mam 38 lat, męża od 11 lat, znamy się ponad pół życia, mamy dwójkę dzieci (10, 6)
byliśmy dość dobrym małżeństwem. Mąż kariera, ja praca zawodowa 8-16, dom i dzieci...
finansowo bardzo dobrze, choć kredyt na mieszkanie na 30 lat.
nasza rodzina na zewnątrz funkcjonowała jak w zegarku. mąż zarabiał, dbał o nasz byt i przyszłość.
zatracił się w robieniu kariery, w wyścigu szczurów, w chęci posiadania więcej (twierdząc, że dla rodziny).
byłam przy nim i wspierałam w podejmowaniu nowych wyzwań, w osiąganiu kolejnych tytułów, w pięciu się w górę.
poczułam się sama. sama mentalnie, emocjonalnie. prosiłam o rozmowę, o chwilę zastanowienia nad naszym życiem, o refleksję.
on nie widział problemu - przecież mieliśmy wszystko...piękne mieszkanie, wakacje, ferie, narty, tenis...bajka.
jestem niezwykle emocjonalną osobą. potrzebuję bliskości, dotyku, zrozumienia, zauważenia. nie dane mi było otrzymywać od męża choć odrobiny uwagi. mąż jest rozedrgany emocjonalnie, niestabilny, raczej pesymistyczny, wiecznie zmęczony. w końcu i ja byłam zmęczona naszą relacją, na zewnątrz piękny obrazek, w relacji zima.
płakałam a on odwracał się plecami do mnie. trwało to ok 2 lata, może 1 1/2 roku.
na imprezie u przyjaciółki, na którą pojechałam sama spotkałam kumpla sprzed lat. byliśmy kiedyś parą przez krótki czas.
przegadaliśmy całą noc, potem zaczęły się smsy, maile, spotkania.
jest do mnie blizniaczo podobny, jesteśmy optymistami, chcemy od życia tego samego a od związku partnerstwa, szczerości, przyjaźni, zaufania. chce być ze mną a ja z nim. czy mam prawo?
Podobne tematy
Oczywiście, że masz prawo odmienić swoje życie tak, żeby być szczęśliwą, ale zanim zaczniesz nowe nie zapomnij pozamykać starego.
Poza tym radziłabym się zastanowić nad tak pochopnymi decyzjami, bo to chyba za krótka znajomość, żeby mieć jako taką pewność, że oboje naprawdę chcecie być razem.
Na razie działa chyba tylko fascynacja.
mam 38 lat, męża od 11 lat, znamy się ponad pół życia, mamy dwójkę dzieci (10, 6)
byliśmy dość dobrym małżeństwem. Mąż kariera, ja praca zawodowa 8-16, dom i dzieci...
finansowo bardzo dobrze, choć kredyt na mieszkanie na 30 lat.
nasza rodzina na zewnątrz funkcjonowała jak w zegarku. mąż zarabiał, dbał o nasz byt i przyszłość.
zatracił się w robieniu kariery, w wyścigu szczurów, w chęci posiadania więcej (twierdząc, że dla rodziny).
byłam przy nim i wspierałam w podejmowaniu nowych wyzwań, w osiąganiu kolejnych tytułów, w pięciu się w górę.
poczułam się sama. sama mentalnie, emocjonalnie. prosiłam o rozmowę, o chwilę zastanowienia nad naszym życiem, o refleksję.
on nie widział problemu - przecież mieliśmy wszystko...piękne mieszkanie, wakacje, ferie, narty, tenis...bajka.
jestem niezwykle emocjonalną osobą. potrzebuję bliskości, dotyku, zrozumienia, zauważenia. nie dane mi było otrzymywać od męża choć odrobiny uwagi. mąż jest rozedrgany emocjonalnie, niestabilny, raczej pesymistyczny, wiecznie zmęczony. w końcu i ja byłam zmęczona naszą relacją, na zewnątrz piękny obrazek, w relacji zima.
płakałam a on odwracał się plecami do mnie. trwało to ok 2 lata, może 1 1/2 roku.
na imprezie u przyjaciółki, na którą pojechałam sama spotkałam kumpla sprzed lat. byliśmy kiedyś parą przez krótki czas.
przegadaliśmy całą noc, potem zaczęły się smsy, maile, spotkania.
jest do mnie blizniaczo podobny, jesteśmy optymistami, chcemy od życia tego samego a od związku partnerstwa, szczerości, przyjaźni, zaufania. chce być ze mną a ja z nim. czy mam prawo?
