Czytam Wasze wypowiedzi i chciałabym wykrzyczeć wszystko co siedzi we mnie ale albo nie wiem jak to zrobić albo już nie wiem jak z tym sobie radzić . Zazdroszczę Wam że potraficie się wygadać, ja nie umiem nawet powiedzieć co mnie boli. Nie wiem czy się boję czegoś, czy wstydzę przyznać i powiedzieć głośno że przegrałam swoje życie. Ja już nie umiem sobie poradzić z tymi przeciwnościami jakie mnie dotykają to tak boli, a zarazem wpędza w coraz większe poczucie winy. Jest to wszystko skomplikowane o tyle że mój mąż jest inwalidą I grupy- z padaczką jeszcze przed ślubem i po udarze mózgu w 2001 r czyli po 15 latach małżeństwa. Wychodząc za niego uważałam że tacy ludzie też mają prawo żyć, ale jednak z czasem ta jego miłość zaczęła się przeradzać w zazdrość i z każdym następnym rokiem silniejszą. Kiedy próbowałam kontrować jego wypowiedzi dochodziło do coraz większych kłótni, a tym samym coraz bardziej jego zachowanie wobec mnie i wypowiadane słowa(wyzwiska) sprawiły że coraz bardziej traciłam zaufanie , wiedziałam że nie mam wsparcia ani oparcia w nim.Nie mogłam na niego liczyć w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Wszystko było i jest teraz całkowicie na mojej głowie. Utrzymanie i prowadzenie gosp domowego jego nie interesowało tylko każda podejmowana rozmowa to finalizowana daj mi papierosy- jakby miał to i wagon naraz by wypalił tak się zrobiło po udarze, nie interesuje go czy są pieniądze na to czy nie. Niestety mieszkam razem z teściami , a to jest oczko w głowie mamusi i dla niego od dawna zawsze byłam następna w kolejce do okazywania i miłości i szacunku. Mamusia jak by mogła to jabłko by pogryzła i dała do buzi, bo syn jest chory i trzeba się nim nadzwyczaj opiekować i zajmować . Moja strona życia się nie liczy ja powinnam robić tak wszystko jak jest przez nią umyślone i ma sie podobać synusiowi bo jak nie to won ty ku..... bo tylko się pierd... cały czas i nic nie robisz przecież ty tu nic nie masz . To są wypowiedzi i męża, za długo by o tym pisać poza tym jak to przerabiam to łza łzę wyciska i nie widać klawiszy. Wszystko trwa już 13 lat. Co dalej.... Zostawić to wszystko-tyle mojej pracy i na wynajem...Mam trzech pełnoletnich synów 2 z nich są żonaci. Nie chcą już o tym mówić. Jestem sama ze sobą i swoimi myślami. Najgorsze co powiedzą ludzie ,czy nie będą wytykać palcami że zostawiła chorego i poszła w cug. Ja już wiem że nie mam siły dalej walczyć z nimi wszystkimi i udawadniać że czarne to czarne a białe to białe. W końcu z czego mam się całe życie tłumaczyć jak jestem zgodna z własnym sumieniem, że też mam prawo oddychać bez niczyjego pozwolenia. Zycie w ostatnim czasie i tak upływa mi w samotności bo on przecież nigdzie nie wyjdzie i nie pojedzie chociaż pomimo paraliżu prawostronnego dobrze sobie radzi i wiele potrafi sobie zaradzić i zrobić dzięki mojej zaradności (rehabilitacje, ćwiczenia, sanatoria). Nikt mi nie pomagał o wszystko musiałam wystarać sama. Tylko wysłuchiwałam komentarze jeszcze że i tak za mało, a w ogóle to przeze mnie jest chory i koniec.To ja go doprowadziłam do takiego stanu. I cała rodzina jego jak nasłucha się tych opowieści no to jak w ogóle ze mną można rozmawiać ...............W środowisku jestem postrzegana zupełnie inaczej co na każdym kroku mogę to odczuć, a mimo to czegoś się boję mam jakieś obawy , niepewność jutra....... Uważam że jestem zaradnym człowiekiem. Dotychczas wszystko prowadziłam sama i zabiegałam o wszystko sama. Dlatego że przebywanie w tym domu jest dla mnie koszmarem coraz więcej poświęcam czasu pracom społecznym, co też jest odczytywane że zostawiam męża samego i ciągle mnie nie ma w domu.Uciekam do ludzi ale czy to jest też dobra droga . Nic już nie wiem tak naprawdę co jest dobre a co złe. Wiem że jestem suką, wredną ździrą............ Proszę o kontakt porady pogadanie bo ze sobą już mam problem rozgadać się a te myśli............. Przepraszam za styl i chaos ale udało się coś więcej powiedzieć. teresa
Podobne tematy
to taka typowa pozycja osoby niepełnosprawnej - od której rodzice nie odcięli pępowiny, a ona, z racji niepełnosprawności i jej potrzeby są ponad wszystkim
nie jest tak zawsze, nie jest tak często, ale tak także jest
niepełnosprawnośc twojego męża sprawiłą, że ty tez nie możesz w tej sytuacji zachowac się racjonalnie, bo przecież to osoba niepełnosprawna - a więc - w naszej kulturze- trochę święta krowa, trochę zgniłe jajo.. jednym słowem - i tak zawsze biedny, zawsze pokrzywdzony przez los, zawsze nieszczesliwy i zawsze wymagający
wiem, że to jedna strona medalu ale też jeden tylko model zycia osoby niepełnosprawnej
sa tez inne modele - .zycie pełnią żhycia, z akceptacją siebie i otoczenia
są tez modele oparte o ciągłą walkę i ciągłe udawadnianie.. że mimo niepełnosprawności..
