Gdzieś kiedyś przeczytałem, że stan posiadania jest przyczyną tzw. wszelkiego cierpienia. Czyli najlepiej nie mieć nic, bo tylko wtedy można być na prawdę szczęśliwym. Tak twierdzą buddyści, przy czym rzecz jasna wiadomo, że często jest tak, że tylko mówią a robią co innego, jak wszędzie. Po naszemu można by sprowadzić to do znanego dylematu: czy lepiej BYĆ czy MIEĆ. I będzie to mniej więcej to samo.
Ktoś, który woli lub inaczej nie potrafi jak "mieć", nigdy nie będzie szczęśliwy bo wystarczy, że włączy telewizor, pójdzie do sąsiada albo wyjrzy przez okno i już w wyniku takiej konfrontacji może odczuć niedostatek z powodu braku fajniejszej kiecy, większej plazmy, lepszego i więcejmajacego telefoniku czy bardziej fullwypasionej fury, które to ofkors wszystkie "MUSI MIEĆ !!!", bo takie jest clu naszej rzeczywistości.
Jak to się mówi, "za komuny" ludzie praktycznie nic nie mieli a paradoksalnie robili wrażenie szczęśliwszych jak teraz. Nie to, żebym chwalił czy ganił któryś z ustrojów, nie o to chodzi. Problem leży w nas samych i w tym jacy jesteśmy. Dlatego zapytałbym raczej nie jak to jest, tylko na jakiego chwieja to wszystko komu w ogóle potrzebne.
