Jestem tu pierwszy raz, założyłam profil, bo już sama nie wiem czy tak świruje czy może faktycznie jest coś nie tak.
Mam 21 lat, mój chłopak też, jesteśmy razem 3,5 roku, znamy się jeszcze z liceum. On jest/był facetem z rodzaju tych, którzy wymierają. Wrażliwy, szalenie pomocny, czuły, szczery, przyjacielski, wspierający itd. Nie od razu, ale zakochałam się po uszy, on też. Ale jest kilka spraw, które ostatnio strasznie mnie męczą, na tyle, że myślę bardzo poważnie o rozstaniu.
Zawsze sprawiały mi przykrość jego wyjazdy beze mnie (ostatnio jak podliczyłam to wyszło nawet, że więcej wyjeżdżał beze mnie niż ze mną). Wyjazdy zazwyczaj z kumplami, które opierały sie na chlaniu itd. Znam jego kolegów i sama czasem się dziwię jak to jest, że się kumplują, bo zawsze uważałam, że do siebie nie pasują;p Wyjazdy na deskę w zimę, na integracje na studiach, na działkę, jakaś tam wycieczka do Berlina itd. Ja na te wyjazdy nie jeździłam, bo nie mogłam. Od jakiegoś czasu moja sytuacja finansowa i rodzinna jest po prostu katastrofą. Na te 3 lata tak naprawdę raz szczerze go poprosiłam, żeby nie jechał (typowy integracyjny wyjazd z chlaniem do oporu i nicnierobieniem), bo nie mam kasy i jest mi przykro. Pojechał. Wiedział też przy każdym wyjeździe, że sprawia mi ogromną przykrość jadąc beze mnie. A jest mi przykro, ponieważ uważam, że fajnie jest odkrywać świat i spędzać te najfajniejsze chwile razem (bez niego nie byłyby najfajniejsze), poza tym źle mi, kiedy ja siedzę w domu, bo nie mogłam jechać a on po prostu się świetnie bawi. Nie chodzi tu o to, że mu nie ufam, że boję się o zdradę czy cos, nic z tych rzeczy. Po prostu o zwykłą solidarność, empatię, chęć przeżycia czegoś razem, zrozumienie i wsparcie. No i jakoś tak przez te 3 lata to było...
W tym roku jego planem był wyjazd za granicę do pracy na 1,5-2 miesiące, a potem we wrzesniu wyjazd na wymianę studencką na Tajwan do lutego. Oczywiście nie zapytał mnie co o tym myślę i jak się z tym czuję... W końcu wyszło tak, że ja również pojechałam z nim do tej Norwegii co dla mnie wiązało się z rzuceniem pracy i sporem ryzykiem (musiałam tam zarobić na szkołę, a po powrocie znaleźć pracę). Generalnie taki podróżnik chyba z niego jest. Postanowiłam, że pojadę do tej zagranicznej pracy, zrobię jakiś krok w jego stronę (bo wczesniej nie ukladalo nam sie najlepiej), skoro razem to na pewno się uda. Oczywiście jeśli chodzi o wyjazd na Tajwan nie miałam kompletnie nic do powiedzenia. W Norwegii jeśli chodzi o nas jako parę, było cudownie idealnie, spisaliśmy się świetnie.
Od samego początku wyjazd na Tajwan mi się nie podobał, bo ja po porostu się nie nadaję do takich rzeczy, i siła związku nie ma tu nic do rzeczy. Poza tym jestem teraz w totalnym szambie jeśli chodzi o rodzinę, pracę i pieniądzę i trwa to już naprawdę dłuższy czas. Bardzo go potrzebowałam i potrzebuję w tym wszystkim, bo samej mi ciężko. On wiedział o tym wszystkim od początku, mówiłam mu o tym otwarcie. Mimo wszystko zdecydował się pojechać. Nigdy nie zabroniłam mu, nie postawiłam mu ultimatum, bo wiem, że to jego marzenie, nie chciałam żeby potem do końca życia miał do mnie żal. Ale szczerze mówiąc byłam pewna, że sam zdecyduje, że nie może mnie samej tu zostawić w takiej sytuacji, że przecież może jechać np. za rok. Jak widać się przeliczyłam, bo nie ma go teraz przy mnie. Jestem raczej sobą skrytą, tak naprawdę chyba tylko on wiedział co siedzi mi w głowie i co czuję, jak mi źle w tym wszystkim.
W międzyczasie padały słowa: "dzieci, mieszkanie, żona, przyszłość, starość, najważniejsza, na zawsze" itd. , więc zakładam, że traktował mnie poważnie.
Przed wyjazdem na Tajwan ustaliliśmy pewne rzeczy (związane przede wszystkim z tym, że bardzo boję się tego jego wyjazdu): będziemy się umawiać na konkretną godzinę, będziemy coś robić razem na odległość, nie chodzimy na imprezy, nie pijemy (o co on naprawdę bardzo się ze mną kłócił- cholernie mnie tym zaskoczył, dlatego upierałam się przy tym żeby nie pić). Zadna z tych rzeczy z jego strony nie została wykonana... Chlernie mi na tym zalezało, żeby mieć chociaż odrobinkę stabilności, jakiegoś poczucia bezpieczeństwa. Nie potrafił (nie chciał?) zrobić dla mnie takich pierdół wiedząc ile mnie kosztuje ten jego wyjazd.
