mam taką historię, miłosną rzecz jasna, z którą nie do końca sobie radzę. chodzi o mężczyznę, którego znałam może nawet i długi, ale niezbyt dobrze i który nagle - ni z gruszki ni z pietruszki - spytał, czy za niego wyjdę. byłam w tak ciężkim szoku, że uznałam to za dobry żart. owszem, podobał mi się, nawet byłam nim zauroczona, to on zwrócił na siebie moją uwagę i starał się, jednak po drodze coś gdzieś umknęło, coś się rozmyło i przez jakieś pół roku nie odzywał się, po czym wyskoczył z oświadczynami. odpowiedziałam nie, a on tego samego dnia spytał znowu. nie rozmawialiśmy o tym, gdzieś każde zajęło się własnym życiem. ja w sobie nosiłam tę sytuację długo, zastanawiałam się czy nie powinniśmy porozmawiać, ale do rozmowy zaraz potem nie doszło. poza tym, teraz to widzę, byliśmy dziećmi. nie żałuję tej decyzji, bo naprawdę byłam niedojrzała i mało wiedziałam o świecie. historii ciąg dlaszy, kiedy spotkaliśmy się niechcący po jakichś dwóch czy trzech latach - na imprezie, pełno ludzi, nie było mieksca na rozmowę. niedługo potem również niechcący w jakimś barze, wtedy koleżanka, z którą przyszłam zostawiła nas i mogłam chociaż wydusić z siebie kilka słów, że pamiętam cały czas o tamtej sytuacji i nie jest do końca wyjaśniona, on na to, że nie ma problemu. niby miałam spokój na jakiś czas, ale wierzyć mi się do końca nie chciało. siadłam za jakiś czas (teraz już nie wiem, czy to parę miesięcy czy może rok) i napisałam do niego długi list - jak to wszystko wyglądało z mojej strony. odpisał (też zajęło to sporo czasu) równie długi. nie pamiętam czy to wtedy, czy później, zostawił mi swój numer telefonu. sprawa ucichła, myślałam, że skoro nasze drogi się rozeszły, nie ma sensu wracać, rozdrapywać ewentualnych ran i robić sobie niepotrzebne nadzieje.
JEDNAK
ja o nim nie zapomniałam, dzwoni gdzieś maleńki dzwoneczek, że może straciłam coś ważnego. układałam sobie życie, trochę nie wyszło, bywa. jestem optymistką i wierzę w lepsze jutro. tak się tylko zastanawiam, co u niego i czy jest cień szansy, że mogłabym naprawić chociaż to, że lepiej się poznamy i (najśmielsze marzenie) zobaczymy, czy udałoby nam się coś stworzyć razem
więc - ni z gruszki ni z pietruszki - napisałam do niego (minęło naprawdę sporo czasu, chyba jakieś trzy lata?), mysląc sobie, że nie mam niczego do stracenia. napisałam, że proszę o kontakt, wydawał się być nawet chętny do rozmowy, więc poprosiłam, żeby dał znać, kiedy będzie miał czas, to umówimy się na czacie, zgodził się, ma dać znać
czy jest cień szansy na to, że się odezwie??
czego ja bym chciała - spytać, co u niego, jak ułożył sobie życie, powymieniać się słowami, tylko tyle
napiszcie, co Wy o tym myślicie
pozdrawiam!!