Nie wiem czy taki wątek już był, przynajmniej ja go nie znalazłam. Zastanawiam się jednak czy ktoś też czasami ma takie odczucia jak ja. Teraz mam kryzys i szukam jakiegoś pocieszenia. Chodzi o to, że w moim życiu nic się nie dzieje... Każdy dzień jest taki sam i nic mnie nie cieszy. Skończyłam studia, mam pracę ale kasa na tyle marna, że nie pozwala mi się usamodzielnić i dalej muszę mieszkać z rodzicami co dodatkowo mnie dobija. Do tego nie mam faceta, niedługo nie będzie z kim na piwo wyjść bo dookoła już same pary z planami na przyszłość albo poukładanym życiem. Męczy mnie to, że nie ma na razie żadnych perspektyw na jakiekolwiek zmiany ![]()
Podobne tematy
Hmm, jeśli chcesz zmian związanych z pracą to może zacznij poszukiwania lepszej pracy na terenie całego kraju? Albo nawet poza nim? Zmiana otoczenia czasem pomaga iść na przód.
nie martw się:) ja jestem w podobnej sytuacji ,ale się nie załamuję ,jeżeli ma ktoś pojawić się w Twoim życiu -chodzi mi tu o mężczyznę to znajdzie się na pewno
musisz się może częściej z domku wychodzić do lodzi:))aa i nie spotykać się z parami zakochanych jaki to napisałaś ,bo to tylko dołuje,przyjdzie czas to pojawi się ktoś niespodziewanie, powodzenia:))
...Chodzi o to, że w moim życiu nic się nie dzieje... Każdy dzień jest taki sam i nic mnie nie cieszy...Do tego nie mam faceta, niedługo nie będzie z kim na piwo wyjść bo dookoła już same pary z planami na przyszłość albo poukładanym życiem. Męczy mnie to, że nie ma na razie żadnych perspektyw na jakiekolwiek zmiany
W twoim życiu nic się nie stanie jeżeli sama czegoś nie ruszysz. Ja jestem w podobnej sytuacji. Zawaliło mi się moje tak zwane życie. I męczy mnie szara codzienność. Ciągle to samo. Ci sami ludzie, to samo miasto, te same formy spędzania czasu... też brakuję mi perspektyw...jednak...
By wyjść z takiego marazmu trzeba poszukać jakiegoś sposobu by zmienić swoje życie. Ja wpadłem na pomysł by wyruszyć w podróż. Nie taką na dwa tygodnie do jakiegoś hotelu bo potem wrócę i będzie to samo. Myślę o wyprawie z prawdziwego zdarzenia, myślę o miesiącach, latach. Wyjadę w podróż do Chin (bo mnie interesuje ta kultura) i zwiedzę je wzdłuż i wszerz
Przy czym średnio mnie interesują zabytki albo współczesna architektura. Interesuje mnie społeczeństwo. Chce tam przebywać i ich poznawać. Wygląda na to że będę potrzebował się uczyć Chińskiego by było łatwiej poznawać tą kulturę... Jako że Chiny są długie i szerokie, nauka chińskiego zajmie dużo czasu, a moje zainteresowanie może też się rozszerzyć na inne kraje azjatyckie, więc najprawdopodobniej... nigdy nie wrócę.
...znajdź coś co zmieni wszystko dokoła ciebie...
Nie wiem czy taki wątek już był, przynajmniej ja go nie znalazłam. Zastanawiam się jednak czy ktoś też czasami ma takie odczucia jak ja. Teraz mam kryzys i szukam jakiegoś pocieszenia. Chodzi o to, że w moim życiu nic się nie dzieje... Każdy dzień jest taki sam i nic mnie nie cieszy. Skończyłam studia, mam pracę ale kasa na tyle marna, że nie pozwala mi się usamodzielnić i dalej muszę mieszkać z rodzicami co dodatkowo mnie dobija. Do tego nie mam faceta, niedługo nie będzie z kim na piwo wyjść bo dookoła już same pary z planami na przyszłość albo poukładanym życiem. Męczy mnie to, że nie ma na razie żadnych perspektyw na jakiekolwiek zmiany
Pocieszać Cię nie będę. Nie będę (choć umiem i lubię), bo żadnej Twojej biedy nie widzę.
