cześć Wam.
Powinienem napisać długą historię opowiadającą o początkach i skutkach mojego problemu, powinienem to zrobić teraz dla czytelnika, żeby uprzyjemnić mu lekturę. No bo kto by czytał o moich problemach dla mnie, musi mieć coś w zamian.
W tych 2 zdaniach zawiera się diagnoza mojego błędnego myślotoku, na którym już dawno się złapałem, dawno zdiagnozowałem, dawno zrozumiałem jego przyczyny, dawno nauczyłem się zachowywać w przeciwny do niego sposób.
Szkoda tylko, że to mi wcale nie pomogło.
W tym momencie, o godzinie 17:02 czuję pogardę do samego siebie, ponieważ czuję się lepszy od żalenia się w internecie na to że czuję pogardę do samego siebie, ponieważ czuję się lepszy... i tak codziennie.
Średnio jedna, dwie sytuacje dziennie wprawiają mnie w tego typu błędne koło. Dzieje się to na poziomie emocjonalnym, orientuję się i potrafię przestać dopiero kiedy przełożę to na język logiczny, tak jak zrobiłem to przed chwilą. Generalnie, można to skrócić do takiego cyklu:
Obserwuję że jestem gorszy w jakiejś dziedzinie od zaobserwowanej osoby, wyobrażenia, ideologii (zapalnik). Wyobrażam sobie, jak wspaniale było by dedykować swoje życie danym emocjom, danemu stylowi, tak by życie układało się według niego. Chwilę potem następuje wartościowanie go, oceniam czy warto, bym poświęcał temu swoje życie. Wywołuje to we mnie nieprzyjemną myśl o swojej osobie. Próbuję być lepszy. Poświęcam czas i wysiłek, jednak nigdy nie jestem w stanie zaangażować się emocjonalnie z przyjemnością - jedyną emocją (z przebłyskami początkowej wizji) kierującą tym jest u mnie strach przed pozostaniem pustym w emocje. Wiadomo, że strach nie jest świetną motywacją, raczej wolelibyśmy gonić coś niż przed czymś uciekać. Z tego względu może i opanuję jakąś czynność, pasję bardzo dobrze, jednak nigdy nie czerpię z tego pełnej satysfakcji.
Dotyczy to każdego przedsięwzięcia w moim życiu. Jedyną drogą do emocjonalnej satysfakcji z jakiejś czynności jest robienie tego neutralnie względem siebie, nieświadomie, tak jak pisanie tego tekstu - zaangażowałem się w to i ta czynność stała się żywa, przyjemna. Oczywiście teraz zaobserwowałem to i postrzegam pisanie jej jako dyscyplinę. Natychmiast przywołują mi się na myśl lepsze dzieła od tego, natychmiast myślę o tym, by zrobić to lepiej. Pieprzony perfekcjonizm. Oczywiście nie wychodzi to perfekcyjnie od razu więc pozostaję w miernocie. Teraz nienawidzę swojej mierności. W akcie obrony wartościuję; "czy żalenie się w internecie jest czynnością, której dopracowaniu warto poświęcić kawałek życia?". Gdyby odpowiedź brzmiała tak, tak jak to było w przypadku tworzenia muzyki, matematyki, fingerboardingu, narciarstwa, kolarstwa, scenopisarstwa, programowania - poświęciłbym go. Właściwie to tylko z tworzeniem muzyki i tekstów mam problem, reszta przychodziła bezmyślnie dobrze. Skasowałbym zdanie w którym wymieniam dziedziny, ponieważ jest bezużyteczne, jednak pomyślawszy, że może pomoże ono przybliżyć mój problem a potem zdawszy sobie sprawę, że to tak naprawdę wymówka do pochwalenia się osiągnięciami (nie, nie powiedziałem, że jakieś są, teraz zakładacie, że są. Jest to prawdą tylko dla kilku z nich) zostawię je. Tak, jestem narcyzem.
Wiodę strasznie smutne życie jak na narcyza. Przez ostatnie tygodnie codziennie wracam ze szkoły, przeglądam internet, ewentualnie chwilę się uczę i idę spać. Jak jest hajs, palę dżointy, ale zwykle nie ma więc spokojnie. Myślę myśli pokroju tych teraz a ponieważ myślenie ich jest jedną z nielicznych czynności, które przychodzą neutralnie, jestem w tym dobry i sprawia to że czuję się w jakiś sposób żywy. Ten post jest dużo dłuższy niż na początku miał być, fajnie tak poopowiadać.
Teraz przypominam sobie co wypisywałem. Definitywnie ochłonąłem już, to mogę stwierdzić. Czuję się lepszy od siebie piszącego ten sam post 20 minut temu. Wracam do tamtego myślotoku ![]()
Haha. Ciekawe czy ktoś dotąd dotrwał.
Haha. Pół godziny temu miałem depresję.
Haha. Jutro do niej wrócę.
Jestem zmęczony. Zmęczyłem się myśleniem. Lepiej pójdę do łóżka, pooglądam bezmyślnie jakieś seriale i zasnę.
...tylko że moje życie towarzyskie na tym cierpi! na tym myśleniu! wyobrażacie sobie prowadzenie rozmowy kiedy cały czas w głowie mam taki ciąg przyczynowo skutkowy? taką samoświadomość? to jest straszne! Kiedyś nawet mi nie stanął przy pannie, bo zamiast nią, zajęty byłem analizowaniem swoich myśli. A nie mogę przestać, bo sama chęć przestania jest analizowaniem. Myśleć o tym, żeby nie myśleć, to też myśleć. wulgaryzm pomóżcie mi, stać mnie na dużo więcej niż to co robię ze swoim życiem teraz!