Prawo masz, ale czy odpowiedziałaś sobie szczerze na pytanie czy już na pewno nie chcesz ratować tego małżeństwa, nie zależy ci na nim, i gdzie w tym wszystkim jest także twoja wina, która doprowadziła was tu gdzie jesteście. A jak długo trwa twój romans?
wina jest zawsze pośrodku i mam tego wielką świadomość. moją winą jest to, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się emocjonalne (a to przecież dużo większy problem niż zdrada fizyczna) do innej osoby. tłumaczę się sama przed sobą (nie wiem czy mam prawo, mam też wielkie poczucie winy), że mówiłam mężowi o swoich potrzebach, o tym, ze mnie nie zauważa, nie widzi we mnie kobiety, a on to zignorował. trwałam w tej sytuacji półtora roku na pewno.
romans (pewnie takiego słowa można użyć, mimo, iż relacja nie wyszła poza emocjonalną) trwa 4 miesiące. rozmawiamy godzinami o wszystkim, o dzieciach, o możliwości wspólnego życia, jak je sobie wyobrażamy.
nie jestem w stanie być blisko męża, denerwuje mnie wszystko co robi. powiedzieliśmy sobie bardzo dużo złych rzeczy i mam wrażenie, że tylko mówiliśmy, a nie słuchaliśmy się wzajemnie.
prosiłam męża, aby jeśli widzi dla nas szansę pokazał mi ją, przekonał mnie, że potrafimy jeszcze być razem szczęśliwi (nie chodzi mi o słowa tylko o czyny), ale on twierdzi, że robię z siebie księżniczkę udzielną.
uważacie, że ma racje?
wina jest zawsze pośrodku i mam tego wielką świadomość. moją winą jest to, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się emocjonalne (a to przecież dużo większy problem niż zdrada fizyczna) do innej osoby. tłumaczę się sama przed sobą (nie wiem czy mam prawo, mam też wielkie poczucie winy), że mówiłam mężowi o swoich potrzebach, o tym, ze mnie nie zauważa, nie widzi we mnie kobiety, a on to zignorował. trwałam w tej sytuacji półtora roku na pewno.
romans (pewnie takiego słowa można użyć, mimo, iż relacja nie wyszła poza emocjonalną) trwa 4 miesiące. rozmawiamy godzinami o wszystkim, o dzieciach, o możliwości wspólnego życia, jak je sobie wyobrażamy.
nie jestem w stanie być blisko męża, denerwuje mnie wszystko co robi. powiedzieliśmy sobie bardzo dużo złych rzeczy i mam wrażenie, że tylko mówiliśmy, a nie słuchaliśmy się wzajemnie.
prosiłam męża, aby jeśli widzi dla nas szansę pokazał mi ją, przekonał mnie, że potrafimy jeszcze być razem szczęśliwi (nie chodzi mi o słowa tylko o czyny), ale on twierdzi, że robię z siebie księżniczkę udzielną.
uważacie, że ma racje?
Skoro myślisz, że nie ma szans, to składaj papiery o rozwód, zanim to wszystko wymknie się spod kontroli. Może w tym czasie mąż się ocknie, a może w Tobie coś drgnie.
A jeśli nie, to zaczniesz nowe życie, ponoć mamy je tylko jedno więc warto przeżyć je szczęśliwie.
No, ale to moje zdanie.
wina jest zawsze pośrodku i mam tego wielką świadomość. moją winą jest to, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się emocjonalne (a to przecież dużo większy problem niż zdrada fizyczna) do innej osoby. tłumaczę się sama przed sobą (nie wiem czy mam prawo, mam też wielkie poczucie winy), że mówiłam mężowi o swoich potrzebach, o tym, ze mnie nie zauważa, nie widzi we mnie kobiety, a on to zignorował. trwałam w tej sytuacji półtora roku na pewno.
romans (pewnie takiego słowa można użyć, mimo, iż relacja nie wyszła poza emocjonalną) trwa 4 miesiące. rozmawiamy godzinami o wszystkim, o dzieciach, o możliwości wspólnego życia, jak je sobie wyobrażamy.
nie jestem w stanie być blisko męża, denerwuje mnie wszystko co robi. powiedzieliśmy sobie bardzo dużo złych rzeczy i mam wrażenie, że tylko mówiliśmy, a nie słuchaliśmy się wzajemnie.
prosiłam męża, aby jeśli widzi dla nas szansę pokazał mi ją, przekonał mnie, że potrafimy jeszcze być razem szczęśliwi (nie chodzi mi o słowa tylko o czyny), ale on twierdzi, że robię z siebie księżniczkę udzielną.
uważacie, że ma racje?
