Witam Wszystkich, jestem tu nowa, trochę mnie to peszy. Właśnie doświadczam w realu, tego, o czym marzyłam przez ostatni rok, a przewidywałam od prawie trzech. Rozwód... bardzo go chciałam. Naprawdę bardzo. Powinni udzielać ich (rozwodów ) w trybie doraźnym. Czekanie w stanie zawieszenia jest jak huśtawka. Teraz jestem w fazie wznoszącej, ale nie wiem jak długo to potrwa. Może już huśtawka nie opadnie? Widział ktoś taką, co to tylko u góry? Może po prostu wróciłam do formy i żyję? Oby.
Pierwsza propozycja rozstania została potraktowana jak niesmaczny żart. Druga poważnie, ale jako ostrzeżenie. Ciągle nie było zgody, ale pojawiła się blond alternatywa i zgoda jest. Cud? Tak sobie to wymyśliłam, tak się stało. Gdyby nie ona, dalej byłabym żoną, czyli nikim. Teraz jestem przyszłą byłą żoną i niecierpliwie czekam na wielki finał. Łatwo nie będzie. Nie wiem, co będziemy jeść (mam kilka sztuk cudownych dzieciaków), gdzie będziemy mieszkać oraz wielu innych rzeczy. Ale wiem na pewno, że już jesteśmy szczęśliwi, spokojni i zadowoleni. Gość nieźle dał nam popalić, teraz też się stara, ale jakoś już to nie działa. Czy ktoś może obiecać, że damy radę?
Podobne tematy
Marynarka, ja nie lubię obiecywac, jesli nie nie wiem czy potrafię tego dotrzymać. Ale napisałaś, że już Jesteście szczęsliwi, spokojni i zadowoleni więc wierzę, że dacie radę. Z całego serca tego właśnie Ci życzę:)
Dacie radę ale żeby tak było wypisz sobie liste osób które mogą ci pomóc,w trudnej sytuacji nawet takich o których myślisz ze nie pomogą.
To ważne zebys miała jakies zaplecze zwłaszcze z dziecmi
pozdrawiam i trzymam kciuki za ciebie i twoja awaryjną listę aby ci nie była potrzebna !
Dzięki. Już się czuję jak w domu. Pytanie było faktycznie raczej retoryczne. Jakoś damy radę. Przecież miałam to od dawna zwizualizowane. Ale to była teoria, teraz dzieje się, oj dzieje. Jesteśmy w fazie "czekamy na pozew", długo już czekamy. Wszystko było ustalone, ale przez to czekanie udawana przyjaźń się sypie, wychodzą różne szydła z worka. Ustalenia biorą w łeb i zamiast cywilizowanego rozstania bez orzekania o winie robi się jatka. Cierpliwości niektórym brak.
Dzięki. Już się czuję jak w domu. Pytanie było faktycznie raczej retoryczne. Jakoś damy radę. Przecież miałam to od dawna zwizualizowane. Ale to była teoria, teraz dzieje się, oj dzieje. Jesteśmy w fazie "czekamy na pozew", długo już czekamy. Wszystko było ustalone, ale przez to czekanie udawana przyjaźń się sypie, wychodzą różne szydła z worka. Ustalenia biorą w łeb i zamiast cywilizowanego rozstania bez orzekania o winie robi się jatka. Cierpliwości niektórym brak.
Kochana - to najgorsze, to już było. Jesteś silną kobietą - dasz radę.
Empatyku, lista sama się zbudowała. Wspierają, pomagają, doradzają, utwierdzają w przekonaniu o słusznej drodze, wyciągają z domu (do ludzi musisz, do ludzi). Nawet nie podejrzewałam, że dla tylu ludzi ma znaczenie co się ze mną dzieje. Nie chciałabym jednak wykorzystywać innych do spraw przyziemnych, które sama powinnam podźwignąć. Raczej dźwigam, jeśli nie, to ciągnę albo przepycham. Ale... chwilami mam te opornej materii " po kokardę". A przyjaciołom też się może znudzić podopieczna. Wolałabym być "zwykłą " przyjaciółką, nie taką "niepełnosprytną". Może z czasem, za zakrętem, jak już go minę?
7 2010-12-22 10:42:42 Ostatnio edytowany przez Iwkaaa (2010-12-22 10:44:21)
JA czuję ulgę, tyle na razie. NAjgorsze jest to życie w zawieszeniu. Też czekam na sprawę i zobaczymy co zycie pokaże. W każdym razie moja psychika jets w dużo lepszej kondycji teraz niż przedtem, gdy żyłam w tej huśtawce emocjonalnej. Najwząniejsze podjąć dezyzję i tego trzymać się twardo.
Marynarko dobrze, że masz ludzi wokół Ciebie, którzy Cię wspierają. Być może, gdy u Ciebie wszystko się ułoży, to Ty będziesz miała okazje komuś pomóc i wesprzeć. Dziś Ty potrzebujesz tego wsparcia. Powodzenia.
Marynarko dobrze, że masz ludzi wokół Ciebie, którzy Cię wspierają. Być może, gdy u Ciebie wszystko się ułoży, to Ty będziesz miała okazje komuś pomóc i wesprzeć. Dziś Ty potrzebujesz tego wsparcia. Powodzenia.
I tego sobie i Wam kochane życzę.
Martynka obiecuje ze dasz rade ja tez mam dziecko i jestem po rozwodzie na poczatku bylo bardzo ciezko ale znalazlam prace i jakos otrzasnelam sie..nadal go kocham ale wiem ze niemoglabym byc z tym facetem nigdy wiecej dal nam tez popalic ale glowka do gory poradzisz sobie baz wytrwala trzymam za was kciuki
Witam! Czy mogłabym prosic was dziewczyny o radę, może niektóre wiedza wiecej niz ja:) ZAmierzam złozyc pozew o rozwód chciałabym mieć to z głowy szybko więc pomyślalam że niech bedzie za porozumieniem - choc wina lezy po jego stronie, ponieważ z czasem coraz mniej sie nami interesował, klamał i nie łozył na utrzymanie synka_ ja powiedzialam DOŚĆ! Czy jeśli pozew byłby za porozumieniem to kiedys kiedys , gdyby nie pracował( mój jeszcze mąż), zachorował np to wtedy nasz syn miałby łozyc na niego pieniążki???? czy jestem w błedzie? I jeszcze jedno Przy składaniu papierów o rozwód co trzeba miec ze soba oprócz: POZWU, AKTU MAŁŻEŃSTWA I AKTU UR> DZIECKA???? dziękuje bardzo z góry, mam nadzieje że pomożecie.
