Mam dziwny problem. Może nie jest on jakiś bardzo poważny, ale czasami mi przeszkadza.
W skrócie - nie zawsze wiem, co robić, kiedy dostaję to, czego oczekuję: kiedy ktoś mnie przeprosi albo kiedy dostosuje się do tego, o co proszę.
Dokładniej:
Może wytłumaczę to na przykładzie, bo taki problem pojawiał się zawsze, kiedy tylko w moim życiu pojawiał się jakiś mężczyzna, więc przykładów trochę mam.
Przeprosiny - jeżeli mężczyzna w jakiś sposób mnie zawiedzie, to ja raczej nie jestem typem robiącym z miejsca awanturę, tylko powiem/napiszę krótko, o co mi chodzi i wycofuję się, czekając na jego ruch. Z drugiej strony, kiedy on mnie przeprosi, ja nie bardzo wiem, co zrobić, nawet, jeśli to nie jest zbyt poważna sytuacja i zwykłe przepraszam wystarczy. Zawsze jakoś automatycznie piszę, że w porządku, ale podświadomie mu okazuję, że dalej jestem trochę zła, nie wiem, chłodem w zachowaniu np. Jeśli pyta, czy wybaczę, mówię, że tak i rzeczywiście wybaczam, ale to nie sprawia, że zapominam, że sprawił mi przykrość, a z drugiej strony nie powiem, że "wybaczę Ci jutro o 14:00, bo do tej pory mi przejdzie". Chyba podświadomie chciałabym, żeby mimo uzyskanego wybaczenia starał się jakiś czas trochę bardziej, niż zwykle, żeby mi to hm... zrekompensował jakoś i to chyba dziwne, no bo wybaczyłam, ale dalej czegoś w związku z tym chcę.
Spełnianie moich próśb - nie chodzi mi o zwykłe "zrób, proszę, zakupy", tylko o sytuacje typu: on odzywa się rzadziej, ma jakieś wymówki, mniej czasu dla mnie, rozmawiamy o tym, ja znowu się wyciszam, czekam, co z tym zrobi i kiedy rzeczywiście zaczyna poświęcać mi tyle czasu, co wcześniej, ja nie wiem, jak zareagować. Teoretycznie powinnam się cieszyć, prawda? A ja dalej mam w sobie jakąś skrywaną niechęć do tego - rozżalenie, że on robi to tylko dlatego, że go poprosiłam. Niby wiem, że nikt nie czyta w moich myślach, ale hm... jakby to ująć... mniej mi przeszkadza sam brak kontaktu niż to, że nie kontaktując się, on pokazuje że sam już nie potrzebuje tak częstych kontaktów jak wcześniej. Jeśli więc na moją prośbę to zmieni, to ja mam jakieś wrażenie, że się do tego zmusza, a jemu nie jest to potrzebne. I właściwie zawsze jest tak, jeżeli drogą rozmowy coś osiągnę, to mam jakiś podświadomy żal, że on sam nie chce tyle rozmawiać/tyle wychodzić, no cokolwiek takiego, że w pewnym sensie zmusza się do tego dla mnie i nie umiem się tym cieszyć, co wiąże się tym, że często z tego rezygnuję. Nawet zdarzyło mi się powiedzieć, zanim się ugryzłam w język, że wcześniej przecież tego nie chciał, on twierdzi, że robi to dla mnie, a ja... no właśnie, a mi to przeszkadza, przechodzi dopiero po dłuższym czasie.
Nie wiem, czy jasno to opisałam, ale w takim układzie, jeżeli tylko coś mi przeszkadza czy czegoś mi brakuje, to nie ma sensu, żebym zaczynała rozmowę, bo nawet jeśli osiągnę to, co chcę, to i tak nie będę zadowolona. Wiem, że to nie wina faceta, że raczej to dobrze o nim świadczy, więc się staram powstrzymywać i cieszyć tym, ale no... logika swoje, a emocje swoje. Co mogę z tym zrobić albo co może być przyczyną takiego podejścia do tego?