Trudno to ocenić i stwierdzić jednoznacznie,znamy tylko część Twojej prawdy...a medal ma dwie strony.Budujesz w swojej głowie na razie wizję,która tylko prawdopodobnie jest podobna do tej,którą przedstawia Twój znajomy.Prawdopodobnie,ponieważ to, czy łączą Was te wszystkie rzeczy,będziesz mogła stwierdzić dopiero wtedy,kiedy rozpoczniesz z Nim życie,które nie polega na "teoretyzowaniu" czy wyobrażeniu.
Powiedz, że chcesz odejść zobacz jego reakcje to pierwsza sprawa. Druga z doświadczenia bliskiej mi osoby- Nie układało jej się z mężem pojawił się On. Fascynacja rozmowy adoracja i te wszystkie inne (sama wiesz o co chodzi). Zbliżyli się, zakochali, chcieli być razem, mąż się dowiedział o wszystkim i zawalczył o nią. Małżeństwem pozostali, na początku płacz i tęsknota za "kochankiem". Minął rok okazało się, że do kochanka kompletnie nic już nie czuje a małżeństwo dalej przeżywa kryzys. I wcale nie pojawił się nikt nowy. Ona jest po prostu nieszczęśliwa w małżeństwie i nie chodzi o inną osobę. Może u Ciebie jest podobnie? Za szybko to płynie z tym nowym facetem. Odpowiedz sobie na pytanie czy to jego szukałaś czy szukasz powodu żeby wyrwać się od męża. To bardzo ważny aspekt.
tak czuję, że powinnam się rozstać, ale....martwię się o dzieci....one kochają tatę bardzo....nie chcę im tego robić. jednocześnie wiem, że jeśli ja nie będę szczęśliwa, i będzie taka atmosfera w domu jak jest, to na dzieicach się tez to nie odbije najlepiej.
szamoczę się strasznie, mam prawie 40 lat a zachowuję się jak dziecko we mgle.
mąż zna sytuację i teraz szaleje. przechodzi przez wszystkie etapy: agresji, smutku, zastraszania, odcinania od pieniędzy a teraz mnie osacza swoją nagłą miłością. duszę się i chcę uciekać.
masakra. poza tym kredyt.
no i rodzina...cała przeciwko mnie, nawet moi rodzice, bo przecież nie pije i nie bije...
filetzkociaka napisał/a:wina jest zawsze pośrodku i mam tego wielką świadomość. moją winą jest to, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się emocjonalne (a to przecież dużo większy problem niż zdrada fizyczna) do innej osoby. tłumaczę się sama przed sobą (nie wiem czy mam prawo, mam też wielkie poczucie winy), że mówiłam mężowi o swoich potrzebach, o tym, ze mnie nie zauważa, nie widzi we mnie kobiety, a on to zignorował. trwałam w tej sytuacji półtora roku na pewno.
romans (pewnie takiego słowa można użyć, mimo, iż relacja nie wyszła poza emocjonalną) trwa 4 miesiące. rozmawiamy godzinami o wszystkim, o dzieciach, o możliwości wspólnego życia, jak je sobie wyobrażamy.
nie jestem w stanie być blisko męża, denerwuje mnie wszystko co robi. powiedzieliśmy sobie bardzo dużo złych rzeczy i mam wrażenie, że tylko mówiliśmy, a nie słuchaliśmy się wzajemnie.
prosiłam męża, aby jeśli widzi dla nas szansę pokazał mi ją, przekonał mnie, że potrafimy jeszcze być razem szczęśliwi (nie chodzi mi o słowa tylko o czyny), ale on twierdzi, że robię z siebie księżniczkę udzielną.
uważacie, że ma racje?Trudno to ocenić i stwierdzić jednoznacznie,znamy tylko część Twojej prawdy...a medal ma dwie strony.Budujesz w swojej głowie na razie wizję,która tylko prawdopodobnie jest podobna do tej,którą przedstawia Twój znajomy.Prawdopodobnie,ponieważ to, czy łączą Was te wszystkie rzeczy,będziesz mogła stwierdzić dopiero wtedy,kiedy rozpoczniesz z Nim życie,które nie polega na "teoretyzowaniu" czy wyobrażeniu.
Otóż to.
I albo trzeba się odważyć i zaryzykować skoro czujemy, że to jest to albo być gotowym na życie dla samej siebie i ponieść wszelkie konsekwencje naszego wyboru.