Witam! Czy mogłabym prosic was dziewczyny o radę, może niektóre wiedza wiecej niz ja:) ZAmierzam złozyc pozew o rozwód chciałabym mieć to z głowy szybko więc pomyślalam że niech bedzie za porozumieniem - choc wina lezy po jego stronie, ponieważ z czasem coraz mniej sie nami interesował, klamał i nie łozył na utrzymanie synka_ ja powiedzialam DOŚĆ! Czy jeśli pozew byłby za porozumieniem to kiedys kiedys , gdyby nie pracował( mój jeszcze mąż), zachorował np to wtedy nasz syn miałby łozyc na niego pieniążki???? czy jestem w błedzie?
Za żadne skarby nie zgadzaj się na rozwód bez orzekania o winie!!!! Koniecznie udowodnij jego winę - jeśli tak było. Dlaczego? Bo jeśli ex zachoruje, będzie niezdolny do pracy etc. to właśnie ty może będziesz musiała płacić mu alimenty. Niestety, rozwód z orzekaniem o winie zazwyczaj trwa dłużej. Natomiast w celu zabezpieczenia swojego synka przez ewentualnymi przyszłymi roszczeniami małżonka, musisz pozbawić swojego ex praw rodzicielskich. Tylko poprzez pozbawienie praw rodzicielskich możesz uchronić syna. Tylko pamiętaj, żeby to zrobić przed uzyskaniem pełnoletności przez synka. Potem nic go nie uchroni, jeśli tego nie dopilnujesz. Wiem o tym niestety z własnego doświadczenia, tzn zostałam pozwana niecałe dwa lata temu, przez mojego ojca o alimenty. Skur.. nie dość, że nie łożył na mnie i moje rodzeństwo, bił, pił itp, to jeszcze miał czelność pozywać nas. Wiedział, że od mojej mamy nic nie uzyska sądownie, więc pozwał nas. Na szczęście po udowodniu jego rażącego w przeszłości zachowania wobec nas, sąd pozew oddalił, a kosztami postępowania obciążył jego, więc odechce mu się ponownych sztuczek.
I jeszcze jedno Przy składaniu papierów o rozwód co trzeba miec ze soba oprócz: POZWU, AKTU MAŁŻEŃSTWA I AKTU UR> DZIECKA???? dziękuje bardzo z góry, mam nadzieje że pomożecie.
Niestety w tym temacie nie mam doświadczenia.
Trzymam kciuki za Ciebie. Na pewno sobie poradzicie i to lepiej niż teraz.
Pozdrawiam
fantasmagoria888 witaj mam 21 letnią córkę jej ojciec nie widział jej od 6 roku życia (nie byliśmy po ślubie ma jego nazwisko), kiedy mijali się na ulicy nie poznaje jej , nigdy nie dawał na nią pieniędzy dostawałam z funduszu ale do czego zmierzam mimo zupełnego braku zainteresowania córką zaraz kiedy skończyła liceum dostałam pismo ,że musi się stawić i przedstawić swoją sytuację materialną ponieważ ojciec jest biedny , bezrobotny od 30 lat i nie ma za co żyć . Czekają tylko na to by zaczęła pracować i pewnie będą chcieli by płaciła na niego . A ja pewnie nieroba uduszę .
13 2011-02-06 21:57:22 Ostatnio edytowany przez Iwkaaa (2011-02-06 21:59:05)
Erra , uważam, że taki ojciec powinien mieć trochę honoru i nie wyciągać ręki po pieniądze swoich dorosłych dzieci, gdy ten żyje w niedostatku. Prawo jest bezduszne, powinien być zapis, ze w sytuacji gdy "tatuś" nie łożył na utrzymanie dziecka, to nie ma prawa do alimentów.
Z tego co się orientuję pozbawienie ojca praw rodzicielskich chroni dziecko w przyszłości od obowiązku alimentacyjnego, ale nie jestem tego pewna w 100%.
Fantasmagoria,
ja idę w ciemno, wniosłam o rozwód bez orzekania o winie. Żeby było szybko i bezboleśnie. Nie wiem, jak na tym wyjdę w przyszłości, dla mnie ważne tylko, że z TEGO wyjdę, mam nadzieję już niebawem. Dzieci mam w większości już pełnoletnie, ostatnie kończy osiemnastkę w kwietniu, więc do obrony przed ewentualnymi zakusami pożal się Boże ojca będzie tylko syn, który studiuje prawo i, mam nadzieję, poradzi sobie w razie konieczności. Wzięłam prawnika do załatwiania formalności, bo nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach. Mąż na szczęście wyraził w końcu zgodę na rozwód, powinno pójść gładko.
Doradzam skorzystanie z porady prawnej dotyczącej Twojej konkretnej sytuacji i Twoich oczekiwań. Porada nie kosztuje wiele, a uzyskasz pewne odpowiedzi na konkretne pytania. Bez gdybania, dowiesz się na co możesz liczyć.
Wiem, że rozwód z orzekaniem o winie byłby dla mnie korzystniejszy, a wina jest niepodważalna, ale ja nie chcę nic od tego kogoś (czegoś?). Chcę tylko minimum zabezpieczenia bytu dzieci, z resztą muszę sobie poradzić. Nie chcę dziada, nie chcę jego łaski. Niech znika z moich oczu i życia. Co los przyniesie, nie wiem, ale pozostając z nim mogłam mieć pewność, że nic dobrego. Teraz jest nadzieja, że może jeszcze coś innego niż ustawiczne rozczarowanie...
Fantasmagoria,
ja idę w ciemno, wniosłam o rozwód bez orzekania o winie. Żeby było szybko i bezboleśnie. Nie wiem, jak na tym wyjdę w przyszłości, dla mnie ważne tylko, że z TEGO wyjdę, mam nadzieję już niebawem. Dzieci mam w większości już pełnoletnie, ostatnie kończy osiemnastkę w kwietniu, więc do obrony przed ewentualnymi zakusami pożal się Boże ojca będzie tylko syn, który studiuje prawo i, mam nadzieję, poradzi sobie w razie konieczności. Wzięłam prawnika do załatwiania formalności, bo nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach. Mąż na szczęście wyraził w końcu zgodę na rozwód, powinno pójść gładko.