wiesz, czego w tych modelach brakuje?/
mozliwości takiego życia, które jest zwyczajne..
takiego, w którym nie trzeba "zabiegać" o rehabilitacje, sanatoria, wsparcie.. gdzie bariery są po to, aby je przezwycięzać, a osoba niepełnosprawna jest ZWYCZAJNYM człowiekiem
to moje zawodowe marzenie;)
Wiem, że osoby niepełnosprawne traktowane sa u nas wyjątkowo - ale dla mnie ta wyjątkowośc polega tez na tym, że tak jest łatwiej, niż stworzyć im warunki do godnego, zwyczajnego życia...
a wracając do tematu
czy potrafisz ODDZIELIĆ niepełnosprawnośc od twojego męża - mężczyzny, człowieka??
czy potrafisz zapomnieć, że jest niepełnosprawny?
spojrzeć na niego przez pryzmat zwyczajności /?
JAKIM JEST CZŁOWIEKIEM?/
gdyby nie siedział na wózku i nie miał padaczki.. jak oceniałabyś jego zachowanie??
czy potrafisz spojrzec na swojego męża UCZCIWIE??
nie usprawiedliwiać jego zachowań, wyborów, decyzji - niepełnosprawnością??
czy to, że jest niepełnosprawny - czyni z niego człowieka gorszej kategorii, który nie odpowiada za swoje czyny??
bo jesli uważasz go za pełnowartościowego człowiek a- to ocen go uczciwie
i zastanów się - ile jest wart i ile jest wart wasz związek??
czy on nie zasługuje na traktowanie go jak NORMALNEGO FACETA??
niepełnosprawny - to jedna z jego ról
druga to mąż
może ojciec
..
jak wypada w tych rolach??
stac cię na uczciwość wobec niego i siebie?/
czy on ma prawo być traktowany jak PEŁNOPRAWNY, SAMODZIELNY i SAMO-STANOWIĄCY o sobie człowiek??
a jesli tak:
to czemu niepełnosprawność ma usprawiedliwiać to że jest sku...nem??
rozumiesz mój punkt widzenia?
Dobry wieczor Teresa,
Jestem zgodna z End aluzja.
Bardzo ciekawa wypowiedz i sprobuj wyciagnac wnioski, postawiajac sobie wlasnie jej pytania.
Poza tym, ja mam wrazenie, ze jestes w sieci molestowania moralnego przez twoje najblizsze srodowisko rodzinne. I to normalne, ze szukasz ciepla na zewnatrz!
Nie ma nic tak okrajajacego wlasnego "ja" jak wlasnie fakt stania sie zlym obiektem dla twojego meza i tesciowej. Niestety, chodzi tutaj o perwersje i sadyzm.
Perwersje, bo probuje zniszczyc w tobie poczucie godnosci i dobra, przez rzucaniem zlych slow a nawet wyzwisk, co oczywiscie powoduje zatracenie u ciebie zdolnosci normalnego funkcjonownia i myslenia. Postawienie ciebie do winy, powoduje u nich ulge za wszystko czego nie maja lub kim nie moga byc. A ty pomalu tracisz poczucie tego co powinno byc i zapominasz o tym, ze twoje zycie liczy sie bardzo, oj bardzo! Z takim ciezarem chyba nikt by nie wytrzymal.
