Mam 26 lat i jestem singielką. Nigdy nie miałam chłopaka, na moim koncie są tylko jednorazowe spotkania z mężczyznami. Na pewno problemową kwestią w tym temacie jest moja nieśmiałość i brak pewności siebie. Wiem, że mam wiele wad nad którymi powinnam pracować.
Jednak w obecnym momencie mam inne cele do zrealizowania (poszukiwania pracy itd.) i brak faceta jest dla mnie mało odczuwalny, przyzwyczaiłam się, bo zawsze tak było. Jeśli będę sama, trudno... nie mam zamiaru szukać na siłę, po to tylko, żeby kogoś mieć.
Moim głównym problemem jest najbliższa rodzina, z którą mieszkam. Codziennie dyskutują i żartują a raczej dogryzają mi właśnie z tego powodu, że nikogo nie mam. Zdaje się, że ich to bardziej martwi niż mnie. Wcześniej próbowałam ucinać dyskusje ale to staje się nie do zniesienia. Ciągle prawią te swoje mało przydatne dla mnie mądrości. Z każdym dniem mam na ten temat coraz większą alergię i po prostu wychodzę, gdy znowu zaczynają o mnie rozmawiać. Jakich mam użyć argumentów, słów, żeby wreszcie przestali się wtrącać w moje życie, wybory i je komentować?! Mam wrażenie, że pomoże jedynie niespodziewana i nagła wyprowadzka z domu, pewnie w końcu to usamodzielni mnie i uniezależni psychicznie i fizycznie... Przez 5 lat studiowałam w innym mieście, gdy mieszkałam bez rodziny, czułam się bardziej szczęśliwa i zadowolona z życia, miałam wrażenie, że wtedy zyskałam o wiele większą pewność siebie, byłam bardziej spontaniczna, zadowolona z życia, przy wyborach nie kierowałam się niczyją opinią, słuchałam własnego wewnętrznego głosu a teraz znowu to ubezwłasnowolnienie...