Muszę się gdzieś wyżalić, bo z roku na rok coraz gorzej sobie radzę ze swoją odwieczną samotnością. Jako jedynaczka od dziecka jestem do niej przyzwyczajona, można nawet powiedzieć że się od niej w pewnym sensie uzależniłam. Chciałabym mieć przyjaciół, ale dłuższe przebywanie w towarzystwie mnie męczy, gdyż czuję się gorsza, brzydsza, nudna, głupia. Jestem potwornie zakompleksiona, nieświadomie zaczynam się porównywać z każdą osobą, z którą rozmawiam po czym dochodzę do wniosku, że ta osoba nie potrzebuje się ze mną przyjaźnić, bo przecież ja nie umiałabym niczego wnieść do takiej znajomości swoją nieciekawą osobą...
Nigdy nie miałam przyjaciół. Dopiero w gimnazjum dane mi było poznać, jak to jest mieć koleżanki, lecz nie nacieszyłam się tym zbyt długo. W liceum z kolei zaprzyjaźniłam się z dziewczynami, które chociaż były bardzo sympatyczne, to jednak żyły w trochę innym świecie niż ja, miały w życiu inne priorytety. W związku z tym czułam, że do nich nie pasuję i zastanawiałam się, do czego w takim razie jestem im potrzebna, skoro nie potrafię dzielić z nimi zainteresowań. Doszłam do przykrego wniosku, że potrzebują tylko słuchacza, któremu będą imponowały ich kolejne podboje miłosne i ciekawe życie towarzyskie. Poczułam, że jestem nudna, że w moim życiu nic się nie dzieje, nie mam nic do powiedzenia.
Na studiach poznałam wielu sympatycznych ludzi i myślę, że mogłabym z nimi znaleźć wspólny język. Niestety przez ponad rok nie udało mi się z nikim zawrzeć bliższej znajomości. Nastąpiło to samo, co na wcześniejszych szczeblach edukacji: przyszłam na uczelnię pełna nadziei, że może wreszcie znajdę bratnią duszę, ale jak zwykle zostałam sama, patrząc tylko, jak wszyscy wokół dobierają się w mniejsze lub większe grupki. Patrzę tak nadal, zastanawiając się, o czym tak rozmawiają, co ich śmieszy, co sprawia, że zawsze są w takim doskonałym humorze? Czy ja potrafiłabym prowadzić tak długie rozmowy? Na pewno nie, przecież moje życie jest zbyt jałowe i nudne. Czasami wprawdzie podejmuję próbę włączenia się do jakiejś rozmowy, ale bardzo boli mnie ten dystans, jaki jest między mną a grupą. Wydaje mi się, że to przeszkoda nie do pokonania. Chciałabym się jakoś zżyć z ludźmi, ale czuję, że nie mam im nic do zaoferowania. Bo kto może potrzebować takiej małomównej, zakompleksionej nudziary, która nie ma własnego życia? Żadnych znajomych, żadnego doświadczenia, nawet na filmie się nie znam, co z tego, że dużo czytam, skoro nie sięgam po bestsellerowe pozycje, tylko przeważnie po wzruszające romansidła dla zabicia nudy. Muzyki słucham mało ambitnej, co się w środowisku studenckim nie ceni. Sport uprawiam we własnym pokoju, a całe wakacje spędziłam samotnie, snując się po mieście bez celu. Marzę o życiu towarzyskim, choć na co dzień staram się o tym nie myśleć, żeby się niepotrzebnie nie dołować i funkcjonować w miarę normalnie. Odrobina tego właśnie życia, której troszkę zakosztowałam, nie była dla mnie zbyt satysfakcjonująca: do koleżanek nie pasowałam, z chłopakiem się nie dogadałam, dawniej cudem uniknęłam wniknięcia w złe środowisko. Pocieszam się więc, że w tych przypadkach świadomy wybór samotności był ucieczką od czegoś toksycznego, szkodliwego. Jednak ta samotność sama w sobie źle na mnie działa. Taki, a nie inny plan zajęć powoduje, że cierpię na nadmiar wolnego czasu. Nie jestem w stanie non stop się uczyć i o ile wiosną i w lecie dla zdrowia i kondycji maszerowałam pieszo po całym mieście, to teraz nie pozwala mi już na to pogoda. Dopada mnie potworna bezczynność i depresja. Nie chce mi się sprzątać pokoju, cały dzień siedzę w piżamie i z niecierpliwością oczekuję końca weekendu, bo uczelnia jest jedynym miejscem, w którym mogę spotkać ludzi i zamienić z nimi chociaż parę słów. Męczy mnie to moje odosobnienie coraz bardziej.
Nie potrafię nikogo zagadnąć, bo czuję się zbyteczna, nie chcę się narzucać. Czuję się wybitnie nieatrakcyjna towarzysko. Nie potrafiłabym zaproponować znajomym z roku jakiegoś wspólnego wyjścia, bo boję się odmowy z ich strony.
Ostatnio znowu za często zdarza mi się myśleć o miłości. Chyba się za dużo naczytałam. Bardzo chciałabym znaleźć kogoś, kto by mnie pokochał i zaakceptował, kogoś z kim mogłabym podróżować po świecie, chodzić po górach i wpatrywać się w rozgwieżdżone niebo. Niestety nikt nie zabiega o moje względy, a ja sama nie podejmę pierwszego kroku, bo mój wewnętrzny krytyk przypomina mi: "Jesteś nudna i nieciekawa, nie masz nic do powiedzenia! Nie masz żadnego życia! Jesteś nikim! Jesteś nieśmiała, zakompleksiona, wyglądasz jak dziecko i nie masz biustu! Wstyd byłoby się do ciebie przyznać!"
Swoją drogą czy można marzyć o miłości, kiedy się nawet nie poznało, czym jest przyjaźń?
Nie umiem walczyć o swoje marzenia, bo przykra świadomość tego, kim jestem, blokuje mnie już na starcie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł mnie polubić. Zresztą ja sama siebie nie lubię. Dawniej lubiłam karmić się złudzeniami i nadziejami, wyobrażać sobie, że nagle staję się kimś innym, towarzyskim, dowcipnym, cenionym w towarzystwie. Czasem zdarza się to i dziś, ze słuchawkami na uszach, przy akompaniamencie ulubionych utworów, które poprawiają mi humor. Karcę się w myślach za takie wyobrażenia, które nie mają żadnego odniesienia do rzeczywistości.
Nie mam już siły tak żyć, każdą wolną chwilę spędzając samotnie. Zbliża się znienawidzony przeze mnie sylwester, którego jak zwykle spędzę w domu z rodzicami. Ciekawe, co znowu wymyślę, gdy ktoś na uczelni spyta, na jakiej byłam imprezie. Nigdy nie spędziłam sylwestra poza domem.
Z dnia na dzień coraz trudniej mi cieszyć się urokami życia i nie mam pojęcia, jak to zmienić. ![]()