierdzil ze on ma malo miejsca w pokoju ( szuflady od 3 mies stały puste)
Póżniej mój były chlopak zaczął mieszkać z kolegami, przy czym ja po przeprowadzce w związku z pracą nie miałam nikogo prucz niego. to jest straszne, bo zawsze byłam wesołą, uśmiechnietą dziewczyną która ma dużo znajomych. On zaczął się rozwijać w pracy, poznawać ludzi, a ja stałam w miejscu, czułam się bezsilna, nie widziałam żadnego sensu w tym co robię, po prostu spadalam w doł. nie jeżdziłam na uczelnię, przestałam robic cokolwiek dla siebie. i to niestety odbijało się też na nim.
Miałam wrażenie że wszystko mnie przerasta czułam się. Podświadomie byłam zazdrosna, że on układa sobie życie i wszysko jemu się układa. Co nie zmienia faktu, że uważam że nie umiał mi pomóc. On uważal, że powinnam od razu bach bach zabrać się za siebie, zapisac na fitness itd, ja mówiłam, że tak ogarnę się zajmę sie sobą, ale nie dawałam rady...
Spotykaliśmy się bardzo często bo do niego jeżdzilam. potrafiłam zadzwonic po południu płacząc że jest mi źle. a gdy coś bylo nie do konca po mojej myśli byłam na niego zła. Wkradła sie rytyna i myślę, że przez to tak naprawdę zaczeliśmy się od siebie oddalać.
Rozstaliśmy się jakieś 7 miesiecy temu o awanturze. Powiedział że to koniec. jak na drugi dzien od niego wychodzilam przytulil mnie strasznie mocno i oboje uroniliśmy łzy.
Przez kolejne dwa miesiące mielismy dobry kontakt. Chodziliśmy za zakupy, śmialiśmy się. wczesniej mowił, żebym zajeła się sobą i rozwiązaniem problemów. powiedział, ze nie zakłada ze razem bedziemy ani tego nie wyklucza. że potrzebuje czasu. Raz spotkaliśmy się i zeszło na różne tematy. Jednym słowem zaczelismy spotykać się jako friends with benefits, bez zobowiązań. Bo on twierdział ze nie jest gotowy na jakikolwiek zwiazek. I było świetnie. Ja skupiłam się bardziej na studiach, on na pracy. W tym układzie bez zobowiązań wróciliśmy do traktowania siebie tak jak na początku zwiazku z szacunkiem i dorosle. Był taki jak na początku, potrafiliśmy rozmawiać całą noc, śmiac się i wygłupiac.
W pewnym momencie po jednej sytuacji ( apropo że nie powinnam mówić nikomu że sie taks potykamy, bo tak podobnież będzie dla mnie lepiej)
stwierdziłam, że nie dam tak rady. Zapytałam wprost, czy skoro udaje nam się wrócić do tych relacji, to może spróbujemy. Bez obiecanek że się zmienię, że będzie spokojnie bo to już zauważył. On powiedział, że nie, że nie am czasu an zwiazek ze skupia sie na pracy i ze to wymaga zaanagazowania a spotykanie sie w weekendy tylko nie jest dobre dla zwiazku ( z czego przez 2 lata tak było u nas).
No i takim oto sposobem przeszlismy na sfere przyjaciół, i tutaj zaczał tworzyc się dystans miedzy nami. Ja zrobilam sie bardzo stanowcza, nie prosilam o nic na nic nie nalaegałam. kontakt sie troche zmniejszał, bo a to jedno wolno odpisywało, a to drugie. Ja już nie chciałam mu pokazywać co czuje. Strasznie się zawziełam i przestałam zabiegać o to wszystko. miałam wrażenie, że on teraz czuje się świetnie, spotyka sie ze swoimi znajomymi.
Spotkalismy sie miesiac temu, i wyszla rozmowa ze spotkania i rozmowy są drętwe, jest dystans. Zapytał co chcę z tym zrobić. Napisałam mu całą wiadomość, dojrzałą, ze przeszliśmy róznego rodzaju realcje w ciagu ostatnich miesięcy i ten kontakt jaki jest teraz jest wynikiem tego, i ze nigdy nie bylismy tylko i wyłącznie przyjaciółmi.
Na tą wiadomosc dosyć długą napisał mi ze nie zaproponowalam rozwiązania ( wkurzaylam sie, bo cały cas mam w głowie fakt, ze strasznie się staralam po rozstaniu zajrzeć w głąb siebie, przemyślec wszystko, skupić się na sobie zebysmy mogli rozpoczac od nowa, a on mnie odrzucił.) Dlatego chciałam dialogu, nie monologu.
Zadecydowałam ze lepiej jak na razie dac spobie spokoj bo sie nie rozumiemy i nie umiemy szczerze ze sobą rozmawiać - że jest jakaś bariera komunikacyjna". Uszanował moją decyzję, twierdząc jednak ze wszystko sie da zrobic jesli sie chce. Po czym po ty napisał czy zmieniła zdanie o nas ( mowimy oczywiscie o przzyjaźni) napisałam, że nie, bo jakby miało sie coś zmienic to musimy porozmawiać na zasadzie dialogu anie monologu. napisał mi ze nie rozumie o co mi chodzi i czy nie chce sie spotykac. ja napisalam ze tak bedzie lepiej, ze moze za jakis czas spotkania beda swobodne. Dodam tylko,ze chcialam zebysmy zaczeli rozmwiac tak jak kiedys bo na tym polega przyjaxn a nie co tam, jak w pracy.
Nie mamy kontaktu od miesiąca.
Nie mogę wybić go sobie z głowy. Ja go po prostu kochałam. to jest facet, ktory jest zaradny odpowiedzialny,a le strasznie skrywa emocje. wiem ze go skrzywdzilam swoim zachowaniem, i pretensjami. Ale jestem pewna ze mnie kochał. jak sie rozstawalismy to mowil, ze od teraz musi sie kierowac rozumem a nie sercem. W pewnym momencie byłam małą dziewczynką której trzeba bylo pomagać, ale nie jestm taka, po prostu się załamałam wtedy. On odzył, ma nowych znajomych, układa mu się. ale wiem ze bylam jedna z nielicznych osob z ktorą potrafil rozmawiać o problemach swoich z rodzicami, bo tak jak pisze jest towarzystki, usmiechniety ale nie pokazuje przed nikim swoich uczuć.
Nie wiem co o tym myśleć...