Sadyzm jest bronia najgorsza perwersow, i ja mam wrazenie, ze cie wciagneli juz w ta spiralke winnosci, ale za co? Bo po prostu jestes!
Ty, twoja osobowosc, twoje zdanie i twoje marzenia sie tutaj dla nich nie licza i oni nie patrza sie na ciebie jak ludzie z kultura i mloscia.
Jestes na straconej pozycji. I w koncu musisz to zaakceptowac, by zrobic sobie potrzebny szok! To nie u nich znajdziesz to o czym marzy kazdy z nas, czyli czulosc i wyrozumienie! Zachecalabym cie do walki o ciebie, ktora musi sie w koncu zaczac od uswiadomieniem sobie tego, ze nawet ofiara moze ktoregos dnia przestac nia byc! Maz zrzucil na ciebie cala jego niepelnosprawnosc poslugujac sie twoimi umiejetnosciami zaradnosci. Stalas sie jego lustrem dla niego, a skoro on siebie nie akceptuje takiego no to na tobie sie to skupia. U jego matki nie znajdziesz zrozumienia, ona dodaje tylko i poszerza twoja niemoc.
Wiesz co? Mialam ciocie, ktora zachorowala na raka macicy. Jej agonia trwala kilka miesiecy. Do konca, nawet jak bardzo cierpiala zostala soba, dziekowala za szklanke wody, nigdy sie uzalala, nie krzyczla na innych, po prostu odeszla z godnoscia! To chyba zalezy od natury czlowieka jak potrafi zachowac godnosc gdy odebrane sa jej najcenniejsze sily.
Pomysl sobie ile jeszcze upokorzen cie czeka przy nich za to, ze walczysz o nich, dla nich a warto?
Przepraszam za ten dosadny mesaz, jezeli uwazasz, ze za ostry lub nie wklada sie on w ramki twojego polozenia, to pomin moje "wystapienie", ale jednak w glebi mojej wrazliwosci i po twoich slowach mam jednak wrazenie, ze potrzebujesz w koncu otworzyc oczy a decyzja lub decyzje, mozesz po prostu w czasie przygotowoac a najwazniejsze to skonstruowac sobie twoja wlasna pewnosc moralnosci i to ze cierpisz z powodu zlych bodzcow emocjonalnych twojej rodziny jest podstawowym punktem przyczyny by przeorganizowac najpierw twoje myslenia, dojscia do pewnosci i ustalenia sposobu dzialania nie juz jako ofiara powtarzam, ale jako osoba, ktora tez ma prawo istnienia, czyli prawo do glosu!
Z glebokim powazaniem
Leszczynek
Witam,
dziękuję za wasze bardzo cenne dla mnie wypowiedzi.Na sugerowane pytania spróbuję sobie w ciszy odpowiedzieć i poproszę o "ocenę" tych przemyśleń. Dociera już pomału do mnie że dużo wcześniej powinnam prosić o pomoc.
Do "Leszczynek" - wystąpienie jak najbardziej trafione zostałam zrozumiana tak jak jest w rzeczywistości i to co chciałam wykrzyczeć z siebie (może między innymi dlatego, że mój zawód wykonywany to też administracja). Twoja wypowiedź chyba pierwszy raz od długiego już czasu wypompowała łzy i trochę goryczy, która zawładnęła moim Ja. Dziękuję za słowa które chyba chciałam usłyszeć, bo były sygnały o podobnej treści ale ja ciągle wierząc w to, że może będzie inaczej coś z czasem się zmieni unormuje ( czekałam na to już 13 lat) po prostu ich nie słyszałam. Ciągle słyszę wyrzuty - bo się zmieniłaś kiedyś byłaś inna - tak teraz już wiem , zmieniłam się , ale to życie mnie zmieniło i otoczenie w którym jestem i z którym wewnętrznie walczę , aby w końcu zaistnieć, móc być, jeszcze normalnie się uśmiechnąć, a nie z przymusu lub pod presją, bo tak wypada. Jednak jestem na takim już etapie że mam wątpliwości czy jeszcze uda mi się zawalczyć o siebie
Jeszcze raz dziękuję za wypowiedzi i proszę odezwijcie się jeszcze.
Pozdrawiam
Witaj Teresa...
Po przeczytaniu Twojego postu mam dla Ciebie 2 wiadomości - dobrą i złą...
Dobra to taka, że jak na kobietę wiążącą się z osobą niepełnosprawną masz na prawdę - bez urazy - wieeeelkie jaja.