Choć faktycznie, tragedia. Skończyłaś studia, masz pracę i płacę, masz gdzie mieszkać. Po prostu nad tak trudnym życiem można płakać i się zapłakać.
Dobija Cię mieszkanie z rodzicami.
To poszukaj mieszkania. Aaa, trzeba zapłacić. Przedziwne. Ale i na to jest sposób: weź dodatkową pracę, choćby sprzątanie. Albo zaopiekuj się starszą osobą w zamian za pokój.
Nic się nie dzieje w Twoim życiu? To "dzianie się" ma samo przypełznąć do Ciebie, czy wykażesz trochę inwencji? Co chcesz robić? Na co masz ochotę? Porozglądaj się, co jest dla Ciebie interesującego?
Przed chwilą, w innym wątku, napisałam już na temat "posiadania" faceta. Teraz tylko w skrócie. Mężczyźni (nie wiem jak, ale jednak) wyczuwają desperację u kobiety. Jeśli wyniuchają to, że mają być dla tejże kobiety panaceum na wszystko, to zwiewają, gdzie pieprz rośnie.
Wkurzyłam Cię?
To bardzo dobrze, złość niesie ze sobą dużo energii. Wykorzystaj ją do życia. Skończ wegetować.
Na każdym etapie życia można dokonać zmian. Tu akurat nie pleć bzdur, że nie ma perspektyw. Wiele zależy od tego jak do tego wszystkiego podejdziesz. Samo się nic nie zmienia, potrzeba do tego działania. Natomiast do działania potrzeba na pewno chęci. Poza tym, jeżeli Ty nie będziesz wierzyć w to, że zmienisz swoje życie jakoś, że zwiążesz się też z kimś, usamodzielnisz, znajdziesz lepszą pracę itd. itp. , no to faktycznie może się nic nie zmienić. I jeszcze jedno - lepiej być samemu niż być z kimś żeby nie być samemu. Także spokojnie.. bądź otwarta i cierpliwa i chciej chcieć.. Okres w jakim jesteś potraktuj jako przejściowy ale staraj się działać żeby wprowadzać jakieś zmiany w swoim życiu - np. rozglądaj się za lepszą pracą, umawiaj się na randki. Nic na siłę, a małe kroki w kierunku zmian można poczynić..
7 2011-08-28 12:05:48 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-08-28 12:06:18)
amfin,
przeczytałam dzisiaj Twoje posty w innych wątkach. Nie wycofuję ani jednego słowa z postu, który napisałam powyżej, są one moją odpowiedzią na treść Twojego.
Szkoda tylko, dla Ciebie, że napisałaś tutaj tylko fragment (i to najmniej istotny) swojej historii.
Skoro tak usilnie poszukujesz bliskiej Tobie osoby, osoby która byłaby dla Ciebie partnerem a zadowalasz się, wybacz, ochłapami, to może najwyższy czas sięgnąć po profesjonalną pomoc. Pomoc, która pomoże Tobie stworzyć adekwatną samoocenę, system wartości postawić na nogach, a Twoją sygnaturkę uczynić bardziej realną.
Trzymam kciuki.:)
I jeszcze jedno - lepiej być samemu niż być z kimś żeby nie być samemu. .
O tuż to.. Z jednej strony samotność może zniekształcić samoocenę ,wykoleić nawet, lecz ja zawsze powtarzałem by czas osamotnienia wykorzystać dla siebie,dokonać wnikliwej introspekcji.Dostrzec to co we mnie piękne,pomału budując fundament własnego JA ,wtedy bliżej jest do zrozumienia porad " bądź sobą" , "otwórz się na innych"itd.
Świat wewnętrzny budujemy w oparciu o świat zewnętrzny, jeżeli szaro "za oknem" szaro i w duszy czasem.. świetnym pomysłem w/w jest przeprowadzka,może na początek wczasy w nieznanych rejonach,by nie powielać tego co było wczoraj i nie gnuśnieć w betach dnia wczorajszego ![]()
pozdrawiam i życzę powodzenia
ps.
Mężczyźni (nie wiem jak, ale jednak) wyczuwają desperację u kobiety. Jeśli wyniuchają to, że mają być dla tejże kobiety panaceum na wszystko, to zwiewają, gdzie pieprz rośnie.
Czasem jest tak że swój trafi na swego a jeżeli by sytuację np. odwrócić facet/kobieta to ilu facetów zdobyło kobietę na litość? Wiesz wielokropku, postawiłaś faceta w dziwnym świetle ,naprawdę jesteśmy tacy znieczuleni?
