Cześć, chciałam prosić was o radę. Nie wiem co zrobić z teściami, którzy nas okradają.
Na początku gdy odwiedzaliśmy teściów, nie zwracałam uwagi na to gdzie kładę torebkę, czasem zostawiałam na korytarzu w miejscu gdy ściągałam buty. Nie przykładałam do tego wagi, bo przecież była tam tylko rodzina. Jednak zauważyłam, że zaczynają ginąć mi pieniądze, zawsze jakieś małe kwoty. Gdy byłam pewna tego ile powinnam posiadać pieniędzy, zaczęłam szukać winnego. Jedyne podejrzenie padało na szwagra synka, który ma ok 3. latek i może nie wiedząc ze robi źle, wziął sobie na czekoladę.
Potem zaczęły ginąć mi pieniądze z domu. Właściwie, też na początku nie byłam pewna tego czy giną, czy może wydałam na zakupach więcej, a może pani w sklepie źle wydała. Takie rzeczy się zdarzają, ale mi się "zdarzały" średnio raz w tygodniu. I zawsze wtedy gdy teściowie pojawiali się u mnie w domu. Zaczęłam się więc pilnować, zbierać paragony, kontrolować bardziej niż zwykle resztę, którą otrzymuje. Okazało się, że gdy pewna jestem tego ile wydałam, ciągle brakowało mi pieniędzy.
Innym razem, wracając do domu, zatrzymałam się do bankomatu. A że nie miałam już grosza przy sobie, wzięłam 200zł (4x50zł) po wizycie teściów, zniknęła jedna pięćdziesiątka. Tego też wtedy jeszcze nie byłam pewna, w sumie dlatego, że sprawdziłam pieniądze dopiero dzień później. Zapytałam więc męża, czy brał jakieś pieniądze, bo mi brakuje. Powiedział, że nie, bo on sam też pobrał parę groszy z bankomatu, więc nie potrzebował. Sprawdziłam wykaz z konta i rzeczywiście, znalazłam to co powiedział.
Podjęłam więc temat z nim, podzieliłam się moimi spostrzeżeniami - ale zrobiłam to bardzo delikatnie - tak by nie poczuł, że od początku oskarżam jego rodzinę o takie czyny. Każda, z sytuacji wyjaśnił na podobny sposób jak ja. Pomyślałam, więc że panikuje i sama nastawiam się przeciw teściom. Postanowiłam jednocześnie zawsze po powrocie do domu, zanosić torbę do zamykanego na klucz biura. A będąc na wizycie u nich, nie mieć żadnych pieniędzy w portfelu, i torbę zawsze przy sobie. Nagle przestały znikać mi pieniądze. Ale po ich wizytach odkrywałam to brak biżuterii (często drogiej), to brak obiektywu do aparatu - który jest mi konieczny do pracy. Mąż powiedział, że biżuteria czasem się zapodziewa - z tym się mogę zgodzić, a obiektyw musiałam zostawić gdzieś w plenerze(!!). Dobra argumentacja może i trafiona, bo wiem że takie rzeczy się czasem dzieją. Jednak kiedyś spotkałam byłą partnerkę mojego męża, a moją w sumie dobrą znajomą, która pracuje w osiedlowym komisie- i podała mi cenę za jaką mogę sprzedać mój obiektyw (ten właśnie co zginął), zapytałam ja z początku skąd wie, że chce sprzedać to powiedziała że od teścia. Wtedy wyjaśniłam jej wszystko i poprosiłam by jeśli on przyjdzie z takim obiektywem by zadzwoniła na policję. Minęło już 3 miesiące - teść niestety nie poszedł do niej (widocznie sprzedał gdzieś indziej). A dla mojego męża, wypowiedź tamtej dziewczyny nie jest miarodajna - od zawsze była w konflikcie z teściami (poszło też o pieniądze).
Rozumiem mojego męża, że rękami i nogami broni się przed świadomością jakimi mendami są jego rodzice. Problem w tym, że nie okradają oni kogoś obcego - ale nas, swojego syna i mnie! Moje pytanie brzmi, jak przekonać męża by uwierzył, bądź dopuścił do siebie taką sytuację. Koleżanka podsuwa mi pewien chamski dość sposób - mianowicie podrzucić im coś, tak by mąż znalazł. Ok, wiem że to chamskie i nie fair, więc się waham, ale z drugiej strony ja jestem pewna, że okradli już mnie na ponad 10 tys zł. Nie mogę dłużej tego tolerować, a trafiłam na bardzo cwane bestie. Błagam pomóżcie! Nie będę przecież całe życie robić na nierobów. Poza tym planujemy z mężem dziecko, i nie chcę by miało kontakt z kimś takim, a tym bardziej później było świadkiem takich chorych sytuacji.
Jak myślicie, co powinnam zrobić? Odpuścić czy wszelkimi sposobami walczyć o usunięcie ich z naszego życia?
Załamana:(