Mówię dlatego, że też jestem - od początku tego roku - osobą niepełnosprawną z 2 gr. pozazusowską i mam małżonkę również tej grupy z wieloletnim "stażem" w ZUS-ie.
Zła jest taka, że Twoje małżeństwo to toksyk a dokładniej toksyczny trójkąt, czyli nieodcięta pępowina, wyższość mamy jako wyroczni nad żoną, szantaż emocjonalny, manipulacje i wszelkiej maści inne destrukcyjne działania na psychikę człowieka.
Pokażę Ci to toksyczne działanie na Twoim poście:
Nie wiem czy się boję czegoś, czy wstydzę przyznać i powiedzieć głośno że przegrałam swoje życie. Ja już nie umiem sobie poradzić z tymi przeciwnościami jakie mnie dotykają to tak boli, a zarazem wpędza w coraz większe poczucie winy... efekt uboczny i zarazem główny - szantaż emocjonalny, manipulacje i wszelkiej maści inne destrukcyjne działania na psychikę człowieka. Poczucie winy i wszystko co złe to JA, masakra.
... Kiedy próbowałam kontrować jego wypowiedzi dochodziło do coraz większych kłótni, a tym samym coraz bardziej jego zachowanie wobec mnie i wypowiadane słowa(wyzwiska) sprawiły że coraz bardziej traciłam zaufanie , wiedziałam że nie mam wsparcia ani oparcia w nim.Nie mogłam na niego liczyć w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Wszystko było i jest teraz całkowicie na mojej głowie. Utrzymanie i prowadzenie gosp domowego jego nie interesowało tylko każda podejmowana rozmowa to finalizowana daj mi papierosy- jakby miał to i wagon naraz by wypalił tak się zrobiło po udarze, nie interesuje go czy są pieniądze na to czy nie...
Standardowe traktowanie kobiety... jesteś od wszystkiego - łącznie z seksem - a pozostałym ważne są tylko ich potrzeby. Przysłowiowa dziewczynka na posyłki.
...Niestety mieszkam razem z teściami , a to jest oczko w głowie mamusi i dla niego od dawna zawsze byłam następna w kolejce do okazywania i miłości i szacunku. Mamusia jak by mogła to jabłko by pogryzła i dała do buzi, bo syn jest chory i trzeba się nim nadzwyczaj opiekować i zajmować . Moja strona życia się nie liczy ja powinnam robić tak wszystko jak jest przez nią umyślone i ma sie podobać synusiowi bo jak nie to won ty ku..... bo tylko się pierd... cały czas i nic nie robisz przecież ty tu nic nie masz . To są wypowiedzi i męża, za długo by o tym pisać poza tym jak to przerabiam to łza łzę wyciska i nie widać klawiszy. Wszystko trwa już 13 lat....
Toksyczna matka... nic dodać nic ująć.
Co dalej.... Zostawić to wszystko-tyle mojej pracy i na wynajem...Mam trzech pełnoletnich synów 2 z nich są żonaci. Nie chcą już o tym mówić. Jestem sama ze sobą i swoimi myślami. Najgorsze co powiedzą ludzie ,czy nie będą wytykać palcami że zostawiła chorego i poszła w cug. Ja już wiem że nie mam siły dalej walczyć z nimi wszystkimi i udawadniać że czarne to czarne a białe to białe. W końcu z czego mam się całe życie tłumaczyć jak jestem zgodna z własnym sumieniem, że też mam prawo oddychać bez niczyjego pozwolenia. Zycie w ostatnim czasie i tak upływa mi w samotności bo on przecież nigdzie nie wyjdzie i nie pojedzie chociaż pomimo paraliżu prawostronnego dobrze sobie radzi i wiele potrafi sobie zaradzić i zrobić dzięki mojej zaradności (rehabilitacje, ćwiczenia, sanatoria). Nikt mi nie pomagał o wszystko musiałam wystarać sama. Tylko wysłuchiwałam komentarze jeszcze że i tak za mało, a w ogóle to przeze mnie jest chory i koniec.To ja go doprowadziłam do takiego stanu. I cała rodzina jego jak nasłucha się tych opowieści no to jak w ogóle ze mną można rozmawiać ...............W środowisku jestem postrzegana zupełnie inaczej co na każdym kroku mogę to odczuć, a mimo to czegoś się boję mam jakieś obawy , niepewność jutra....... Uważam że jestem zaradnym człowiekiem. Dotychczas wszystko prowadziłam sama i zabiegałam o wszystko sama. Dlatego że przebywanie w tym domu jest dla mnie koszmarem coraz więcej poświęcam czasu pracom społecznym, co też jest odczytywane że zostawiam męża samego i ciągle mnie nie ma w domu.Uciekam do ludzi ale czy to jest też dobra droga . Nic już nie wiem tak naprawdę co jest dobre a co złe. Wiem że jestem suką, wredną ździrą............ Proszę o kontakt porady pogadanie bo ze sobą już mam problem rozgadać się a te myśli............. Przepraszam za styl i haos ale udało się coś więcej powiedzieć. teresa
Po pierwsze - wiem że to brutalnie zabrzmi - musisz się odciąć od wszystkich łącznie z mężem. Nie wiem, wyprowadzka, separacja - jeśli nie chcesz rozwodu a walka o normalność ludzką w takim "związku" dla Ciebie jako człowieka to na prawdę koszmarna walka.
