Dziewczyny piszę, bo znalazłam się w kropce. Tak naprawdę, to chyba ten moment, w którym powinnam powiedzieć: dość!. Powinnam, wiem, ale tak ciężko...
Mężatką jestem niedługo, raptem kilka miesięcy. A właściwie to, tak jakbym nią wcale nie była. Był ślub, wymarzone wesele, plany. Tylko w tym wszystkim my się poplątaliśmy. Ja. On. Pogubiliśmy ideały, a najważniejsze stały się pieniądze. Teraz myślę sobie, że dla niego zawsze były, tylko ja zbyt ślepa byłam. A może Jemu czegoś brakuje i dlatego zatraca się w miłości do nich? Nie wiem...W sumie czy ma to jakieś znaczenie? Wątpię.
Liczy się to, że przez ostatnie 2 lata, niestety, jestem zależna finansowo od Niego. Nie żebym siedziała w domu na tyłku i oglądała seriale. Po prostu nasza droga życiowa poprowadziła nas tak, że teraz muszę nadrabiać zaległości edukacyjne z młodości. Nie, żebym stara była, ale już dawno mogłabym mieć mgr-a przy nazwisku, a tak robię to teraz. Słowem, studiuję dwa kierunki. Podejmując tą decyzję, myślałam, że robię to dla nas. Zresztą, oboje podjęliśmy decyzję, że powinnam iść na studia. Wydawało mi się zawsze, że wyższe wykształcenie daje zawsze większe szanse na lepszą pracę, a może na jakąkolwiek... no, ale to też nie jest ważne.
Mój mąż, zaczął wypominać mi, że moje wykształcenie to jego zasługa, że gdyby nie on, nie miałabym absolutnie nic. Słuchając tego, czułam się jak ostatnie gó*no. Wiem, pomaga mi bardzo. Tylko, że ja jak tylko mogę pracuję. Pracuję w wakacje. Gdy miałam jeden luźniejszy semestr - pracowałam również wieczorami, a przypominam: studiuję dwa kierunki. Wtedy mój mąż miał pretensje, że nie poświęcam mu czasu, że tak nie może być... uwierzyłam, padając na twarz zrezygnowałam z pracy. Teraz słyszę tylko, że wszystko co mam zawdzięczam jemu. Przecież, dwa lata temu pracowałam, odkładałam pieniądze. Pomagałam finansowo jego rodzinie. Nie narzekałam.
Liczyłam tylko, że jeśli jestem z kimś wiele lat, jesteśmy partnerami. Rozumiemy, że dzisiaj jedna osoba jest w potrzebie, jutro to drugie może potrzebować pomocy. Ja to w ten sposób widzę. Niestety, mój mąż nie.
Właściwie wiem, że żadna z Was nie podejmie za mnie decyzji. Być może, mój problem uznacie za błahy. Pewnie też bym tak myślała, ale jestem na skraju załamania. Po prostu, chcę się wyżalić, wygadać komuś absolutnie obiektywnemu, bo może to ze mną jest coś nie tak?
Coraz częściej myślę o rozwodzie, choć z drugiej strony, nie chcę przekreślać 10 lat wspólnego pożycia. Próbowałam rozmów - to nie działa. Ostatnio wytrzymaliśmy 2 tygodnie bez awantury - sukces...
A może to już moment kiedy nie ma czego ratować? Może nie warto?