Witam serdecznie,
Na wstępie chciałabym się ciepło ze wszystkimi przywitać - jestem tu nowa
Znalazłam to forum, bo potrzebowałam miejsca w którym otrzymam wsparcie i radę w obecnej sytuacji. Sama już nie wiem co mam robić, co myśleć, dlatego zwracam się do Was.
Od 2,5 roku jestem we wspaniałym związku z mężczyzną mojego życia. Dopiero przy nim zdałam sobie sprawę z tego, jak silna może być prawdziwa miłość. W końcu wiem jak to jest móc na kogoś liczyć i czuć się bezpiecznie u boku mężczyzny.
2 lata temu zamieszkaliśmy razem na osiedlu pod miastem. Bywały chwile lepsze i gorsze, ale generalnie uważam to za najlepszy czas mojego życia i chciałabym, żeby taki stan trwał nadal.
Niestety, jak w każdej porządnej bajce i tutaj musiał pojawić się problem, który spędza głównym bohaterom sen z powiek (a przynajmniej mnie ;p). Mój partner pochodzi z miejscowości oddalonej o około godzinę jazdy od miejsca w którym mieszkamy. Mój dom rodzinny znajduje się dużo dalej, bo 200 km stąd. Jego miejscowość jest również blisko tego dużego miasta przy którym mieszkamy, tylko jakby z drugiej strony. Ja przyjechałam tutaj na studia 3 lata temu.
Bardzo lubię rodzinę mojego chłopaka. Są to ludzie ciepli i życzliwi. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że traktują mnie jak własne dziecko, a jeśli tylko widzą że coś jest między nami nie tak, to cokolwiek by to nie było mój M dostaje tzw. ochrzan, że ma mnie bez względu na wszystko dobrze traktować i nie chcą widzieć, żebym chodziła przez niego smutna. Życzyłabym każdej kobiecie takiej teściowej i takiego teścia. Są to też ludzie bardzo chojni... i tutaj niespodziewanie pojawia się problem.
Rodzice mojego partnera mają bardzo dużą działkę, której połowę oddali córce, a druga połowa przeznaczona jest dla mojego M. Na tej jego połowie znajduje się też ich dom (a właściwie dwa domy, jeden w którym aktualnie mieszkają i drugi mniejszy, w którym mieszkali dawno, zaraz po ślubie). Jakiś czas temu zakomunikowali nam, że sami wyremontują sobie ten mniejszy dom, a ten trochę większy wyszykują dla nas. Pewnie niektóre z Was pomyślą, że jestem jakaś chora, że nie podoba mi się ten pomysł- prezent w postaci domu, właściwie żadne zobowiązania finansowe... ale ja czułabym się bardzo nieswojo mieszkając tam.
Oba domki znajdują się bardzo blisko siebie, dzieli je tylko niewielki kawałek podwórka. Niewiele dalej znajduje się dom w którym mieszka siostra mojego chłopaka wraz z mężem i dziećmi. Może nie postrzegałabym tego aż tak negatywnie, ale mam okazję do obserwacji tego jak wygląda życie na tym "terenie". Poza weekendami, które czasami spędzamy u "teściów", przez jakiś czas bywałam tam też w tygodniu (pracowałam blisko 1-2 dni w tygodniu i zatrzymywałam się tam na kilka godzin). Mama M niemal wychowuje dzieci swojej córki. Ona wraz z mężem pracują w centrum dużego miasta i wracają do domu dopiero około 18-19. Do tego czasu to właśnie mama M zajmuje się wnukami, nawet jeśli część dnia dzieciaki spędzają z nianią... "teściowa" na stałe przejmuje obowiązki opieki nad dziećmi około 14-15 i czeka na powrót córki. Ich dom jest ciągle otwarty, każdy może do niego wchodzić i wychodzić kiedy mu się podoba. Nie ma tam zwyczaju pukania do drzwi. Jeśli "teściowa" czegoś potrzebuje do kuchni to po prostu wchodzi do córki i zabiera co chce... jeśli im to odpowiada to dobrze, ale dlaczego miałoby to się zmienić, kiedy obok zamieszka jej syn? Przecież niewyobrażalne dla nich będzie jeśli nagle zaczęłabym zamykać drzwi (i to od domu w którym sami kiedyś mieszkali). Mama M zapowiedziała mi, że ona w wychowaniu naszych dzieci też chce pomóc... a ja czegoś takiego jak widzę u jej córki nie zaakceptuję. Pomijając fakt, że byłoby mi ogromnie głupio... widzę jak kobieta chodzi przemęczona całymi dniami (zapomniałam dodać, że opiekuje się dzieciakami również przed przyjściem niani, o świcie do 7-8 rano), to chciałabym żeby moje dzieci wychowywane były przez nas.
Nie wyobrażam sobie takiej jednej wielkiej włoskiej rodziny- wszyscy na kupie. Poza teściami byłaby tam też przecież siostra mojego M, która jest jego kompletnym przeciwieństwem... bardzo ją lubię i szanuję, ale zdaję sobie sprawę z tego jak wścipską osobą jest, jak bardzo nerwowo potrafi reagować (jej krzyki słychać czasem z podwórka). Nie mają z moim chłopakiem najlepszego kontaktu. Jej mąż jest osobą spokojną, ale wszystko wie najlepiej. Co więcej, mają oboje nieładny zwyczaj podrzucania dzieci do nas w weekendy kiedy tam jesteśmy (głównie do teściowej, ale "ciocia i wujek przyjechali" jest dodatkową atrakcją dla maluchów)... teraz dzieciaki są trochę większe i same przychodzą do babci, która ich przecież nie wygoni... tak samo byłoby z przychodzeniem do nas.