Mogę się tu pokusić o brutalne określenie Ciebie, że jesteś teraz psychicznie nikt inny jak wrak człowieka. Wiem to po sobie... też przerabiam toksyczny trójkąt po 9 miesiącach małżeństwa z wątkiem również na tym forum - "toksyczny trójkąt z teściową", będąc jakieś 16 lat młodszym od Ciebie.
Szukaj pomocy u psychologa - tylko nie robiącego tego z ogłoszenia w stylu taśmowym na odwal i "następny proszę"; tu jest potrzebny Tobie na prawdę specjalista, terapia, terapeutyczne grupy wsparcia, poradnie rodzinne nawet przy parafiach.
Jeśli jesteś -tak jak ja - po ślubie kościelnym polecam katolickie forum Sychar:http://www.kryzys.org/viewforum.php?f=2
Poczytaj sobie wątek toksyczni teściowie - nieodcięta pępowina. tam jest dużo wiadomości o tej tematyce.
Mimo wszystko życzę Ci powodzenia...
Witam jestem tutaj nowy proszę o poradę .
Byłem ze swoją dziewczyną 5 lat zostawiła mnie z dnia na dzień bez konkretnego wytłumaczenia nie brakowało jej niczego miała ciężko w domu starałem jej w tym pomóc proszę o wytłumaczenie
Proszę o pomoc
Witam jestem tutaj nowy proszę o poradę .
Byłem ze swoją dziewczyną 5 lat zostawiła mnie z dnia na dzień bez konkretnego wytłumaczenia nie brakowało jej niczego miała ciężko w domu starałem jej w tym pomóc proszę o wytłumaczenie
ale co my ci mamy wytłumaczyć?
przecież nie znamy ciebie, twojej dziewczyny.. nie znamy waszej relacji
jesli chcesz się z nami podzielić swoimi przemysleniami i opisac sytuacje, to to zrób.. ale "nie ma dwóch takich samych historii"
Ok
To rozstanie nie było zwykłe jak wszystkie wszystko się stało jakiś miesiąc temu byliśmy na imprezie wszystko było fajnie pięknie buziaki przytulanie i wszystko co można chcieć po imprezie pojechaliśmy do domu jak zawsze na drugi dzień idziemy sobie spacerkiem wokół jeziora jak zawsze w pewnym momencie zaczyna się smucić zabiera swoją rękę i mówi do mnie że to już koniec i zaczyna płakać przytula się do mnie i płacze staram się od niej dowiedzieć dlaczego ale nie chce mi powiedzieć zostawiła mnie i uciekła spotykam ją wieczorem a ona mi mówi że może dać mi szanse chociaż dalej nie wiem o co chodzi na drugi dzień znowu że nie i zaczyna sie rozmowa że che odpocząc że ma problemy w domu prze zemnie i wogle dawała mi nadzieje przez ostatnie 3 tygodnie ale znowu coś jest nie tak i teraz zadaje sie z inny pogubiłem sie w tym wsztstkim
Czy jestem winny tego wszystkiego że za dobrze ją traktowałem
Pierzak1, bardzo proszę, żebyś zapoznał się z naszym regulaminem, zwłaszcza, że nagminnie go łamiesz. Nie pisz, proszę, postów jeden pod drugim, a jeśli chcesz coś dopisać użyj opcji ,,edytuj", o czym mówi 12 punkt wspomnianego regulaminu. Ponadto swój problem powinieneś opisać w swoim odrębnym wątku, bo przyklejając się do czyjegoś odciągasz uwagę od problemu Autorki. Z góry dziękuję za dostosowanie się do prośby i pozdrawiam, Mod. Olinka