Podejmując jakąkolwiek decyzję gwarancji na zadwalający efekt nie ma.
Na pewno nie wolno postępować na zasadzie małpki, która nie puści jednej gałęzi zanim mocno nie chwyci drugiej, bo to obrzydliwe i podłe względem drugiego człowieka
tak czuję, że powinnam się rozstać, ale....martwię się o dzieci....one kochają tatę bardzo....nie chcę im tego robić. jednocześnie wiem, że jeśli ja nie będę szczęśliwa, i będzie taka atmosfera w domu jak jest, to na dzieicach się tez to nie odbije najlepiej.
szamoczę się strasznie, mam prawie 40 lat a zachowuję się jak dziecko we mgle.
mąż zna sytuację i teraz szaleje. przechodzi przez wszystkie etapy: agresji, smutku, zastraszania, odcinania od pieniędzy a teraz mnie osacza swoją nagłą miłością. duszę się i chcę uciekać.
masakra. poza tym kredyt.
no i rodzina...cała przeciwko mnie, nawet moi rodzice, bo przecież nie pije i nie bije...
Będzie trudno, ale coś trzeba będzie zrobić, a z mężem rozmawiaj do skutku.
Innymi się nie przejmuj, bo to nie oni poniosą skutki Twojego wyboru, te rzeczy musisz załatwić z mężem i dziećmi.
Dużo siły będzie Ci potrzeba.
Powiedz, że chcesz odejść zobacz jego reakcje to pierwsza sprawa. Druga z doświadczenia bliskiej mi osoby- Nie układało jej się z mężem pojawił się On. Fascynacja rozmowy adoracja i te wszystkie inne (sama wiesz o co chodzi). Zbliżyli się, zakochali, chcieli być razem, mąż się dowiedział o wszystkim i zawalczył o nią. Małżeństwem pozostali, na początku płacz i tęsknota za "kochankiem". Minął rok okazało się, że do kochanka kompletnie nic już nie czuje a małżeństwo dalej przeżywa kryzys. I wcale nie pojawił się nikt nowy. Ona jest po prostu nieszczęśliwa w małżeństwie i nie chodzi o inną osobę. Może u Ciebie jest podobnie? Za szybko to płynie z tym nowym facetem. Odpowiedz sobie na pytanie czy to jego szukałaś czy szukasz powodu żeby wyrwać się od męża. To bardzo ważny aspekt.
Być może. może faktycznie trudno to ocenić, ale.....to jest ciepły człowiek, uroczy, zwracający uwagę na szczegóły, znam jego dom, jego rodziców, wiem kim jest. ale oczywiście to tylko życie może zweryfikować moją decyzję.
mój mąż ma niewątpliwie wiele zalet (i wiele wad), pewnie dokładnie tak jak ja...problem w tym, że jestem on niego mentalnie i emocjonalnie, o fizycznej stronie nie mowiąc (seks nigdy nam nie wychodził za dobrze, ale przeciez nie to jest najważniejsze w związku).
Ale właśnie o to chodzi. Wady męża widzisz bo jesteście razem x lat a wad tego drugiego nie bo nie jesteście razem. Nie wiesz jakie ma faktyczne podejście do pieniądza, jak Twoje dzieci go zaakceptują (a uwierz wtedy na 100% nie będziesz szczęśliwa jak ona go znienawidzą...). No nie wiem ja generalnie nie jestem zwolennikiem rozbijania małżeństw bo "ktoś"się pojawił. Jest Ci źle odejdź wcześniej, a nie jak kogoś poznasz i zawsze to samo tłumaczenie "w moim małżeństwie źle się dzieje". Skoro jest źle to czemu nie odeszłaś wcześniej tylko teraz masz takie myśli? Bo pojawił się ten drugi? I przepraszam, że to napiszę, ale jak pojawiają się dzieci to trzeba wyzbyć się egoizmu. Podjęłaś decyzję o ślubie przypuszczam z miłości i świadomie. Logiczne jest, że nie będzie w kółko motylków z tym następnym sielanka też się w końcu skończy.W ten sposób możemy w kółko zmieniać partnerów. Mam wrażenie, że jest moda/epidemia/plaga rozwodowa. Rozwiodę się bo mąż/żona mnie nie rozumie. Kryzys kryzysem, ale bez przesady...Po co w ogóle zawierać małżeństwa...
