Witam wszystkich serdecznie ![]()
jestem tutaj nowa, postanowiłam napisac, bo widzę, że to jedyne normalne forum, na którym można liczyc na szczerą odpowiedź i pomoc.
Historia jest długa, ale postaram się ją strescic na tyle, na ile to możliwe.
Z moją miłością poznaliśmy się ponad 2,5 roku temu, kiedy ja poszłam na studia. Obydwoje byliśmy po kilkumiesięcznych przerwach po porzednich związkach, więc już przygotowani na nowe. Obydwoje twierdzimy, że była to miłośc od pierwszego wejrzenia, ja po pierwszym spotkaniu jego, wiedziałam, że musi byc moj, podobnie on chciał od początku mnie. Spotykaliśmy się przez misiąc, po kilku spotkaniach byliśmy parą, niesamowicie zachłyśnięci sobą, zaptrzeni, zakochani. Stan sielanki trwał 1,5 roku. Bezwględnie oddani, zakochani, pewnie. Zgodnie twierdziliśmy i powtarzaliśmy sobie, że jesteśmy swoją pierwszą miłością, że tak naprawde pierwszy raz kochamy, że pierwszy raz czujemy tą pewnosc ze to właśnie ta osoba, zero wątpliwości, byliśmy przekonani od początku, że chcemy spędzic ze sobą całe życie.
Po 1,5 roku, nagle, znikąd, przyszedł wieczorem i powiedział, że musimy się roztsac. Powody: jesteśmy z dwóch innych światów i kompletnie do siebie nie pasujemy, inaczej wyobrażamy sobie przyszłośc, inaczej spędzamy wolny czas, lubimy troche inne rzeczy. Podobno przez pierwszy rok był tak zakochany ze tego nie widział, dopiero z czasem powychodziło i wyciągnął takie wnioski. Ale oczywiście dalej mnie kocha. W skrócie, wtedy: mój płacz, jego 4 dniowe wytrwanie w postanowieniu, po tygodniu wrócił, bo przecież zyc beze mnie nie może. I znowu sielanka, do września. Wrzesień, powtórka. I tak ciągle do dziś. Rozstawaliśmy się już kilka razy, on za każdym razem wracał twierdząc, że spróbujemy jeszcze ten jeden raz, coś zmienimy, że mnie kocha i nie wytrzyma beze mnie. Ja przy każdym rozstaniu zasypywalam go smsami, że jak może tak łatwo rezygnowac, przecież tyle przeszliśmy razem, tak się mocno kochamy etc.
Tyle, że ostatnio powodem naszego rozstawania było to, że ja narzekałam na jego brak czasu dla mnie. Naprawde od lutego tego roku ma czasu coraz mniej, zajął się bardzo sportem, sypiał u mnie raz w tygodniu, czasem widywaliśmy się na całe popołudnie, czasem wieczorem, 2-4 godziny, różnie. Generalnie codziennie, ale dla mnie mało. Wiem, że on jest człowiekiem który potrzebuje dużo przestrzeni i czasu dla siebie, to troche typ samotnika, ale skoro kiedyś spędzał ze mną każdą chwile, to dlaczego nagle nie może i ucieka od tego, prawda?
Przedostatnie rozstanie było 3 tyg temu, wrócił po 2 dniach przekonany, że tym razem będzie lepiej, obiecał, że się postara bardziej, będzie miał więcej czasu, przecież mnie kocha.
Gówno prawda, było podobnie. I ta sama sytuacja tydzień temu, on przychodzi wieczorem, ja narzekam, że jest tak jak zawsze, ze nie ma dla mnie czasu, czy jemu to wystarcza czy jemu taki związek odpowiada. On oczywiście, że nie. Chcialby to zmienic, ale nie potrafi, coś wygasło, wypaliło się, on nie potrafi i nie wie jak to zmienic, jest bezradny - musimy się rozstac definitywnie. I znowu. Myśle sobie, będzie jak zwykle.. Zawsze powtarzał, że trzeba w końcu definitywnie si rozstac, skoro tak długo nic się nie zmienia na lepsze.