Doradzam skorzystanie z porady prawnej dotyczącej Twojej konkretnej sytuacji i Twoich oczekiwań. Porada nie kosztuje wiele, a uzyskasz pewne odpowiedzi na konkretne pytania. Bez gdybania, dowiesz się na co możesz liczyć.
Wiem, że rozwód z orzekaniem o winie byłby dla mnie korzystniejszy, a wina jest niepodważalna, ale ja nie chcę nic od tego kogoś (czegoś?). Chcę tylko minimum zabezpieczenia bytu dzieci, z resztą muszę sobie poradzić. Nie chcę dziada, nie chcę jego łaski. Niech znika z moich oczu i życia. Co los przyniesie, nie wiem, ale pozostając z nim mogłam mieć pewność, że nic dobrego. Teraz jest nadzieja, że może jeszcze coś innego niż ustawiczne rozczarowanie...
Marynarko, jeśli będziesz miała chwilkę napisz proszę na mojego mail'a o czym gadałaś z prawnikiem. Jak zaczynam spisywać, to mózg mi się wyłącza
Ile mniej więcej kosztuje porada i czy to musi być jakiś specjalny rodzaj prawnika?
Buziaki kochana.
Niekochana,
napisałam. Jeśli za mało, pytaj. Co wiem, to powiem. To mój pierwszy (na szczęście? niestety?) rozwód, doświadczenie mam żadne, ale desperację i wolę ogromną. Mam nadzieję, że entuzjazm pokryje braki formalne. Na pewno rozwodzę się po raz ostatni. To bez sensu powtarzać takie rzeczy. Mimo ogromnej chęci, nie jest to sytuacja komfortowa, a nawet mocno niewygodna jest...
Niekochana,
napisałam. Jeśli za mało, pytaj. Co wiem, to powiem. To mój pierwszy (na szczęście? niestety?) rozwód, doświadczenie mam żadne, ale desperację i wolę ogromną. Mam nadzieję, że entuzjazm pokryje braki formalne. Na pewno rozwodzę się po raz ostatni. To bez sensu powtarzać takie rzeczy. Mimo ogromnej chęci, nie jest to sytuacja komfortowa, a nawet mocno niewygodna jest...
Odebrałam i odpisałam. Dzięki, kochana.
Ponieważ Fantamagoria "odgrzebała" mój wątek, postaram się uporządkować moje zeznania w sprawie rozwodu "w toku". Może pomoże to tym, które są w przededniu decyzji. Na bieżąco będę opisywać postępy w tym temacie (mam nadzieję, że takie będą).
Na dzisiaj czekam na termin sprawy. Sąd właśnie rozpatrzył mój wniosek o zwolnienie z kosztów. Ponieważ według sądu nie jestem w nędzy, musiałam zapłacić 150 zł ( z 600, które należy uiścić, jeśli o zwolnienie się nie ubiegamy). Jakoś to przełknę, mam nadzieję, że warto. Liczę na to, że niebawem dowiem się nareszcie kiedy nastąpi ten cudowny dzień i zostanę oficjalnie zwolniona z wszelkich przysiąg, obietnic i zobowiązań wobec człowieka???, który stał mi się co najmniej obcy z wielu powodów.
Rozwód ma być (tak zostało uzgodnione z drugą stroną) bez orzekania o winie, za obopólną zgodą. Mam nadzieją, że tak to się odbędzie.
Zaszalałam i zatrudniłam pełnomocnika (adwokata), bo nie znam się na tych wszystkich formalnych sprawach. Nie wiem, czy mój przyszły były nie zrobi jakiejś wolty i będę zmuszona wówczas zawalczyć. Wtedy specjalista będzie niezbędny.
Refleksja na teraz: stanowczo za długo to trwa. Takie rozwody powinny być udzielane w trybie doraźnym. Oszczędziłoby to wielu niepotrzebnych emocji i byłoby korzystne dla zdrowia psychicznego rozwodzących się (i ich dzieci).
Jeśli macie pytania, opowiem chętnie co, jak, kiedy, jakie dokumenty i co wiem z (niewielkiego, ale zawsze) doświadczenia w tej materii.
marynarka rozstałam się z mężem miesiąc temu , postanowiłam ze rozwód będzie z orzekaniem o winie . Czy orientujesz się jak wygląda taka sprawa ,
Chyba się spóźniłam. Pewnie wszystkie śpicie .... ?
MARYNARKA najważniesze to podjąc decyzje...Ja rozwiodlam sie po bodajże 10 latach separacji.nie spieszylam sie bo nie było takiej potrzeby a poza tym chcialam byc pewna ze robie dobrze.Dzieci dorastaly ja też...czas szybko mijał.Zalożylam sprawe bez orzekania o winie.Pamietam to bylo w styczniu tuz po nowym roku.Sprawa odbyla sie po poł roku-polubowna na ktora nie przyjechał.Nastepna po kolejnym pól roku.Wyrok się uprawomocnił na wilgilię...Może ktoś tego nie zrozumie ale moja radośc nie miala granic gdy wyszlam z sali sądowej,zamknełam za sobą drzwi i poczułam ulge...tak ulge bo dopiero zrozumiałam ze zaczyna sie nowy etap w moim życiu...tym bardziej ze wczesniej kogoś poznalam i miałam z jego strony duże wsparcie...Po jakims czasie okazalo się że nadajemy na innych falach,ale to juz inna bajka( do dnia dzisiejszego nie moge sie go pozbyc z mojego życia).Na tamten czas dużo mi pomogł.
Tak MARYNARKA bez orzekania o winie jest dużo prościej,szybciej ale terminy są i tak bardzo odlegle...u mnie mineło 6 lat...od rozwodu i nawet przez chwile nie zalowałam swojej decyzji,wrecz przeciwnie.
Pytasz czy dasz rade-oczywiście że dasz...my kobitki musimy sobie radzic...musimy zyc dla dzieciaczków,dla siebie...zaslugujemy na szczęście..a co by nie!?
MONIA sprawy z orzekaniem o winie sa trudniejsze i dla tego tez rozkladaja się bardziej w czasie.Potrzebni będa zapewne jacys świadkowie no i dowody że to jego ewidentna wina,ze to przez niego rozpadło się malżeństwo...jak najbardziej wskazana kochanka...
MONIU a czy masz teraz silę po tak krótkim rozstaniu wnosic o rozwod?
Może odczekaj troche.Ja czekalam bo wiedzialam ze na tamten czas ,na goraco nie dam rady...a poźniej to już naprawde byla tylko formalnośc...pikus!nie mysle tu oczywiście o 10 latach!