13 2015-08-07 15:17:27 Ostatnio edytowany przez lifrinat (2015-08-07 15:17:37)
wina jest zawsze pośrodku i mam tego wielką świadomość. moją winą jest to, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się emocjonalne (a to przecież dużo większy problem niż zdrada fizyczna) do innej osoby. tłumaczę się sama przed sobą (nie wiem czy mam prawo, mam też wielkie poczucie winy), że mówiłam mężowi o swoich potrzebach, o tym, ze mnie nie zauważa, nie widzi we mnie kobiety, a on to zignorował. trwałam w tej sytuacji półtora roku na pewno.
romans (pewnie takiego słowa można użyć, mimo, iż relacja nie wyszła poza emocjonalną) trwa 4 miesiące. rozmawiamy godzinami o wszystkim, o dzieciach, o możliwości wspólnego życia, jak je sobie wyobrażamy.
nie jestem w stanie być blisko męża, denerwuje mnie wszystko co robi. powiedzieliśmy sobie bardzo dużo złych rzeczy i mam wrażenie, że tylko mówiliśmy, a nie słuchaliśmy się wzajemnie.
prosiłam męża, aby jeśli widzi dla nas szansę pokazał mi ją, przekonał mnie, że potrafimy jeszcze być razem szczęśliwi (nie chodzi mi o słowa tylko o czyny), ale on twierdzi, że robię z siebie księżniczkę udzielną.
uważacie, że ma racje?
A nie myśleliście na przykład o separacji. Na rok. Przez rok można dużo sobie poukładać, przemyśleć. Nie szłabym w nieznane z kimś, kogo znam dopiero 4 miesiące.
A Twój przyjaciel ma rodzinę?
A Twój przyjaciel ma rodzinę?
nie, nie ma.
Ale właśnie o to chodzi. Wady męża widzisz bo jesteście razem x lat a wad tego drugiego nie bo nie jesteście razem. Nie wiesz jakie ma faktyczne podejście do pieniądza, jak Twoje dzieci go zaakceptują (a uwierz wtedy na 100% nie będziesz szczęśliwa jak ona go znienawidzą...). No nie wiem ja generalnie nie jestem zwolennikiem rozbijania małżeństw bo "ktoś"się pojawił. Jest Ci źle odejdź wcześniej, a nie jak kogoś poznasz i zawsze to samo tłumaczenie "w moim małżeństwie źle się dzieje". Skoro jest źle to czemu nie odeszłaś wcześniej tylko teraz masz takie myśli? Bo pojawił się ten drugi? I przepraszam, że to napiszę, ale jak pojawiają się dzieci to trzeba wyzbyć się egoizmu. Podjęłaś decyzję o ślubie przypuszczam z miłości i świadomie. Logiczne jest, że nie będzie w kółko motylków z tym następnym sielanka też się w końcu skończy.W ten sposób możemy w kółko zmieniać partnerów. Mam wrażenie, że jest moda/epidemia/plaga rozwodowa. Rozwiodę się bo mąż/żona mnie nie rozumie. Kryzys kryzysem, ale bez przesady...Po co w ogóle zawierać małżeństwa...
problem w tym, że się zmieniamy i że nie pamiętamy o tym, że zmiana jest naturalna i że zawsze, ale to zawsze o relację trzeba dbać.
"na imprezie u przyjaciółki, na którą pojechałam sama spotkałam kumpla sprzed lat. byliśmy kiedyś parą przez krótki czas"
Dlaczego wtedy Wam nie wyszło?
18 2015-08-07 16:02:49 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2015-08-07 16:04:00)
I tak źle, i tak niedobrze, i tak kłuje w zęby. Z jednej strony masz za złe mężowi, że skoncentrował się na zarabianiu pieniędzy, z drugiej strony z tych pieniędzy korzystasz (piękne mieszkanie, wakacje, ferie, narty, tenis oraz Twa informacja, że to on dbał o wasz byt i waszą przyszłość). Z jednej strony winisz go za brak zainteresowania, z drugiej - gdy zmienił zachowanie i zgodnie z Twoją prośbą przekonuje, że potraficie być szczęśliwi - oskarżasz go o osaczanie. Z jednej strony - on teoretycznie zimny i nieczuły, chwiejny emocjonalnie, z drugiej - Ty niezwykle emocjonalna. I tak dalej, i tak dalej....
Czteromiesięczny romans? Nic dziwnego, że dogadujesz się z tym panem w try miga, że motylki fruwają, że od feromonów aż gęsto. Klasyka, czasem nazywana ryczącą czterdziestką.