Pomijając to wszystko co napisałam powyżej, jest jeszcze kwestia moich marzeń. Chciałabym, żebyśmy w przyszłości mieli coś swojego... wciąż się kształcę, wybieram się na studia podyplomowe jak tylko się obronię... i co jak co, ale szczytem moich aspiracji nie jest mieszkanie w domku po teściach, wszyscy obok siebie. Zdaję też sobie sprawę z tego, że wszyscy razem się tam ?pozabijamy?, a ja chciałabym mieć normalny kontakt z rodziną, zarówno swoją jak i partnera. Dodam jeszcze, że tak samo reagowałabym gdyby chodziło o mieszkanie z moimi rodzicami.
Przedyskutowaliśmy z chłopakiem to wszystko jakiś czas temu, znaleźliśmy porozumienie, ja wytłumaczyłam mu moje położenie, on też powiedział podobnie, że nie widzi nas tam mieszkających, że chciałby żebyśmy osiągnęli coś swojego, postawili chociaż jakiś mały domek, ale sami... dodał, że mieszkanie w domku po jego rodzicach moglibyśmy potraktować jak przejściowe, ewentualnie, gdybyśmy byli np. w trakcie budowy czegoś swojego. Przedstawiliśmy to jego rodzicom, właściwie to on mówił... było im żal, ale wydawało się, że zrozumieli.
No właśnie, wydawało się...
W ten weekend byliśmy odwiedzić rodziców M. Remont w toku (ale ok, mieli go robić i tak, bez względu na nas). Jednak w pewnym momencie mama M wyskoczyła dosłownie z tekstem ?no bo ja to i tak dla Was robię!?. I jak reagować? Poczułam się jak jakieś dziecko, które gada głupoty i można zignorować to co mówi... skoro jak widać to co oświadczyliśmy wcześniej nie ma teraz najmniejszego znaczenia.
W domu poprosiłam partnera o kolejną rozmowę... chciałam, żeby poradził mi, jak mam w takiej sytuacji reagować... powiedziałam mu, że czuję się mało komfortowo i nie chciałabym z tego powodu zacząć unikać wizyt u jego rodziny. M powiedział, że nie bardzo wie co mi powiedzieć, że na pewno wystąpi taki moment, że będziemy chcieli tam zatrzymać się chociaż na jakiś czas... tak jak kiedyś ustaliliśmy... ale wtedy będziemy dorabiać się czegoś swojego... że jego rodzice mogą ten drugi dom wraz z kawałkiem działki sprzedać i tylko czekają aż zrobią drogę dodatkową, a wtedy wrócą do większego domu więc żebym nie bała się, że oni sobie wyobrażają nas mieszkających tam na zawsze. Problem w tym, że jego mama powiedziała mi, że ona w tym małym domu chce mieszkać już do końca życia, że ona go lubi i jest jej tam dobrze. ![]()
Powiedziałam też M, że boję się że jeśli kiedyś chociaż na jakiś czas się tam zatrzymamy, to nie będzie łatwo nam odejść, że będzie gadanie w stylu ?no to już zostańcie, co was jeszcze miesiąc, dwa, rok zbawi...? aż w końcu zostaniemy na zbyt długo albo (odpukać!) na zawsze
On jednak zapewnił, że z rodzicami to on sobie poradzi... i w to akurat powinnam wierzyć, bo jest człowiekiem który zawsze stawia na swoim i nie daje sobą sterować, również rodzicom.
M powiedział mi też, że jego rodzina ma działkę kawałek od ich rodzinnego domu (kawałek na tyle spory, że mogłabym tam zamieszkać) i ta ziemia też jest z przeznaczeniem dla niego, że tam moglibyśmy wybudować coś swojego.
Zabolało mnie trochę, że ani raz nie zapytał ?a gdzie Ty chciałabyś mieszkać? Może masz inny pomysł?? no ale obiecał, że będziemy o wszystkim decydować wspólnie i już nie będzie rozmawiał ze mną tak jakby to tylko on był osobą decyzyjną. Przeprosił mnie za to wszystko i zapewnił, że chce dobrze dla nas.
Wiem, że i jemu jest głupio w tej sytuacji... wie, że jego rodzina za mocno na pewne rzeczy naciska, z drugiej strony ma (tak jak i ja) świadomość, że przecież chcą dobrze
Wkurza mnie trochę to, że przez coś takiego zaczynamy znowu nerwowe rozmowy, po raz kolejny i kolejny wałkujemy ten sam temat... ja drugi dzień chodzę struta, nie mogę nic przełknąć... i pomyśleć, że te nerwy powstały z chęci uszczęśliwienia nas.
Czy któraś/któryś z Was miała/miał podobną sytuację, w której ktoś chciał Was uszczęśliwić na siłę? Jak reagować? Co odpowiadać? Czy jest jakieś rozsądne rozwiązanie tej sytuacji?
Dziękuję jeśli komuś z Was chciało się to czytać i dobrnął do końca. Musiałam to z siebie wyrzucić. Pozdrawiam ![]()