Marynarka, życzę ci szczęscia! Wszystko będzie lepsze po tym co przeżyłas ze swoim przeszłym byłym mężem!
Kasandra, ja decyzję podjęłam już ponad dwa lata temu, ale do rozwodu (jak i jego braku) trzeba dwojga. Chyba,że ktoś jest zdecydowany na walkę. W moim przypadku taka walka mogłaby być grą w zabijanego. I wcale nie mam pewności, że to ja bym przeżyła. Sytuacja dojrzała, wykorzystałam moment i mam zgodę, akceptację i rozwodzę się po ludzku (mam nadzieję).
Monika, dlatego właśnie, żeby nie było orzekania o winie przeprowadzam to w ten sposób. Z orzekaniem jest dużo trudniej, dłużej, a mnie się spieszy. Żeby mieć to za sobą i nie ucierpieć nadto na umyśle i psychice. Jeśli druga strona ma trochę godności i zgodzi się na to, że to jego wina, to ok. Ale u mnie nie było takiej opcji, jak już pisałam w innym wątku, koleś urodził się niewinny. I szalałby, i świadkowie, i dzieci musiałyby zeznawać, i musiałabym opowiadać o rzeczach, które wolę zapomnieć, a na pewno nie mam ochoty się z nich zwierzać. Dlatego satysfakcjonuje mnie jego zgoda. Nie chcę od niego alimentów, nie chcę jego majątku. Chcę spokoju i liczy się tylko, że NIE CHCĘ Z NIM BYĆ. Bo to boli, upokarza, tłamsi i odbiera chęć do życia.
Mogłabym udowodnić mu bez problemu wieloletni alkoholizm, psychiczne wykańczanie dzieci, a na koniec zdradę. Tylko trwałoby to długo, bolała jak cholera i nie wiem, czy ugrałabym cokolwiek. Szkoda życia i nerwów.
Marena, dziękuję! I masz rację. Wszystko będzie lepsze. Już jest. A przecież będzie lepiej, prawda?
Dziękuję Ci za mądre słowa w sprawie uzależnionych. Ciągle się uczę. Ciągle czegoś nie wiem. Ale wiem, że nikogo nie skrzywdziłam, on nie chciał realnej pomocy. On chciał przygłaskania tego, co było. Nie chciał się zmienić, żądał, żebym się dopasowała do jego słabości. To nie mogło służyć ani mnie, ani jemu, ani dzieciom. Dobrze robię! I Ty mnie w tym utwierdzasz. A przecież wiesz o czym mówisz, znasz się na tym...
Marynarka, dobrze robisz, bo w jego sprawie zrobiłas wszystko co bylo do zrobienia i nawet więcej! Twoje zycie jest ważne i masz prawo do wszystkiego co najlepsze. Nie ma takiego prawa, które wymagałoby od żony pójścia na dno razem z mężem, choć tak często mówi Kościół i dewoci. Nie porzuciłaś chorego w potrzebie, rozwodzisz się z kimś kto dostał od ciebie wiele szans i wszystkie zmarnował przez swój brak pokory. Taki był jego wybór. Twoja decyzja jest sluszna.
Pozdrawiam.
MARYNARKA rozumiem Cie doskonale,Twoje uczucia i w ogole...ale nie rozumiem dla czego nie chcesz czegos co Ci sie prawnie należy!
Alimenty jesli dzieci są maloletnie to i tak sąd zasądza na sprawie rozwodowej czy Ci sie to podoba czy nie-One musza byc zabezpieczone finansowo i tatus tutaj zadnej łaski nie robi.Podzial majatku... Ty też zapewne wnioslas jakis wklad w ciągu Waszego pozycia.Zastanow sie dobrze...
Wybaczcie dziewczyny.
Dzielicie się radami, wzmacniacie, szczepicie nawzajem swój upór w innych - których to przeżycia, wydają się podobne do Waszych, stwarzając iluzję widzenia w Nich samych siebie...
Fakt niezaprzeczalny. Często to właśnie ON sieje ziarno nienawiści, by potem zebrać jego plon. Upokarza, pije - czysty s...yn. Często też ONA... Z szacunku dla płci pięknej - robi powiedzmy rzeczy nieodpowiednie...
Dziewczyny. To nie przepisy na ciasto, ani wieczór w harcerskim obozie gdzie pocieszacie się nawzajem, dajecie wskazówki jak zapleść warkoczyki...
Wiele z Was wywróciło już sobie życie do góry nogami. Część spadła na cztery łapy, część leży jeszcze na plecach i wierzga z bezradności. Ode mnie odchodzi żona - wątek mój gdzieś wrzuciłem, bo Wasz umysł zostaje dla mnie zagadką. Nie jestem zły na Waszą solidarność, chęć niesienia wsparcia, czy pomocy. Czasem, na drugim końcu stołu siedzi też człowiek, tyle że on sika na stojąco i tak jak ja zostaje za to ukarany odsunięciem od dziecka, rozbiciem ukochanej rodziny. Tak - facet ma czasem gorzej. Żona moja już czwarty miesiąc jeździ sobie czołgiem po moim sercu. Jest zimna jak lód. Wyrządziliśmy sobie nawzajem wiele krzywd - ale to ona dziś decyduje i wskazuje że moje miały większą wagę.
Dziewuchy - jesteście wspaniałe, ale... Chyba ta euforia w niektórych postach zabija powagę i złożoność sprawy jaką jest rozwód. To nie tylko papiery, ale i życie każdego z nas.
Pardon - najwyżej mnie stąd wywalicie na zbity pysk. Jedna mi już to zrobiła, więc obawiam się jakby mniej.Trzymajcie się i jak tylko się da - ratujcie swoje związki.
Ale CO konkretnie chciałeś napisać? Bo nie rozumiem?
Żeby kobiety się nie rozwodziły bo Twoja żona się z Tobą rozwiodła wbrew Twojej woli?
Chyba EGO Cię przerosło. Odrobinę empatii polecam.
Gdybym posiadł zdolność o której piszesz dziś może nie siedziałbym sam w obcym domu... Chyba masz rację. To przecież Wasze forum, a ja tu może błądzę z rozpaczy. Nie gniewajcie się.
29 2011-02-07 22:04:41 Ostatnio edytowany przez niekochana72 (2011-02-07 22:11:49)
Gdybym posiadł zdolność o której piszesz dziś może nie siedziałbym sam w obcym domu... Chyba masz rację. To przecież Wasze forum, a ja tu może błądzę z rozpaczy. Nie gniewajcie się.