Tylko, że ja nie jestem desperatką, nie szukam niczego na siłę. Spotykam wielu ludzi, mam znajomych, chodzę na imprezy ale Ci którzy interesują się mną nie koniecznie podobają się mi (i nie chodzi mi tu o sam wygląd, tylko o całokształt czyli zachowanie i podejście do życia).
Co do mojej samooceny to na zewnątrz jestem pewna siebie, silna i ze wszystkim sobie radzę (tak większość myśli), a w środku pustka i rozpacz. Być może wyniosłam to z domu, gdzie zawsze wszystko było źle i wszystkiemu byłam winna ja. Ale nie chcę oskarżać moich rodziców bo kocham ich i wiele im zawdzięczam, po prostu myśleli, że będą mnie motywować krytyką zamiast pochwałami, a na mnie niestety to nie działało nigdy.
(...)
ps.Wielokropek napisał/a:Mężczyźni (nie wiem jak, ale jednak) wyczuwają desperację u kobiety. Jeśli wyniuchają to, że mają być dla tejże kobiety panaceum na wszystko, to zwiewają, gdzie pieprz rośnie.
Czasem jest tak że swój trafi na swego a jeżeli by sytuację np. odwrócić facet/kobieta to ilu facetów zdobyło kobietę na litość? Wiesz wielokropku, postawiłaś faceta w dziwnym świetle ,naprawdę jesteśmy tacy znieczuleni?
To, że facet może zdobyć kobietę na litość, to dla mnie oczywiste. Takie kwiatki są z obu stron.
Gdzie jednak mój tekst o tym, że faceci są znieczuleni?
Nie znam jednak żadnego mężczyzny zdecydowanego na związek z kobietą, która uważa, że tylko dzięki niemu przestanie być smutną, przestanie się nudzić, zacznie być atrakcyjną, skończą się wszelkie jej kłopoty, zacznie świecić słońce i można na nim z wdziękiem zawisnąć. I o tym napisałam.
Tylko, że ja nie jestem desperatką, nie szukam niczego na siłę. Spotykam wielu ludzi, mam znajomych, chodzę na imprezy ale Ci którzy interesują się mną nie koniecznie podobają się mi (i nie chodzi mi tu o sam wygląd, tylko o całokształt czyli zachowanie i podejście do życia).
Co do mojej samooceny to na zewnątrz jestem pewna siebie, silna i ze wszystkim sobie radzę (tak większość myśli), a w środku pustka i rozpacz. Być może wyniosłam to z domu, gdzie zawsze wszystko było źle i wszystkiemu byłam winna ja. Ale nie chcę oskarżać moich rodziców bo kocham ich i wiele im zawdzięczam, po prostu myśleli, że będą mnie motywować krytyką zamiast pochwałami, a na mnie niestety to nie działało nigdy.
O desperacji napisałam na skutek Twego zdania
(...)Do tego nie mam faceta, niedługo nie będzie z kim na piwo wyjść bo dookoła już same pary z planami na przyszłość albo poukładanym życiem. (...)
oraz całej atmosfery Twojego pierwszego postu w tym wątku.
I podejrzewałam, że w środku jesteś małym, przestraszonym zajączkiem. Dlatego, współczując Tobie takiego samopoczucia i myślenia o sobie "wszystko przeze mnie", zaproponowałam podjęcie terapii.
Trzymam kciuki.
Ja chyba bym nie mogła, miałabym o wszystkim opowiadać obcej osobie na tej terapii? Jak takie coś w ogóle wygląda? Wyszłabym tylko na idiotkę bo zawsze jak opowiadam komukolwiek o tym co mnie boli w moim życiu to płaczę, nie potrafię inaczej, za dużo we mnie emocji, zaraz bym się poryczała.
Ja chyba bym nie mogła, miałabym o wszystkim opowiadać obcej osobie na tej terapii? Jak takie coś w ogóle wygląda? Wyszłabym tylko na idiotkę bo zawsze jak opowiadam komukolwiek o tym co mnie boli w moim życiu to płaczę, nie potrafię inaczej, za dużo we mnie emocji, zaraz bym się poryczała.
