Witajcie,
Mija już prawie rok odkąd jestem sama. Z chłopakiem rozstałam się po 2,5 miesiącach związku. Wiem niby to niedługo, ale dla mnie bardzo długo, gdyż był to mój pierwszy związek (mam 24 lata). Nie przypuszczałam, że może mnie dopaść takie "nastoletnie zakochanie". Myślałam, że w tym wieku będę potrafiła jakoś racjonalniej podejść do związku. Ale nie, byłam zakochana i żyłam z dnia na dzień nie zastanawiając się nad przyszłością. Choć chłopakowi starałam się tego nie pokazywać, żeby go nie wystraszyć. Grałam taką co jej nie zależy, co świetnie radzi sobie sama, faceta do szczęścia nie potrzebuje, a on jest tylko miłym dodatkiem do codzienności. Jednak w tym swoim móżdżku uroiłam sobie, że to ten jedyny, ten na którego tak długo czekałam... oczywiście doszło do seksu, a niedługo po nim do zerwania
I tu zaczyna się problem. Moim skromnym zdaniem, po tym jak on mnie zostawił odbiło mi... Przez kilka pierwszych miesięcy żyłam złudzeniami, że do mnie wróci. Dzień w dzień, godzina w godzinę snułam jakieś nierealne fantazje. Potem postanowiłam sobie go odpuścić. Dzień po moim mocnym postanowieniu poprawy, on zadzwonił... Porażka. Spotkaliśmy się, niestety pocałowaliśmy. Potem było jeszcze jedno spotkanie, jakieś takie dziwne i wtedy poprosiłam go, żebyśmy zerwali kontakt bo ja nie potrafię udawać jego koleżanki po tym jak byliśmy parą. Cóż podziękował za szczerość i od tamtej pory się nie kontaktujemy. Ale ja zaczynam świrować. Parę razy wybrałam się pod jego blok, nie wiem po co?! Żeby popatrzeć w jego okno, zobaczyć czy na parkingu stoi jego samochód... Przeglądam oferty pracy w jego firmie i na poważnie myślę o tym, żeby złożyć tam CV.... Na szczęście nigdy go nie spotkałam w czasie moich wycieczek. Na prawdę nie wiem po co to robię... Męczy mnie już to codzienne myślenie o nim, a nie potrafię przestać. Uważacie, że zwariowałam? Może ktoś z Was miał podobnie?