To nie chodzi o to, czyje to forum.
Chodzi o to, że wszedłeś na ten wątek i nie zainteresowałeś się nawet odrobinę historią żadnej z dziewczyn. I chyba zbyt pochopnie oceniłeś.
Tylko JA, JA, JA.
Nad empatią należy pracować - POLECAM.
Kasandra,
wiem. I to mamy dogadane: połowa domu i alimenty na dzieci. To biorę, bo należy nam się jak psu miska. Chodziło mi o to, że przy orzekaniu o winie mogłabym ugrać alimenty dla siebie (pozostając w rażącym niedostatku w odniesieniu do jego dochodów - to jest moje siedem stów kontra jego około 6000 euro - jeśli tylko chce mu się pracować, trochę dysproporcji jest). Ale tego nie chcę. Mogłabym utargować coś z domu dla dzieci, ale dam spokój. Chcę M-5, alimenty i głowę do własnej dyspozycji. Tanio się uwolnił, ale co tam, kasa to nie wszystko. On ma pożal się Boże siebie i swoje możliwości, a ja mam siebie, dzieci, przyjaciół, rodzinę, jutro podpisuję umowę na kolejne pół etatu, jestem szczęśliwa. Nie mam zamiaru wojować z kimś takim. Nie ma honoru, godności, elementarnego poczucia odpowiedzialności. To nawet wstyd stawać do walki z takim nędznym przeciwnikiem.
A teraz do chłopaka, Kiusiu drogi, nikt nie mówi, że rozwodzimy się, bo oni są facetami. Rozwodzimy się, bo nimi nie są. Przeczytaj sobie wątek Kriss o drzewie, zobaczysz, że nawet największe wiedźmy są pod wrażeniem jej historii. I wierz mi, zazdroszczą jak cholera. Ja zazdroszczę... Wolałabym mieć kogoś kogo mogłabym uwielbiać. Ale nie za cenę utraty wszystkich pryncypialnych zasad. Nie za utratę siebie w całości i w kawałkach. Problem polega na tym, że on nie zapytał co zmienić? Co możemy poprawić? On żądał, żebyśmy byli tacy, jak on chce. A chciał w swoim uzależnionym rozumku durnie i nie mogliśmy się na to godzić. Nie ulega wątpliwości, że wśród kobiet też trafiają się trudne charaktery, ale ja akurat borykałam się z facetem i to jest moja historia, i moje życie, i moje przemyślenia, i moje doświadczenia. I wierz mi, bardzo długo łudziłam się, że po drugiej stronie stołu siedzi człowiek. I bardzo długo szukałam tam tego człowieka. Ale nie ma...
Po moim sercu, kiedy jeszcze je miałam, też jeździł czołgiem, całą ciężką artylerią na gąsienicach. A przestał tylko dlatego, że ja już nie mam serca, dla niego nie mam. Gdybym miała rozjeżdżałby je dalej...
Dzięki ci Marynarko.
15 lat mojego życia idzie do kibla. Została mi córa, którą będę miał duchowo, blisko siebie może za kilkanaście lat... Chyba ta myśl łamie i wyjada mnie od środka jak nowotwór...
Co jest w stanie odmienić tak umysł i serce kobiety, która żyła i kiedyś była ze mną? Jak wielkiej krzywdy musiała doznać z mojej strony by pozbyć się mnie,a rodzinę przemielić jak w maszynce? Inna miłość? Chyba tylko to...
Kiusiu, błądzisz.
Córka, owszem, ale masz siebie. Poczytaj, co mówią tu kobiety - ludzie. O siebie trzeba zawalczyć, wszystko inne idzie zaraz za tym. Sama widzę, że od czasu jak zmieniłam swoje nastawienie, świat zaczął mi sprzyjać.
Rodzina nie rozpada się w momencie. To na pewno musiało trwać, były oznaki. Najpierw drobne, pewnie lekceważyłeś. Później większe, byłeś zdziwiony. Potem się posypało, a Ty nie rozumiesz - dlaczego? Pomyśl... Ja nie wiem, nie znam Twojej historii.
Skoro twierdzisz, że inna miłość, to widocznie ta nie była już dobra, albo jej nie było. Mnie uratowała inna miłość, ale nie moja - jego. Pozwoliła mi uwolnić się od tego, w czym już nie mogłam trwać. Uwolniła mnie od beznadziei, że już nigdy nie będzie dobrze.
Uratowała mnie od jego chorej miłości, która mnie niszczyła. Bo we mnie nie było już nic... Tylko zmęczenie...
Marynarko jeśli jest tak jak piszesz to bardzo dobrze...jestes u siebie...na dwóch nogach...masz głowe i wszystko co potrzeba jak widze ,na drodze do budowania nowe szcześliwidelka.
Powodzenia!
... a czasem po prostu przestaje się kochać. Może tak było ze mną?
Nasze czynności, działania są często tylko przykrywką do przyczyny prostej i błahej. Tak. Słabe zakochanie może być przyczyną tragedii...po latach.
Kiusiu, znowu pozwolę sobie nie zgodzić się z Tobą.
Kochanie jest, jakie jest. Często warunki mu nie służą. Staje się za słabe i ginie. Ale te warunki zależą od obu stron. U mnie było tak, że dawałam coraz więcej, a dostawałam - nic. I ciągle za mało było. Bo nie całą siebie chciałam stracić. Jego poczucie szczęścia zależało wyłącznie od mojego owego szczęścia braku. Jak byłam szczęśliwa, zadowolona, kiedy mi się coś udało - on był nieszczęśliwy, smutny, musiał się napić, bo nie mógł znieść, że cokolwiek poza nim może mnie uszczęśliwiać. Nie cieszył się z tego, co sprawiało mi radość, to go zasmucało. Dziwne prawda? A przy tym twierdził, że mnie kocha. Kochał mnie i nie znosił jak byłam zadowolona? Jeszcze dziwniejsze... Ale myślę, że on kochał jakieś swoje wyobrażenie o moim szczęściu, nie mnie. Mnie nigdy nie zapytał co daje mi radość. Nie akceptował żadnego mojego działania nie związanego z jego osobą, myślę, że nawet o dzieci był zazdrosny. Bo fakt, kocham je jak wariatka. Uwielbiam jak są szczęśliwe, ale nie moim, tylko swoim szczęściem. Nie moim wyobrażeniem o ich szczęściu, ale swoją autentyczną radością. I one wiedzą, że kocham je naprawdę. Bo jak kogoś kochasz, to chcesz widzieć go szczęśliwego. W domu, pracy, szkole, na przyjęciu, na spacerze, na zakupach. ZAWSZE.