1. Psycholog to taki zawód,gdzie słyszy się wiele trudnych historii, a Twoja będzie kolejną.
2. Wszystkiego w trakcie terapii nie musisz opowiadać, to jakiś mit.
3. Jeśli nikt tutaj, na forum, nie ocenił, że jesteś idiotką, to nieprawdopodobnym jest, by tak ocenił Cię specjalista.
4. Wizyta u psychologa jest spotkaniem dwojga osób w realu. Tym,który ma problem z tym,który służy pomocą. Psycholog nie jest wścibski, zadaje pytania jedynie po to, by zorientować się pobieżnie w sytuacji i móc pomagać.
5. Naturalną rzeczą są łzy,gdy ktoś mówi o swoich trudnych uczuciach i trudnych wydarzeniach. W pokoju psychologa są chusteczki-smarkatki.
6. Pierwsze spotkania są konsultacjami, by psycholog mógł "zorientować się" w problemie, a Ty - byś nabrała zaufania i mogła podjąć decyzję, co do terapii. Nie każdy psycholog poprowadzi terapię.
Kurcze, przypomina mi się jak sama miałam 25 lat i przez pewien czas byłam znudzona życiem, praca średnia, chłopak raz był raz go nie było, co prawda ja mieszkałam w innym mieście niż moi rodzice, ale nadal w wynajmowanym mieszkaniu. Też była nuda i szara codzienność, aż do tego stopnia, że po pracy nie chciało mi się nigdzie ruszać, tylko siedziałam w domu w dresie:/ Na szczęście w porę się ocknęłam i postanowiłam zrobić coś ze swoim życiem. Zaczęłam wychodzić do ludzi, zdarzało się, że sama wychodziłam do kina czy na piwo. Nie jest to łatwe, ale jak nikt ze znajomych nie ma czasu albo ochoty, to trzeba sobie jakoś radzić. Po pewnym czasie poznałam swojego obecnego męża i życie nabrało sensu.:) Czasem tylko nam się wydaje, że życie nie ma sensu, ale tak naprawdę, każdy dzień to szansa, trzeba tylko z niej skorzystać ![]()
...wątek nie odzyje?
Ja mam to samo, 25 lat, prace mam, skonczone studia, mieszkam z rodzicami...moje zycie uczuciowe pogmatwane. skonczylam niedawno toksyczny zwiazek, ktory miał mi dac odbicie do innego lepszego swiata. mialam plany z tym zwiazane, lepsze, inne perspektywy. ale człowiek, ktorego kochałam (kocham?) okazał się chamem - ehhh inna historia.
kazdy dzien taki sam, praca, dom, praca, dom. znajomych mam, ale to juz nie to samo co rok, dwa lata temu. wiekszosc ma juz swoje sprawy, swoje rodziny. czuje, ze zostałam sama - wiec znam to uczucie. nienawidze tego uczucia.
a najbardziej mam dosc tego, ze mieszkam z rodzicami (absurd - bo wiadomo ze mam u nich jak pączek w masle) - ale pozbawia mnie to jakiegos komfortu psychicznego, ze nie mam nic swojego. a ja chce miec wlasny parapet, na ktorym postawie kwiatka. wkurza mnie to ze od 25 lat jest ciagle tak samo. po nowym roku bede rozgladac sie za wynajmem pokoju z kuchnia. kasa? nie jest duza, ale po oplatach z 500 zł na zycie zostanie - wystarczy? nie wiem. na jedzenie i srodki czystosci moze tak. wiem ze nie wyjade juz nigdzie na wakacje, wiem, ze nie kupie sobie nowej bluzki lub spodni. ale co mam zrobic? tkwic w tym punkcie?
czy znajde kogos kto mnie kiedys przekona do bycia i zamieszkania razem? na chwile obecna pragne samotnosci, ex zraził mnie do siebie a zarazem do wszystkich innych facetow. rok w toksycznym zwiazku robi swoje. nie, nie mam depresji, nie siedze w domu, nie płacze, nie dołuje sie - po prostu zycie wydaje mi sie takie bezbarwne, szare, bez pasji.
chciałabym znalezc dodatkowa prace, bo mam nadmiar czasu. ale jak znalezc dodatkowa prace?
cały ten post jest nieskładny, ale siedze teraz w domu i dalej mysle o tym, ze ten cham pozbawił mnie planow ktore mielismy, i teraz mam pustke w zyciu. nie wiem co ze soba zrobic ![]()