Witam,
musze sie wygadac, bo nie mam z kim w realu pogadac (wstydze sie siebie i tego, co czuje)
Otoz poznalismy sie w lipcu, przypadkowo. Od razu zaskoczylo - to samo poczucie humoru, to samo spojrzenie na swiat. Mial po prostu to, czego zawsze mi brakowalo w mezczyznach. Oboje nie lubimy ludzi, a w swoim towarzystwie czujemy sie doskonale.
Na samym poczatku znajomosci powiedzial mi, ze jest z kims. Ale nie wyobraza sobie dalszego zycia z ta kobieta. Sa wobec siebie czuli, przyjaznia sie, ale brakuje mu seksu, namietnosci, bez ktorej nie potrafi funkcjonowac. Nasza znajomosc rozwijala sie w sporym tempie, pojawilo sie pozadanie. Spedzilismy ze soba trzy noce - pierwsza doskonala, dwie kolejne juz niekoniecznie. Cos sie zmienilo, zaczal byc oschly. Pierwsza mysl, jaka przyszla mi do glowy byla taka, ze zaczyna miec poczucie winy wobec kogos, kogo de facto zdradzil. Probowalam w delikatny sposob wyciagnac infomacje na temat tego, co sie zmienilo i.. i uslyszalam, ze nasz uklad przypomina mu zwiazek kazirodczy. Ze nie czuje juz pozadania. Poczulam sie, jakby ktos przylozyl mi w twarz i postanowilam, ze w takim razie spotkamy sie i kulturalnie rozstaniemy. Mial to byc konkretny dzien. Spotkalismy sie i.. tak, jak wczesniej czulam, ze cos jest nie halo tak teraz czulam, ze z tym brakiem pozadania to zwykla sciema, albo rzeczywiscie cos mu przeskakuje. Poprosil, abym dala mu czas. Ze nie gwarantuje, ze nam sie uda, ale zebym poczekala. W normalnym trybie pozegnalabym go, problem jednak byl taki, ze stal sie zbyt wazny. W tym sensie, ze za duzo bylo do stracenia tym razem. Znalam wielu mezczyzn i zawsze cos mi nie pasowalo a tu bylo tak, jak byc powinno... Wiec zgodzilam sie. Ograniczylismy kontakty do minimum. Po jakims czasie dowiedzialam sie dlaczego potrzebowal czasu. Powiedzial mi w przyplywie rozpaczy spowodowanej brakiem ogarniecia sie, ze jest ktos trzeci... ktos, kogo fizycznie juz nie ma, ale zostal w jego sercu i dlatego prosil mnie o czas. Bo nie jest w stanie mnie pokochac tak, jakby tego chcial. Coz.. znowu czulam, ze upadam, ale przelknelam, bo widzialam, ze facet naprawde ze soba walczy, ze stara sie. Poza tym jestem w stanie zrozumiec, ze mozna kogos kochac i dlugo trwa leczenie sie. To byl romans, ktory zakonczyl sie pare miesiecy temu, ale to wciaz w nim siedzialo.
Dwa tygodnie temu jego kobieta dowiedziala sie o tym zakonczonym romansie. Postanowila przymknac oko i probowac ratowac zwiazek. A on w rozmowach ze mna prosil o 2, 3 miesiace. Ze nie moze jej teraz zostawic (ciezka sytuacja materialna i zawodowa tej kobiety) i zebym czekala.
Wczoraj weszla na jego konto pocztowe i..i dowiedziala sie o naszym romansie. I..i dzis powiedzial mi, ze jest dla niego zbyt wazna, zeby z niej zrezygnowac i wybiera ja...
To wszystko skrot, bo cala historie z watkami pobocznymi opisywalabym pol dnia.
Generalnie tak - czuje sie oszukana i zaskoczona przede wszystkim dlatego, ze on juz na samym poczatku znajomosci, kiedy nic nie wskazywalo na to, ze miedzy nami ulozy sie tak a nie inaczej informowal, ze nie jest mu dobrze w tym zwiazku. Wiec dla mnie to byla kwestia czasu i nie czulam sie jako ta, ktora ten zwiazek rozwala.
Tak bardzo chcialam, zeby sie udalo. Schowalam honor do kieszeni i walczylam i...
Zle mi, bo przegralam cos, na czym tym razem bardzo mi zalezalo. Po prostu tesknie za nim jako mezczyzna i czlowiekiem. Czeka nas spotkanie, ktorego sie bardzo boje. I nie rozumiem, nie rozumiem jak jest w stanie tak po prostu ze mnie zrezygnowac - wiem, ze dobrze mu ze mna. Takie rzeczy sie po prostu czuje...ech...
ratunku..