U mnie było tak, że dawałam coraz więcej, a dostawałam - nic. I ciągle za mało było. Bo nie całą siebie chciałam stracić. Jego poczucie szczęścia zależało wyłącznie od mojego owego szczęścia braku. Jak byłam szczęśliwa, zadowolona, kiedy mi się coś udało - on był nieszczęśliwy, smutny (...) Dziwne prawda? A przy tym twierdził, że mnie kocha. Kochał mnie i nie znosił jak byłam zadowolona? Jeszcze dziwniejsze... Ale myślę, że on kochał jakieś swoje wyobrażenie o moim szczęściu, nie mnie. Mnie nigdy nie zapytał co daje mi radość. (..) Bo jak kogoś kochasz, to chcesz widzieć go szczęśliwego. W domu, pracy, szkole, na przyjęciu, na spacerze, na zakupach. ZAWSZE.
Boże, jak ja to wszystko znam. Bez picia, ale za to dręczenie psychiczne. Ściskam Cię mocno, kochana.
Niekochana,
dręczenie po napiciu - to jest COŚ! Wierz mi, nie było lekko.
Ja też Cię ściskam. Przytulę i Kiusiu, bo jest nieszczęśliwy. A ma prawo być szczęśliwy, jak wszyscy. Mam nadzieję, że i on będzie, i Ty, bo ja już jestem. Bo jak pracuję, to się z tego cieszę, bo jak spotykam się z przyjaciółmi, to nikogo nie krzywdzę, bo jak robię to, co lubię, to nikt nie cierpi z tego powodu, bo jak idę na salsę, to mam z tego zabawę. ( A nie robię rzeczy nagannych, niegodnych, niemoralnych i niezgodnych z prawem) Po prostu żyję.
38 2011-02-07 23:45:11 Ostatnio edytowany przez niekochana72 (2011-02-07 23:46:24)
Niekochana,
dręczenie po napiciu - to jest COŚ! Wierz mi, nie było lekko.
Hah... to też znam - 20 lat mojego dzieciństwa wysłuchiwałam, jak ojciec gnębił mamę. I mnie o naiwności wydawało się, że jak nie pije - to będzie dobry. Jakież to typowe dla współuzależnionych
Ale nic to - to już nie moja broszka... Tzn przejmowanie się humorami męża.
39 2011-02-07 23:51:41 Ostatnio edytowany przez Iwkaaa (2011-02-07 23:53:17)
Kisiu przeczytałam Twój wpis i mam taką refleksję. My się nie spotykamy tu na Forum, żeby wzajemnie podrzegać się do rozwodów. Niejedna z nas próbowała ratować swoje małżeństwa, i niestety więcej już się nie da.Decyzja o rozwodzie nie jest łatwa, dla mnie była to najtrudniejsza decyzja w życiu jaką podjęłam. Przychodzi niestety moment, że trzeba coś zrobić ze swoim życiem. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie czy współmałżonkiem od którego odchodzi partner jest kobieta albo mężczyzna.
Ty starasz się zrozumieć kobiety, tak samo jak i my mężczyzn. A tak naprawdę łączy nas jedno , wielka niewiadoma co dalej, ból, niespełnione nadzieje, poczucie krzywdy, mogłabym jeszcze wymienić mnóstwo innych uczuć
Ja przeczytałam kilka razy Twój wpis i zadałam sobie pytanie czy mogłam coś więcej zrobić dla mojej. rodziny, żeby nie stanąć w obliczu rozwodu. NIestety do miłości nikogo nie zmusimy, gdzieś coś nam się po drodze zgubiło, a wiadomo że do tanga trzeba dwojga.
Ty ubolewasz, że nie możesz być ze swoją córką, a mój mąż świadomie zrezygnował z brania udziału w życiu dzieci- nowa miłość przysłoniła mu oczy. Dlatego nie ma co wkładać wszystkich do jednego worka, każdy ma swoją historię.
Smutno czytać, że jesteś nieszczęśliwy i rozbity. Mam nadzieję, że poukładasz sobie swoje sprawy.
Niekochana, nie tylko Tobie wydawało się, że jak nie pije, to wszystko musi być ok.
Jak mój przyszły były mąż powrócił z terapii, to jemu też (nawet bardzo) wydawało się, że jak nie pije, to jest cudowny.
A nie był. Nie mogłam tego zrozumieć, że ta terapia tak go pokręciła, że już w ogóle nie mogliśmy się skomunikować. On miał żal, że ja nie doceniam (z całej terapii najlepsze dla mnie było to, że nie było go w domu dwa miesiące), a ja nie mogłam doszukać się zmiany w sposobie patrzenia na świat i sprawy zasadnicze. Wierz mi, on był dziwniejszy niż przed terapią.
Na szczęście mamy forum, a na nim doświadczone i chętne do pomocy koleżanki. Marena wyjaśniła mi ten mechanizm. I dała pewność, że się nie pomyliłam, że naprawdę ta terapia nic nie dała, nic nie zmieniła. On po prostu przez pewien czas nie pił, to wszystko. A głupszy był niż przed terapią... i pewnie pić zacznie, ale to nie moje zmartwienie, nareszcie.
Niekochana, nie tylko Tobie wydawało się, że jak nie pije, to wszystko musi być ok.
Jak mój przyszły były mąż powrócił z terapii, to jemu też (nawet bardzo) wydawało się, że jak nie pije, to jest cudowny.
A nie był. Nie mogłam tego zrozumieć, że ta terapia tak go pokręciła, że już w ogóle nie mogliśmy się skomunikować. On miał żal, że ja nie doceniam (z całej terapii najlepsze dla mnie było to, że nie było go w domu dwa miesiące), a ja nie mogłam doszukać się zmiany w sposobie patrzenia na świat i sprawy zasadnicze. Wierz mi, on był dziwniejszy niż przed terapią.
Na szczęście mamy forum, a na nim doświadczone i chętne do pomocy koleżanki. Marena wyjaśniła mi ten mechanizm. I dała pewność, że się nie pomyliłam, że naprawdę ta terapia nic nie dała, nic nie zmieniła. On po prostu przez pewien czas nie pił, to wszystko. A głupszy był niż przed terapią... i pewnie pić zacznie, ale to nie moje zmartwienie, nareszcie.
