Nie myślałam, że opiszę kiedyś na forum moją historię, bo wiele tutaj podobnych, ale ... potrzebuję chyba tego, potrzebuję się wygadać, pomocy, jak sobie poradzić z tym wszystkim.
3 lata temu zaczęłam spotykać się z moim chłopakiem. Po powrocie z zagranicy, uporaniu się po ranach z poprzedniego związku dostałam pracę na uczelni. Pracowałam z obcokrajowcami. Tam poznałam jego. W czasie, kiedy był moim studentem nie pozwalałam sobie na jakieś romanse, ale widziałam, że mu się podobam. Po pół roku zrezygnował z lektoratu wiedząc, że będąc moim studentem nie ma szans. Bardzo się o mnie starał, naprawdę. Ja bałam się bardzo, że jest młodszy (6lat), z innego kraju, że chce mnie wykorzystać itd. W końcu jednak zaczęliśmy się spotykać. Było cudownie. Musiał wrócić do swojego kraju, ale postanowiliśmy, że chcemy ciągnąć ten związek. Kolejne dwa lata to były najcudowniejsze lata w moim dotychczasowym życiu. Pomimo odległości rozmawialiśmy z sobą codziennie, latałam do Portugalii prawie co miesiąc na tydzień/dwa, spędzaliśmy razem święta, wakacje, poznałam całą rodzinę, wszyscy mnie zaakceptowali. On też często przylatywał do Polski. Nigdy się nie nudziliśmy, nie pokłóciliśmy, zawsze potrafiliśmy o wszystkim rozmawiać.
Całe ostatnie wakacje spędziliśmy w Norwegii, pracowaliśmy razem, dużo rozmawialiśmy przy pracy, odłożyliśmy sporo pieniędzy. Potem podróżowaliśmy, Polska, Portugalia, Brazylia. Wszystko było cudownie. Mieliśmy plan wspólnej przeprowadzki do Oslo, on dostał propozycję pracy, ja miałam szukać pracy na miejscu. Wiele razy rozmawialiśmy o tym, że to poważna decyzja takie zamieszkanie razem, ale on mówił, że jest pewny tego, nie boi się i że na pewno będzie cudownie. Po świętach przyleciałam do Norwegii, żeby popracować trochę dla znajomego i mieć kasę na wspólny start. Sylwestra postanowiliśmy spędzić oddzielnie, bo ja chciałam być w Norwegii, poszukać mieszkania itd. on chciał spędzić trochę czasu w Londynie z siostrą, bo rzadko ją widuje. Jeszcze w sylwestra rozmawialiśmy długo ze sobą, mówił, że kocha i nie może się doczekać, kiedy się spotkamy. Mieliśmy się spotkać 10 stycznia i przeprowadzić się razem do Oslo. I spotkaliśmy się, ale ...
Może dwa dni przed przylotem podczas rozmowy wyznał, że brakuje mu w naszym związku "motyli w brzuchu", ale wie, że to normalne. Wyznał, że podobają mu się inne kobiety, że mógłby pójść z jakąś do łóżka, ale to nie zmieniłoby jego uczuć do mnie. Mieliśmy wcześniej już takie rozmowy, ale wtedy zawsze stawało na tym, że to teoria tylko, że radzi sobie z takimi myślami. Po Sylwestrze zapytałam, czy kogoś poznał. Powiedział, że tak, że była na imprezie dziewczyna, która bardzo mu się spodobała, zaproponowała mu nawet seks, ale odmówił, bo nie mógłby mnie zranić, chociaż dla niego nie byłoby to ważne, bo kocha mnie. Przyleciał tutaj, tak jak byliśmy umówieni 10 stycznia, rozmawialiśmy przez 4 dni o związkach otwartych, uczuciach, o nas. On cały czas twierdził, że kocha mnie, ale nie może walczyć z tym, że ma ochotę czasami na jakiś romans z inną dziewczyną, że nie radzi sobie z tym. Ja jestem zadeklarowaną monogamistką, więc chyba nie muszę mówić, jak mnie to bolało, płakałam strasznie. Zdecydowaliśmy się na rozstanie. Właściwie on zdecydował, bo ja nie chciałam dzielić z nim ciężaru tej decyzji, bo się z nią nie zgadzam. Oboje bardzo płakaliśmy.
Poleciałam do Polski na jakiś czas. Teraz jestem w Norwegii, w innym mieście niż on, bo tutaj mam dobrych znajomych. Muszę szukać pracy, co wcale nie jest tutaj łatwe, radzić sobie ze wszystkim sama. Bardzo mi trudno. On przeprowadził się sam do Oslo. Próbował się ze mną kontaktować, napisał mi maila opisujące jego uczucia itd. Ja postanowiłam po prostu zamilknąć, nie odpisuję, bo cała ta sytuacja bardzo mnie boli. Nawet już nie wiem, czy chciałabym powrotu. On napisał ostatnio, że marzy o dniu, w którym się obudzi i będzie czuł, że jest naprawdę gotowy na nas, ale boi się, że wtedy będzie już za późno.
Boli mnie strasznie, że teraz pewnie dobrze się bawi, będzie z innymi kobietami, będzie miał nowych znajomych, nowe życie itd.
Nie wiem, jak sobie poradzić, jak przetrwać ten trudny czas, jak się odkochać ? Szukam pracy, wychodzę do ludzi, chodzę na lekcje norweskiego, na wspinaczkę. Nigdy nie lubiłam się zwierzać, staram się uśmiechać, na siłę funkcjonować normalnie, ale tak naprawdę wszystko mnie boli, cierpię strasznie, nie potrafię zaakceptować faktu, że jego nie będzie już w moim życiu. Strasznie się też boję, że nie spotkam już takiego faceta, z którym dogadywałabym się tak dobrze, no i że już zawsze będę bała się tak naprawdę zaufać.