I właśnie, tym razem to chyba jest to definitywnie. Rozeszliśmy się w piątek tydzień temu, najpierw moj płacz, jakieś smsy, ale tym razem był nieugięty, więc postanowiłam przyjac inna taktyke. Mianowicie, nie odzywam sie przez kilka dni, przestraszy sie i zobaczymy co będzie. No nie przestraszył się, odpisał mi później tylko jakieś marne smsy ze to naprawde koniec tym razem. Poszłam do niego w czwartek z zaskoczenia, bo na umówione spotkanie by się nie zgodził. Usłyszłam same krzywdzące rzeczy.
Ze to definitywny koniec, ze cos sie wypaliło, że ten cały tydzień tylko go w tym utwierdził, on nie tęsknił, nie myślał dużo o mnie, nie brakowało mu mnie, doszedł nawet do wniosku, ze przestał mnie kochac. Nie mówi, że w tydzień przestał mnie kochac, nie wie kiedy się to stało, ale ten tydzień beze mnie go o tym przekonał. Nie daje mi nadziei absolutnie na nic, nie chce żadnego kontaktu ze mną, mówi ze nic z nas nie będzie, że ostatnio nawet nie miał ochoty spędzac ze mną tego czasu i stąd się to brało, bo się przy mnie nudzi, nie ma momentami i czym rozmawiac, nie ma ochoty ze mną wyjeżdżac i generalnie to nie to. Walczyliśmy rok czasu próbując coś zmienic, staraliśmy się, nie udało się, trzeba przyjac do wiadomosci, że ze sobą nie możemy byc szczesliwi. On wie, że ludzie moga byc bardziej dopasowani i kiedyś byc moze bedzie mu lepiej gdzie indziej. Ze czegoś mu w tym związku brakuje.
Takie coś usłyszałam.. Nie wiem czy mówi prawde, czy wmawia sobie, żeby było mu łatwie. Najbardziej nie chce mi się wierzyc w to, że mnie już przestał kochac. Ja kocham go niesamowicie i wiem, że jest mężczyzną mojego życia i wychodze z założenia, że jeśli ludzie bardzo chcą to w końcu będzie dobrze. Widocznie tylko on przestał już nawet chciec..
Pytanie do Was, co dalej? Czy on tym razem nie wróci? Czy dac mu spokój na jakiś czas i czekac aż zatęskni?
Obydwoje jesteśmy sowimi najlepszymi przyjaciółmi.
W czwartek jeszcze napisalam jednego smsa z podziękowaniem za cały nasz czas, odpisal, że też dziękuje i może kiedys bedziemy sie mogli normalnie spotkac. Później wieczorem dostałam smsa "zbyt dużo Ci się zwierzałem i zbyt duzo o mnie wiesz żeby ot tak przestac sie interesowac tym co u Ciebie" .
Wczoraj w nocy rozmawialiśmy na fejsie, tak normalnie, o jego nowym samochodzie, bez żadnego naszego temtu. Podobnie dziś rozmawialiśmy o jego zawodach wioślarskich, chwalił się jak mu poszlo etc.
Tylko po co dalej pisze, skoro sam mówił, że jego definitywnie nie ma i zero kontaktu dopóki wszystko się nie uspokoi?
Tzn ja wiem po co, bo jestem jego przyjaciółką i potrzebuje mi się wydagac, ale co dalej z tego wyniknie? Uświadomi sobie, że jednak osobno nie da rady i wróci? Czy może w ten sposób stopniowo sie przyzwyczaja, że jest mnie coraz mniej i traktuje jak przyjaciółkę tylko?
Jak go po tym wszystkim odzyskac. Ja wiem, że możemy byc razm szczęśliwi, bo byliśmy najabardzij na świecie, tylko coś się raz zepsuło i od tego czasu nie potrafimy tam wrócic, a teraz to on już stracił wszelką nadzieje i chęci.. Nie wiem, czy zapasc się pod ziemie na miesiąc i czekac aż zatęskni, czy też po trochu miec z nim kontakt, żeby nie potrafił się calkiem ode mnie odizolowac?
Pomocy ![]()