Tak, jak mój ojciec. Gdy był trzeźwy był wściekły - bo myślał tylko o tym, by się napić. I w końcu każdy pretekst był dobry.
Niekochana - rzekłaś.
Tak właśnie jest.
Dlatego teraz ciągamy nasze emocje po wątku - jak w tytule. Wolałabym szaleć z ukochanym mężem po ciepłych plażach, zwiedzać świat, oglądać piękne budowle i cuda natury. W wolnych chwilach prowadzić przyzwoity, spokojny dom, cieszyć się satysfakcjonującymi zajęciami. Rozmawiać, a nie mówić do siebie. Słuchać, a nie słyszeć się. Pochylić się nad nim i otrzymać wsparcie, bo czasem nawet ja go potrzebuję.
Ale się rozmarzyłam, to chyba wypociny do konkurencyjnego wątku (Mój wymarzony związek)
Ale się rozmarzyłam, to chyba wypociny do konkurencyjnego wątku (Mój wymarzony związek)
Z tego wątku wyciągamy wnioski, z tamtego czerpiemy nadzieję.
Może coś "się urodzi" ? ![]()
{kasandra1234 MONIU a czy masz teraz silę po tak krótkim rozstaniu wnosic o rozwod?
Może odczekaj troche.Ja czekalam bo wiedzialam ze na tamten czas ,na goraco nie dam rady...a poźniej to już naprawde byla tylko formalnośc...pikus!nie mysle tu oczywiście o 10 latach!}
nie mam siły! tez uważam ze to za wcześnie , ale mój ex mąż się śpieszy . Przemyślałam jednak że poczekam !! A może z czasem wezmę rozwód za porozumienie .
marynarka napisał/a:Ale się rozmarzyłam, to chyba wypociny do konkurencyjnego wątku (Mój wymarzony związek)
Z tego wątku wyciągamy wnioski, z tamtego czerpiemy nadzieję.
Może coś "się urodzi" ?
Albo z tego chcemy wiać i bezpiecznie, pewnie i szczęśliwie, z czystym sumieniem zamontować się tam.
Wolałabym opisywać moje doświadczenia w tamtym tytule, ale nie mam takich doświadczeń.
Tak, tylko nadzieja...
{kasandra1234 MONIU a czy masz teraz silę po tak krótkim rozstaniu wnosic o rozwod?
Może odczekaj troche.Ja czekalam bo wiedzialam ze na tamten czas ,na goraco nie dam rady...a poźniej to już naprawde byla tylko formalnośc...pikus!nie mysle tu oczywiście o 10 latach!}nie mam siły! tez uważam ze to za wcześnie , ale mój ex mąż się śpieszy . Przemyślałam jednak że poczekam !! A może z czasem wezmę rozwód za porozumienie .
A zastanawiałaś się nad separacją? Czy to mężowi zależy na rozwodzie, a Tobie nie?
Dziewczyny, na dzisiaj koniec. Zmykam, muszę iść spać... Miło się gadało... Dobranoc
Życzę Wszystkim, żeby jak najszybciej i jak najdłużej opisywali swoje wymarzone związki, które ziściły się w realu u "konkurencji".
Zdecydowałam że jutro jadę do Sądu i składam pozew, tak! musze to zrobić! Mój (jeszcze mąż) nie dawał sobie pomóc , przysiegam podejżewam go już nawet o "ćpanie" serio bo tak własnie zachowuja sie ludzie jak biora on jest w innym swiecie nic go nie obchodzi nagle olał wszytko i zyje sam a raczej biduje u mamusi bo rodzina ledwo wiąże koniec z koncem. Chce miec z głowy to wszytko i jego więc chciałam bez orzekania o winie, ale jak przypomne sobie notoryczne okłamywanie mnie, nie łożenie absolutnie na rodzine a przedewszytkim synka, bo ja bym se dała rade... KUr... Pracuje do póznego wieczora i nie przynosi anbi grosza czy wy wierzycie w to??? to jakas porażka zyciowa to zycie z nim , koniec zaczynamy od nowa:) z kims z kim sie czegos dorobie i bede szczesliwa , bedziemy z moim synkiem
Jakie moge mieć dowody że nie łozył na dziecko od wielu miesiecy? mam tylko jednego świadka, czy wystarczy to? jutro doradze sie adwokata i wtedy podejme decyzje na miejscu!!!!!
FANTAS,a może inaczej-a jakie on ma dowody ze lożyl na dziecko?Niczego sie nie obawiaj Twoje slowa maja w sądzie moc,prawo jest po Twojej stronie.Masz świadka że Ci nie pomagal i bardzo dobrze...
Fantasmagoria: idź koniecznie do prawnika. Przygotuj sobie listę pytań.
dzięki wam bardzo
jutro mój dzień sądu... Napewno dam znać jak poszło i co zdecydowałam.
dzięki wam bardzo
jutro mój dzień sądu... Napewno dam znać jak poszło i co zdecydowałam.
Trzymaj się dziewczyno! Będzie dobrze - musi być!
Trzymaj się Fantasmagoria! I uzbrój w cierpliwość. Czekanie na "dzień sądu" jest okropne. Nie jestem stworzona do życia w zawieszeniu. Teraz czuję, że jestem takie - Nie Wiadomo Co. Właściwie sama, formalnie żona (o losie, tego już mam dosyć), poniekąd opuszczona, w pewnym sensie wolna, w pewnym nie...
Zaczynam odczuwać zniecierpliwienie, nie poddaję się, ale mam ochotę tupnąć i wrzasnąć: Kończ Waść, wstydu oszczędź!.
Jakkolwiek to się skończy, będę szczęśliwa, że jestem po...
Marynarko chciałabym też powiedzieć, że będę szczęśliwa już po... A jeszcze teraz nie potrafię. Czekam na pismo z sądu trzy miesiące i czuje niepokój.Może podświadomie chciałam, żeby on się ocknął i obudził.
Mam nadzieję, ze znajdę spokój jak już będzie po...