Wiadomo: Tajwan- totalna egzotyka, ciepło, piękne dziewczyny, w pobliżu Filipiny i inne rajskie miejsca. I bynajmniej wymiana studencka naprawdę nie polega na NAUCE. Wypłakałam przy nim chyba hektolitry łez. Bo: cięzko mi tu samej, potrzebuję jego ciepła, żeby złapał mnie za rękę, przytulił, otarł łzę, bo ja nie wyobrażam sobie takiego wyjazdu bez niego (nie chodzi tu o czas, tylko o przezycia, poznanych ludzi i miejsca), jest mi przykro, że chce przeżywać to wszystko beze mnie... tym bardziej, że wiem jakie to ważne dla niego.
Po tych wylanych tonach łez, on totalnie nie pytając jak mi z tym będzie pojechał na jedną rajską wyspę koło Tajwany a potem na Filipiny. Dla mnie jakis totalny kosmos, miejsca, które do końca życia będę oglądała tylko na zdjęciach. I podczas gdy ja marznę w domu, bo matka nie ma na ogrzewanie, albo zaraz moga mi wyłączyć prąd on lezy pod palmą nad lazurową wodą... Ja uważam, że to nie jest fair.
Kiedy juz nawet powiedział, że ok nigdzie juz nie pojadę bez Ciebie, po kilku dnich oczywiście wyszło w rozmowie, że chce lecieć do Hong Kongu... W dniu kiedy byłam totalnie rozklejona, kolejny raz wałkowaliśmy temat naszego związku on wypalił z takim czymś. Ja na to przez łzy" Ale jak to? Dlaczeog ty chcesz tam jechac?. Patrząc mi prosto w zapłakane oczy, widząc w jakim jestem stanie odpowiedział "Bo chcę zobaczyć to miasto". Powiedziałam mu wtedy, że nie chcę go znać, żeby się więcej nie odzywał. Nawet nie odzdwonił kiedy się rozłączyłam, na drugi dzien poleciał na Filipiny i świetnie się bawił w międzyczasie zadzwonił kilka razy i napisał, że doleciał i jest cały.
Myślałam, że facet, który marnuje kolejną swoją szansę, który traci kobietę, z którą rzekomo chcę być całe życie zasypie mnie tysiącem telefonów i smsów, maili, czegokolwiek. A on właściwie nic.
W tym wszystkim jest dość istotna sprawa pieniędzy. Na początku jak sie spotykaliśmy, właściwie naprawdę w moim domu sie powodziło. Potem wszystko bardzo szybko się zmieniło. On jest chłopakiem, który pochodzi z dobrego domu z bardzo z bardzo dobrze sytuowanymi rodzicami. Na początku znajomości zrobił na mnie ogromne wrażenie tym, że mimo tych pięniedzy w ogóle tego nie wykorzystywał, nie dawał tego po sobie poznać ani odczuc, ot normalny chłopak. Ktos powie, przeciez pieniądze nie maja nic wspólnego z miłością. Otóż mają: wyjazdy, na które ja nie mam kasy, on jeździ kilka razy do roku; obecny wyjazd na Twajwan, Filipiny itd-dla mnie coś niewyobrażalnego, wiadomo ciuchy, dosyc snobistyczna rodzina, nie musi sie ograniczać z niczym, wyjazd do pracy do Norwegii był dla niego tylko przygodą i zabawą.
Oczywiście jest w tym wszystkim taka pewna doza mojej zazdrości, bo ja musiałam zrezygnować z wymarzonego kierunku na rzecz innego zaocznego, bo musiałam iśc do pracy, nie mogę realizować swoich pasji, a przy okazji ostatnio to już naprawdę wszystko co może to się wali.
Kiedy mu powiedziałam o tym jak głupio się przy nim czuję z powodu tych pieniędzy, wyjazdów itd on odpowiedział "no Ty też musisz mnie zrozumieć". Jasne rozumiem, że łatwo wydaje się pieniążki rodziców i nie patrzy na innych...
Co o tym myślicie? Czy ja za duzo wymagam? Wydaje mi się, że dojrzały partnerski związek opiera się na byciu RAZEM. Na zrozumieniu, wspieraniu, solidarności. A ja czuje, że nie mogę na niego liczyć. Fakt ostatnio pomógł mi pożyczając mi duże pięniadzę na dosyc pilne probemy z zębem. Dla niego kliknięcie i przesłaniu kilku tys to nie problem. Tylko, że ja nie tego od niego oczekuję. Naprawdę pieniądze są ostatnią rzeczą jakiej od niego chciałam, nie lubię być uzalezniona od kogos, pozyczac, nie lubię kiedy płaci za mnie zbyt często i zbyt dużo.
Mam wrażenie, że albo on sie bardzo zmienił podczas tego wyjazdu, albo dopiero ten wyjazd pokazał mi jaki jest naprawdę. A może to ja jestem ta zła, która chce mu wszystko zabrać od życia? W każdym razie czuję się przy nim, jak kupa gówna, którą się odsuwa jak się nie podoba.
Pomóżcie, bo nie wiem co mam o tym myśleć.