Iwka, dla mnie ten upływający czas, to koszmar. Nie chcę, żeby wrócił, a właśnie to może się stać, jeśli szybko tego nie zakończymy. Może zmienić zdanie w dowolnym momencie na każdy temat. To jedyna pewna rzecz w jego charakterze. Zawsze zmienia zdanie, nigdy nie dotrzymuje słowa, obietnice tylko składa, potem już o nich nie pamięta. Dlatego każdy dzień, to ryzyko,że wszystko odwoła. Że już nie będzie potrzebował rozwodu. Że będę musiała "iść na wojnę". A wojny mają to do siebie, że nawet jak wygrasz, to nie obejdzie się bez strat w ludziach i sprzęcie. Sprzętu mi nie szkoda, ale ludzi - tak. Wszyscy już dostaliśmy po psychice, zbieramy się do kupy, dochodzimy do równowagi. Nie życzę sobie, żeby to demolować po raz kolejny.
Ja złożyłam pozew na początku listopada, liczę na to, że sąd niebawem da znać... Proszę!!! Niech Wysoki Sąd zajmie się mną!
Też chciałabym mieć to za sobą. Mimo swoich obaw nie wrócę z drogi, którą obrałam.
Powodzenia FANTAS i nie obawiaj się zaczniesz nowe życie i pewnie lepsze od poprzedniego.
Mozesz jutro cos napisac jak sie sprawy maja...
MARYNARKA ja czekalam pol roku na swoją pierwsza polubowna sprawe.Niestety ale to trwa dosyc dlugo...ale czas szybko leci to tez ma swoje plusy,troche wyluzujesz.nie martw sie ja mysle że on tez będzie chcial to miec za soba.Bieganie po sądach nie należy do tych przyjemnych spraw.Powiedz mu zdecydowanie ze jestes gotowa na rozwód,że nie odpościsz.Niech wie ze nia ma sensu się szarpac i grac na zwloke bo i tak nic nie ugra.Bedzie dobrze zobaczysz...W sumie to jakie on ma wyjście...Ty ukladasz sobie życie...nie ma mowy żeby to wszystko poskladac,Sąd napewno orzeknie calkowity rozpad małżeństwa ,a Ty masz tego dowieśc i to wszystko.
Cazs szybko leci ,doczekasz sie ,spoko...
Pozdrawiam
Kasandra, ja mam życie już poukładane, tylko formalnie nie "przyklepane". Rozkład nie podlega kwestii, bo on się wyprowadził do jakiejś pani. To było bardzo dobre dla mnie, bo daje mi przewagę. Nawet nie muszę tłumaczyć, że go nie lubię, sam załatwił mi znakomity powód. Nie odwiedza dzieci, nie pomaga w niczym, nie uczestniczy w życiu latorośli w żaden sposób. Ja z nim nie rozmawiam, nie dzwonię, nie piszę. Jeśli on o coś pyta - odpowiadam najbardziej lakonicznie jak to możliwe. Jeśli nie pyta, nie informuję, nawet o ważnych sprawach. Niemniej chciałabym mieć to za sobą. Żeby nie było ryzyka, że przypomni mu się, że jestem jego żoną. Bo to niewdzięczna rola. Ja do niej nie wrócę. A cały czas formalnie to fakt. Czekam...
Marynarka w takim razie sama juz wiesz że problemow nie będziesz miala żadnych z otrzymaniem rozwodu.
Ciesze sie ze ci sie powiodlo,ze masz w Kims oparcie ,ze Ktoś Cie kocha...
To bardzo ważne i latwiej przez to wszystko przejdziesz
Zycze Ci żeby to byl "pikuś" dla Ciebie w miare mozliwosci.
Swoja droga ...to takie smutne(taka mala refleksja)że zawieramy zwiazek...a poźniej wszystko sie sypie,umiera.Zdarza sie ze dwoje ludzi nie moze na siebie patrzec ,a przeciez sie kiedys kochali...a moze jednak nie.
Kasandra,
ja już nie wiem kochali, czy nie kochali. Ale jak trwali razem tyle lat, to przecież nie z nienawiści od początku...
Dzisiaj wiem tyle, że jak sąd zapyta: czy Pani czuje coś do tego człowieka? To z czystym sumieniem odpowiem: tak, Wysoki Sądzie: pogardę i obrzydzenie.
Ja wiem, że to będzie pikuś, tylko do cholery, niech już będzie!
62 2011-02-09 22:34:25 Ostatnio edytowany przez gazia (2011-02-09 22:49:54)
Mój mąz wyprowadził się, bo moze chce udowodnic wysokiemu sądowi całkowity rozpad małżenstwa. dlatego siedzi poza domem. ja mam przeczucie, że on będzie tego gorzko żałował. No i od teraz koniec z zagajaniem. rozbolała mnie znowu glowa. Pies z nimi tańcował. Zmęczyłam się juz tymi rozmyslaniami. jeszcze zmagamy sie w domu i grypskiem. Syn dostał antybiotyk, ja jeszcze nie.
p.s. ten katar to chyba wiadrami spływa do gardla....
Gaziu,
ja wiem, że mój już żałuje, bo zdemolował sobie życie. Sobie, nie mnie. Ale czniam to!
Ja mam rodzinę, zostałam z moimi dziećmi, które akceptują moją decyzję, w naszym domu, przy swoim stole. Mam tych samych przyjaciół, chodzę do tej samej pracy, gotuję w swojej kuchni, zakupy robię w zaprzyjaźnionych sklepikach. Spotykam się z ludźmi, chodzę na plotki do koleżanek, jem obiady z dziećmi. Czytam przed zaśnięciem, przeciągam się i uśmiecham po przebudzeniu. Piję poranną kawę i z przyjemnością zaczynam kolejny dzień. Mój dzień. Nie martwię się tym, że mój dobry humor wywołuje czyjąś frustrację. Mogę mieć taki humor na jaki mam ochotę. Rodzina i przyjaciele są ze mną. Ja ciągle jestem u siebie.
Moje życie jest moje. Lepsze, spokojniejsze, mądrzejsze. Warunki te same, jakość o niebo wyższa. Nawet, po okresie lekkiej paniki, przekonałam się, że finansowo też dajemy radę. Ten niepokój również odsunęłam (a był przytłaczający).
Nie ma żadnego minusa, same plusy, i to coraz większe. Ani razu nie pomyślałam: gdyby tu był!!! ze smutkiem i tęsknotą. Wielokrotnie pomyślałam: dobrze, że go tu nie ma... Samej jest mi łatwiej. No i nikt nie zawodzi, sama siebie przecież nie oszukam...
Mam to samo GAZIA...no chorobsko!i zatoki i kaszel i brak chlopa...
SZCZESCIARA z Ciebie Marynarka...zazdroszcze...ale sie tez ciesze bo napewno na to zaslużylaś ...na lepsze życie...